Sałatka z bobem i tuńczykiem



Pora roku zwana latem – o ile jest w pełni taka, by zasłużyć na to szlachetne miano – poza bogactwem owoców, wakacjami, mniejszym natężeniem ruchu na ulicach i zwiększającym się współczynnikiem spożycia lodów na głowę, kojarzy mi się jeszcze z jedną rzeczą – bobem. Słysząc słowo "bób" myślę o wielkim zielonym garze, w którym gotuje się to brązowo-szare dziwnokształtne wrzywo oraz Tatę, stojącego nad kuchnią, dzielnie znoszącego niemiłosiernie oblepiającą swoim gorącem parę od wody z bobem, sprawdzającego co chwilę czy to już. Bo bobu nie można przegotować. Nie można też niedogotować. On musi być akurat. Łatwo wyjmujący się z łupiny ale nie rozpadający się przy lekkim ściśnięciu. Idealny. Taki bób umie gotować tylko Tata. Jednakże nie samym bobem żyje człowiek, czasem trzeba też zjeść coś innego, lekkiego. Odpowiedniego na lato. A co jest najlepsze na pogodę iście karaibską – gdy temperatura powietrza nie spada poniżej 30 stopni Celsjusza? Sałatka. Z czym? Z oliwkami, tuńczykiem, cebulką i oczywiście z bobem. Bo jakżeby inaczej. Fantastyczny przepis, lekko przerobiony na moje potrzeby z Kwestii Smaku.

Składniki:
• 2 garście mieszanych młodych liści sałat
• 8 pomidorków koktajlowych, przekrojonych na połówki (dałam jednego dużego
• pomidora pokrojonego w cieniutkie półplasterki)
• puszka tuńczyka w oleju
• filiżanka bobu, ugotowanego i obranego
• 6 czarnych oliwek, przekrojonych na połówki (dałam zielone)
• kilka krążków czerwonej cebuli
• 2 łyżki orzeszków pinii, zrumienionych na patelni (pominęłam)
• sos francuski (przepis poniżej)
• natka pietruszki

Sos francuski:
• 1 łyżka octu balsamicznego
• 1 łyżeczka miodu
• 1 łyżeczka musztardy dijon
• sok wyciśnięty z 1/2 cytryny
• 1 ząbek czosnku drobno posiekany (opcjonalnie)
• szczypta soli
• sól i świeżo zmielony czarny pieprz do smaku
• 3 łyżki oliwy z oliwek


Na talerzach ułożyć sałatę, pomidorki, cząstki odsączonego tuńczyka, bób, oliwki oraz czerwoną cebulę. Posypać orzeszkami pinii, udekorować natką. Przygotować sos: wymieszać wszystkie składniki za wyjątkiem oliwy. Następnie dodać oliwę i dokładnie rozmieszać. Polać nim sałatkę (tuż przed podaniem). Podawać z pieczywem.

Smacznego!







Bułeczki z szynką i dymką



Odkąd pamiętam w moim rodzinnym domu posiłki zawsze spożywaliśmy razem, całą rodziną. Zbieraliśmy się wspólnie przy stole, a każdy z domowników miał swoje zadanie w przygotowaniach – ktoś nakrywał do stołu, ktoś kroił pieczywo, ktoś pilnował jajek czy mleka. Wspólne śniadanie, obiad i kolacja – tak jadaliśmy codziennie. Nie ważne czy to był poniedziałek, środa, czy sobota. Czas na wspólny posiłek był zawsze, można powiedzieć „wpisany w grafik”. Oczywiście, jak u większości z Was – w ciągu tygodnia śniadania trwały niezbędne minimum, zamienialiśmy ze sobą tylko kilka słów o planowanym przebiegu dnia, jednocześnie przełykając kanapki, dość pospiesznie pijąc herbatę. Ale byliśmy razem. Obiad już był spokojniejszy, każdy z nas mógł – bez patrzenia na zegarek – w pełni zasmakować w daniu, opowiedzieć o przeżytych danego dnia przygodach, osiągniętych sukcesach, wyżalić się z niepowodzeń. Przy jedzeniu wszak najlepiej się dyskutuje.... Dzisiaj wiem, że nasza tradycja, która dla mnie była czymś tak naturalnym jak oddychanie, w innych rodzinach praktycznie w ogóle nie ma racji bytu. Przeróżne godziny rozpoczęcia i kończenia pracy rodziców, liczne dodatkowe zajęcia dzieci uniemożliwiają wspólne spożywanie posiłków w inne dni niż weekendowe. Dzisiaj wybieramy dłuższy sen kosztem śniadania, w efekcie biorąc cokolwiek z lodówki, czy stołując się w pracowniczym barku. A tak nie musi być! Przepis, który Wam proponuję można nazwać „bułeczkami 3 w 1”, gdyż zawierają w sobie wszystko to, co powinno się znaleźć na kanapce. Podstawę, czyli węglowodany (wszak to bułka), dodatek białkowy – szynkę i maślankę, oraz warzywo – dymkę. Zamiast tracić czas na przygotowywanie kanapek, można wziąć takie bułeczki, szybko zjeść i dać się ponieść wirowi codziennych obowiązków. Bułeczki są mięciutkie i długo utrzymują świeżość, a ich przygotowanie zajmuje dosłownie chwilkę. Przepis Anny Olson ze strony Kuchnia.tv

Składniki (na 8 bułeczek):
390 g. mąki
50 g cukru
1 łyżka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
180 g zimnego niesolonego masła
240 g. maślanki, plus trochę do posmarowania bułeczek
1 szklanka szynki pokrojonej w 1-cm kostkę
1 szklanka posiekanej dymki


W dużej misce wymieszać mąkę, cukier, proszek do pieczenia i sól. Połączyć mąkę z kawałkami masła siekając nożem albo rozgniatając w palcach, aż powstanie krucha masa o konsystencji bułki tartej. Wmieszać maślankę, szynkę i dymkę, a kiedy ciasto będzie połowicznie zagniecione, przełożyć je na stolnicę, kilkakrotnie spłaszczyć i złóż ciasto na pół, zagarniając do wnętrza masy wszelkie suche okruchy. Na koniec uformować z ciasta gruby dysk, pokroić go na 8 klinów (ja uformowałam bułeczki) i ułożyć na blasze do pieczenia. Następnie posmarować kawałki maślanką i piec 18 minut w temperaturze 190 stopni, aż bułeczki przybiorą głęboki, złoty kolor. Podawać na ciepło lub w temperaturze pokojowej. Bułeczki najlepiej smakują tego samego dnia, w którym zostały upieczone, choć i gotowe bułeczki, i ciasto, można zamrozić.

Smacznego!




Sałatka ze szpinakiem, mozzarellą, truskawkami i orzechami włoskimi oraz sosem balsamiczno - czekoladowym



O czym myślę, gdy słyszę słowo truskawki? O lecie, o gorącym weekendowym poranku, gdy razem z Mamą, zaraz po śniadaniu idziemy do „pana z samochodu” kupić łubiankę tych pysznych owoców, ledwo znosząc upał spotęgowany dodatkowo przez nagrzane chodniki, jezdnie i ściany ogromnych budynków mieszkalnych, w okolicy których „na dziko” rozstawiają się handlarze. Truskawki od nich zawsze smakują najlepiej. Kolejka przy każdym stanowisku. Do uszu dochodzą pojedyncze słowa, zachwalające smak, wygląd i świeżość owoców. I ten zapach. Zapach lata. Zapach nadchodzących wakacji, zapach słońca, odpoczynku. Zapach lepszego jutra…
Babka z truskawkami, drożdżówka z truskawkami, tarta z truskawkami, kluski z truskawkami, lody z truskawkami, eton mess z truskawkami, kompot z truskawkami, bita śmietana z truskawkami…..dużo tego. Sposobów na wplecenie truskawek w potrawy, czy desery jest chyba tyle ile samych truskawek – miliony. Ja prezentuję Wam sałatkę z truskawkami. Ale nie owocową. W sam raz na śniadanie, jako dodatek do obiadu, na kolację. Na każdą porę. Oryginał pochodzi z Kwestii Smaku, ja zmieniłam szpinak na sałatę, gdyż akurat miałam jej pod dostatkiem i orzechy włoskie na ziemne.


Składniki (na dwie porcje):
• 2 porcje szpinaku
• 1 kulka (125 g) białej mozzarelli
• 1 - 2 łyżki śmietanki kremowej 30%
• 250 g świeżych truskawek
• 2 łyżeczki cukru
• 1/3 szklanki orzechów włoskich
• chrupiąca bagietka, opieczona w tosterze

Sos balsamiczno - czekoladowy:
• 180 g truskawek, pokrojonych na kawałki
• 1 łyżka miodu
• 2 łyżki octu balsamicznego
• szczypta świeżo zmielonego pieprzu
• 1 łyżeczka oliwy extra vergine
• 1 pełna łyżeczka kakao


Do rondelka włożyć wszystkie składniki sosu, mieszając zagotować, od razu odstawić z ognia i zmiksować. Przetrzeć przez sitko aby otrzymać gładki sos. Szpinak opłukać, osuszyć i posiekać jeśli ma duże liście, włożyć do salaterek lub do głębokich talerzy. Mozzarellę rozdrobnić odrywając długie "warstwy". Skropić śmietanką kremową, ułożyć na szpinaku, wszystko oprószyć delikatnie solą i pieprzem. Dodać pokrojone na kawałki i posypane cukrem truskawki oraz podsuszone na patelni i posiekane orzechy. Polać połową sosu, w reszcie sosu maczać kawałki chrupiącej bagietki.

Smacznego!





Miód z maślanki



Niektóre potrawy przywołują wspomnienia. Niektóre przepisy tworzą wspomnienia. A niektóre działają na naszą podświadomość tak, że – pomimo iż nie mamy tego w planach – po lekturze takiego, czujemy, że to będzie kolejny przepis, który wypróbujemy. Aby sobie coś udowodnić, zaspokoić ciekawość, aby mieć poczucie zdania kolejnego kulinarnego egzaminu. Bo po prostu czujemy się jakoś związani z tym przepisem, wcześniej nie wiedząc o jego istnieniu....
Najpierw wypatrzyłam go na tym blogu. Potem poszperałam w internecie i jak tylko przeczytałam, że pochodzi on z Borów Tucholskich, dokładnie z gminy Czersk – czyli prawie z miejsca w którym co roku od wielu, wielu już lat wakacyjnie ładuję akumulatory wiedziałam, że muszę go zrobić, że nie spocznę póki go nie popełnię. A ponieważ lubię eksperymenty, nie zastanawiam się długo gdy widzę przepis na pierwszy rzut oka dziwny, ale z dostępnych składników – nabyłam maślankę, zakasałam rękawy i oto zrobiłam ten miód. Miód….w smaku go na pewno nie przypomina. Aczkolwiek jest ciekawy, najpierw bardzo słodki, zaraz potem przechodzący w kwaskowość (z maślanki). Konsystencją przypomina na wpół scukrzony oryginalny odpowiednik, a kolor: żółtawo – kremowy. Dodam tylko, że ten miód w 2008 roku został wpisany na listę produktów tradycyjnych województwa Pomorskiego. Polecam do spróbowania!



Składniki (robiłam z połowy ilości):
• 1 litr maślanki
• 700 g cukru

Maślankę i cukier wlać do garnka o grubym dnie. Gotować mieszając drewnianą łopatką aż uzyska się konsystencję i kolor miodu. Szczególnie na końcu, kiedy zacznie brązowieć, należy uważać żeby nie przypalić. Gdyby się zważyło, należy zmiksować, do gładkiej konsystencji.

Smacznego!





Sernik bananowo - kokosowy



Jedną z czynności, która mnie naprawdę odpręża jest beztroskie zajmowanie kanapy w pozycji pół-leżacej, w jednym ręku trzymając filiżankę z herbatą a drugą ręką – przewracając strony książek kulinarnych, broszur czy gazet z przepisami. Tych samych co zwykle, tych co mam w domu. Za każdym razem, gdy sięgam po książkę, którą wydawałoby się – znam już na pamięć, odkrywam coś nowego. Jakiś przepis, który poprzednim razem nie był watr zatrzymania mojej uwagi na dłużej, który pominęłam ot tak. Tym razem sięgnęłam po książkę z cyklu „Z kuchennej półeczki” – Czekolada. Ciasto, które postanowiłam zrobić upatrzyłam sobie już dawno, ale jakoś nie byłam do niego przekonana. A szkoda, bo sernik jest pyszny, nie za słodki, mocno bananowy i jednocześnie kokosowy. I czekoladowy. U mnie podwójnie kokosowy, gdyż do masy dodałam dwa razy więcej wiórków niż mówi przepis. Jeżeli ktoś woli słodkie serniki – powinien zdecydowanie zwiększyć ilość cukru. Masa sernika ma ciekawą teksturę – z jednej strony gładka, prawie aksamitna masa, a z drugiej – mocno wyczuwalne pod zębami malutkie wiórki kokosowe. W przekroju sernik bardzo ładnie się prezentuje – ciemna masa z małymi, białymi wiórkami kokosowymi w środku.


Składniki (na tortownicę 20 cm):
• 225 g. herbatników z groszkami czekoladowymi,
• 40 g. masła,
• 350 g. tłustego twarożku,
• 75 g. cukru,
• 50 g. wiórków kokosowych,
• 2 łyżki likieru kokosowego,
• 2 banany,
• 125 g. czekolady deserowej,
• 1 opakowanie żelatyny (na 1 litr wody),
• 3 łyżki wody,
• 150 ml śmietany kremówki,

Do przybrania:
• 1 banan
• sok z cytryny,
• stopiona czekolada (u mnie kakao)


Herbatniki włożyć do plastikowej torebki i pokruszyć wałkiem do ciasta. Roztopić masło, wlać do herbatników i starannie wymieszać. Nasączone herbatniki przesypać do tortownicy, docisnąć do dna oraz brzegów.

W misce utrzeć ser z cukrem. Dodać wiórki kokosowe i likier, starannie wymieszać. Rozgnieść banany na miazgę, dołożyć do masy i wymieszać. Roztopić czekoladę, wlać do masy i starannie ubić.

W misce zalać żelatynę wodą i na chwilę odstawić, aby napęczniała. Ustawić miske nad rondlem z wrzątkiem i mieszać żelatynę, aż całkowicie się rozpuści. Dolać do masy czekoladowej i wymieszać. Ubić kremówkę, przełożyć do masy i starannie wymieszać. Przełożyć masę na herbatniki i schładzać, aż się zsiądzie (ok. 2 godzin).

Udekorować bananem pokrojonym w cienkie plasterki i skropionym sokiem z cytryny i polać roztopioną czekoladą (ja posypałam kakao).

Smaczego!