Blok waniliowy



Każdy z nas ma w domu – pewno gdzieś na półce, albo w starej szafie schowany za stertą ważniejszych papierów, zeszytów, segregatorów lub przedmiotów codziennego użytku dokument, który jest w pewnym sensie reliktem przeszłości, który przypomina nam o tym co było kiedyś, co minęło. U mnie w domu, takim dowodem przemijającego czasu jest Zeszyt Mamy z przepisami. Piszę go z dużej litery bo to nie jest byle notatnik. To zabytek. Od razu, choćby po okładce, widać jaki jest stary – brązowa, bez żadnych zdobników, z troszkę grubszego papieru niż kartki, na których kratka już w większości wyblakła. Zeszyt jest przewiązany gumką recepturką, gdyż zarówno okładka jak i pojedyncze kartki z przepisami, dokładane na przestrzeni lat już dawno zagubiłyby się gdyby były pozostawione luźno. Lubię wieczorami usiąść w kuchni, zapalić małą lampkę nad stołem i w ciszy – wsłuchując się tylko w dźwięki dochodzące zza okna – przenieść się w kulinarny świat sprzed ładnych kilkunastu, albo i więcej lat. Otwieram zeszyt, przekładam nowsze, wydrukowane przepisy i co widzę? Charakterystyczne pismo mojej Mamy, starannie zapisane receptury, podkreślone nazwy ciast. Czasem doklejone karteczki, gdy jakiś przepis był pisany w biegu, na kolanie. Mama go nigdy nie przepisywała – zachowywała oryginalną, swoją wersję i wklejała. Czasem natknę się na wycięte ze starych gazet lub broszur, czarno-białe przepisy – widać, że pisane na maszynie. Czasem z dopiskiem od kogo ten przepis. Czasem ze zdjęciem. Pod koniec zeszytu, gdy kończą się zapiski Mamy, jest kilka pustych kartek, co pozornie każe przypuszczać, że to już koniec historii. Ale tylko pozornie – kilka kartek dalej widać już znamiona następnego pokolenia – mnie. Koślawe, nierówne, wielkie litery usiłujące złożyć się w jakieś słowo, a one w przepis – chyba na kluski leniwe. Pamiętam jak dyktowała mi go Babcia. Ile wtedy było zabawy, a ile nerwów, gdyż nie umiałam jeszcze dobrze pisać, a koniecznie chciałam mieć swój wkład w tę „książkę kucharską”. Dwa zdania zajęły mi prawie całą stronę. Kolejna kartka, kolejny wpis. Koślawiec, ale już lepszy – pisany kilka lat później. Na końcu wracam do pojedynczych karteczek. Widzę moje szybkie wpisy, dyktowane przez telefon, na pierwszej lepszej kartce, pisane skrótami. Rozkładam wielką kartkę A4 a tam staranny, długi przepis na sernik – od koleżanki Mamy. Za kilka chwil widzę lazanię. Też od koleżanki. Też niezmieniony. A tu? Malutka, popisana karteczka, posklejana taśmą klejącą – na makowiec. Tak! Pamiętam jak chcąc szybko sprawdzić kolejność dodawania składników, zamiast najpierw podnieść słoik z miodem poszłam na skróty i wydarłam ten przepis spod niego. Efekt – na wpół przedarta kartka. Pamiętam jak potem ją sklejałam. Takich przepisów jest mnóstwo. Lubię do nich wracać, lubię je próbować, testować. Niektóre jednak nie wychodzą mi dokładnie tak jak powinny. Ale obecnie, w kopalni wiedzy jaką jest Internet udaje mi się znaleźć podobny przepis, na – z pozoru taki sam produkt, ale ulepszony, który zawsze wychodzi. Takim produktem jest blok. W zeszycie Mamy – czekoladowy, z budyniami i herbatnikami. Ja zrobiłam waniliowy i z owocami. Ale istotny jest blok. Stary przepis – bez pieczenia, gotowany. Z mlekiem w proszku (bo go uwielbiam!). Trochę inny niż u Mamy, ale tak samo pyszny! Z tej strony.

Składniki (robiłam z 1,5 porcji):
• 200 g mleka w proszku
• 100 g cukru
• 1 opakowanie cukru waniliowego
• 75 g masła
• 125 ml wody
• 50 g. suszonej papai


W małym garnku rozpuścić na niewielkim gazie masło, cukier i wodę, pod koniec rozpuszczania dodać cukier waniliowy. Dokładnie wymieszać i odstawić do lekkiego przestudzenia. W dużym naczyniu wymieszać mleko w proszku z papają i powoli, mieszając wlewać do tej mieszanki lekko ciepłą zawartość małego garnka. Należy bardzo dokładnie rozmieszać (ja zrobiłam to mikserem) i od razu przełożyć do lekko natłuszczonej formy, wyłożonej wcześniej folią. Szczelnie owijnąć aby żadne zapachy z lodówki nie dostały się do środka i schładzać najlepiej dobę.

Smacznego!

Śnieżne trufle



To niesamowite jak niektóre rzeczy wpływają na naszą podświadomość. W moim wypadku wystarczy, że o czymś pomyślę – i już odczuwam tego brak lub nadmiar. Nawet fizycznie nie muszę doświadczać pewnych sytuacji, by – gdy sobie je wyobrażę otrząsać się z niesmakiem, lub automatycznie przekierowywać moje myśli na dane, wirtualne przyjemności. Choć prawdę mówiąc ciężko mi jest przestawić się nagle, od razu, absolutnie i w stu procentach na wyimaginowaną sytuację w danej chwili i powiedzieć, pomyśleć lub zgadnąć co bym wtedy zrobiła lub jak zareagowała. Są jednak takie bodźce, które wywołują u mnie pożądane przeze mnie reakcje. Choćby – wspominanie o lecie w środku zimy, powoduje, że chociaż przez malutką chwilkę nie marznę aż tak bardzo – szczególnie motywująco działa na mnie wyobrażenie podróży nieklimatyzowanym autobusem w popołudniowych godzinach szczytu, w towarzystwie stu pięćdziesięciu innych pasażerów, zmęczonych i zgrzanych. Od razu mi lepiej. Podobnie latem – gdy temperatura powietrza przekracza 35 stopni w cieniu i nie ma co liczyć na jakikolwiek podmuch wiatru wyobrażam sobie zimę. Wstawanie rano do pracy, gdy za oknem nie dość, że jest ciemno, to jeszcze pada deszcz ze śniegiem, wieje wiatr i na dodatek jest zdecydowanie za zimno. Pomaga. Gdy jestem głodna myślę o tych sytuacjach, gdzie łakomstwo wygrywało w nierównej walce z rozsądkiem i zjadałam – absolutnie świadomie – o jeden kawałek ciasta, kilka cukierków, kilka kostek czekolady za dużo, a potem cierpiałam, oj jak bardzo….
Dzisiaj, w środku lipca przedstawiam Wam podobne ekstremalnie niepasujące do siebie połączenie. Choć dla mnie, poniższe trufle są wspaniałe bez znaczenia na porę roku i odpowiednie w każdym dniu i miesiącu roku. Nazwa jest mroźna, akurat na upały: śnieżne trufle. Pyszne, kruchutkie, słodziutkie malutkie kuleczki, o posmaku lekko orzechowym, a wyglądzie zimowym. Akurat gdy mamy ochotę na coś słodkiego, małego, poprawiającego nastrój. Przepis z forum cin-cin.


Składniki na ok. 15-20 trufelków:
• 0,5 szklanki. wiórków kokosowych
• 125g masła
• 1-2 łyżki masła orzechowego (ja użyłam orzechowo-czekoladowego, w typie Nutelli)
• 1/3 szklanki cukru pudru
• 1 łyżeczka esencji waniliowej
• 1,5 szklanki mleka w proszku
• cukier puder - do obtoczenia


Roztopić połowę masła na patelni, wsypać wiórki kokosowe i smażyć je, aż się zezłocą. Pozostawić do ostygnięcia. Utrzeć mikserem pozostałe masło z cukrem pudrem, masłem orzechowym i esencją waniliową. Ucierając dodawać całkowicie ostudzone wiórki kokosowe. Dosypywać mleko w proszku do masy, aż będzie bardzo gęsta. Odrywać kawałki masy i formować z nich kuleczki. Gdy kulka klei się do rąk, dodać więcej mleka w proszku, jeżeli kruszy się dodać więcej masła.
Ułożyć kulki na talerzu, obtoczyć w cukrze pudrze. Wstawić na godzinę do lodówki.

Smacznego!



Czekoladowe pralinki z Baileys



Nie jestem abstynentką. Lubię od czasu do czasu wypić kieliszek wina, a szampana to już po prostu uwielbiam. Nie wspomnę o wszelkiej maści likierach, które mogłabym codziennie próbować, smakować i delektować się nimi. Jednakże od zawsze byłam przeciwniczką dodawania alkoholu do potraw. Polewanie grillowanego mięsa piwem nie ma dla mnie żadnego sensu. Smak karkówki, czy kiełbaski usmażonej saute a potraktowanej procentowym wzmacniaczem jest dla mnie identyczny. Degustując je ani nie zauważałam charakterystycznej dla piwa goryczki, ani bardziej spieczonej skórki, ani większej kruchości mięsa. Może moje kubki smakowe nie są na tyle wysublimowane, aby spostrzec subtelną różnicę w końcowym efekcie, a może po prostu zabiegi piwnego nawilżania są mocno przesadzone i stworzone przez „rodzinnych grillowaczy”, którzy chcą tym sposobem dodać sobie animuszu i pokazać, że dobrze upieczone mięso nie jest efektem jedynie bezmyślnego przewracania go z jednej strony na drugą, gdy tylko osiągnie odpowiedni kolor, a sekret tradycyjnie tkwi w szczegółach. Nie wiem i chyba raczej się tego nie dowiem. Ale – o ile jeszcze jestem w stanie przyjąć do wiadomości takie właśnie pożytkowanie alkoholu, to kompletnie niezrozumiałe dla mnie było włączanie alkoholu do słodyczy. Połączenie – według mnie niejadalne. Fuzja czekolady i alkoholu była zawsze dla mnie klonem, którego już nie można nazwać słodyczą (poprzez wyczuwalny smak dodatku napoju wyskokowego) ani jeszcze alkoholem (bo słodkie, bo nie do picia tylko do gryzienia, bo nie tak mocne jak sam trunek). Dlatego nigdy nie nasączałam biszkoptów niczym innym niż herbata, ciasta, które miały w sobie dodatek alkoholu omijałam bez mrugnięcia okiem, a popularne advocatowe batoniki wzbudzały u mnie niesmak gdy tylko na nie spojrzałam. Tak było dokładnie do…..wczoraj gdy – z konieczności wykorzystania zalegającego na półce likieru i po przeczytaniu opiewających w same zachwyty komentarzy do przepisu na Czekoladowe pralinki z Baileys (z blogu Moje Wypieki) nic mi innego nie pozostało, jak zrobić i spróbować przekonać się do słodyczy z alkoholem. Może fakt, że dałam znacznie więcej niż w przepisie likieru, a może dlatego, że dodałam jeszcze garść wiórek kokosowych do środka sprawił, że moja absolutna niechęć do słodyczy połączonych z alkoholem powoli zaczyna się przełamywać. Te pralinki są pyszne. Miękkie – dla mnie chyba trochę za bardzo (może za dużo tego likieru…), lekko ciągnące, mocno czekoladowe, z fajnym ostrawym posmakiem (czyżby alkohol…?), absolutnie nie mdłe. W oryginalnym przepisie autorka obtoczyła je pistacjami, ja z braku takowych dałam obkład z wiórków kokosowych. Bardzo dobre pralinki, takie na „jeden raz do buzi”, ale raczej nie dla kierowców i dzieci, niestety, gdyż tych jest coraz więcej wśród nas.


Składniki na około 20 - 25 pralinek:
• 80 g biszkoptu (moga to być biszkopty kupne lub resztki ze spodu biszkoptowego)
• 80 g miękkiego masła
• 100 g gorzkiej czekolady, startej na wiórki (na najmniejszych oczkach)
• 1 łyżka naturalnego kakao
• 3 - 4 łyżki likieru Bailey's (dałam znacznie więcej)
• 2 dag zmielonych migdałów lub innych orzechów
• 1 łyżka cukru pudru (dałam 2 łyżki)
• 30 g wiórków kokosowych

Do obtoczenia:
• kakao lub cukier puder lub posiekane orzeszki (ja dałam wiórki kokosowe)


Biszkopt pokruszyć na proszek, dodać startą czekoladę, kakao, masło, likier i migdały, cukier puder oraz wiórki kokosowe. Zagnieść lub zmiksować. Włożyć na 1 godzinę do lodówki. Po tym czasie wyjąć, uformować kulki wielkości orzecha włoskiego, obtoczyć. Przechowywać w lodówce.

Smacznego!

Domowe Bounty



Ktoś kiedyś powiedział, że ludzie, o podobnych charakterach kłócą się najbardziej. Potem dodał, że w innych wyjątkowo przeszkadza nam to, co w sobie postrzegamy jako wadę. Ja mogę spokojnie powiedzieć, że zgadzam się z tymi stwierdzeniami w stu procentach. Albo nawet i w dwustu. Nielubię upartych osób, którym – jak sobie coś wbiją do głowy, ciężko jest to wyperswadować. Tak, nie mylicie się – ja tak mam. Jestem ciężkim przypadkiem, który zawsze będzie bronił swojego poglądu choćby nie wiem co. A gdy sobie coś postanowi, to będzie dążył do osiągnięcia celu prawie po trupach. Trudny mam charakter. Ale powoli się zmienia. Kiedyś nie spróbowałabym niczego, do czego nie jestem przekonana, lub sobie wmówiłam, że jest na pewno niedobre. Tak było z wieloma potrawami, czy składnikami, które przygotowuje się w domu, wiedząc, że takie same są w sklepach. Byłam przekonana, że te z masowej produkcji są najlepsze, a domowe – na przykład – przetwory się do nich nie umywają. Jakie ja katorgi przeżywałam, gdy musiałam spróbować coś domowego. Już biorąc do ręki kawałek czegoś, lub maczając łyżeczkę w domowym wyrobie wiedziałam, że będzie to niezjadliwe. Dlatego nie jadłam. Przez wiele lat nawet nie zbliżałam się do domowych ogórków, owoców w occie, nie wspominając już o dżemach. Aż w pewnym momencie Mama dała mi do spróbowania odrobinkę dżemu truskawkowego, który przed chwilą rozlała do słoiczków. To był przełom. Nie wiem czy tak diametralnie zmieniły mi się kubki smakowe, czy dojrzałam do domowego jedzenia, ale ten dżem był tak pyszny, że teraz osładzam sobie życie tylko domowymi wyrobami. Na następny ogień poszła pizza. Z nią było gorzej, bo smak gotowców jest dla mnie nie do podrobienia. Nadal tak sądzę. Nie da się w domu odtworzyć smaku pizzy z pizzerii. Ale spokojnie da się go przebić. Domowa pizza bije te kupne na głowę. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz sięgnęłam po gotową pizze. I chyba nieprędko do niej wrócę. Potem były ogórki, dynia marynowana, owoce z czekoladą w formie dżemu i mnóstwo innych rzeczy.
Twardo byłam przekonana, że czego jak czego, ale słodyczy nie da się podrobić. O ja głupia! Szukając inspiracji do przygotowania czegoś szybkiego wpadłam na przepis na domowe Bounty z blogu A cat in the Kitchen. A co mi tam – zrobiłam. Na spróbowanie. I musze przyznać, że te malutkie kuleczki idealnie imitują popularne (jedne z moich ulubionych) batoniki. Są mega-fantastyczne, absolutnie cudne i przesmaczne. Nie mogę w to uwierzyć, że tak proste, szybkie, domowe i tak genialne zarazem. Łatwe w przygotowaniu, ale odpowiednie tylko dla fanów kokosu i mlecznej czekolady. Słodziutkie, troszkę ulepkowe. Absolutnie do powtórzenia. Polecam gorąco!


Składniki (na około 20 cukiereczków):
• 200 g. wiórków kokosowych
• 100 ml śmietany kremówki
• 70 g. cukru pudru
• 70 g. masła

Ponadto:
• 200 g. mlecznej czekolady (do obtoczenia)


W misce wymieszać wiórki kokosowe cukrem pudrem. W garnuszku podgrzać śmietanę z masłem, tylko do połączenia składników następnie wlać ją do wiórków. Wymieszać. Schłodzić w lodówce (wystarczy dosłownie 15 minut). Z masy formować małe, wielkości orzecha włoskiego kuleczki i ponownie włozyć do lodówki na conajmniej godzinę.
Czekoladę rozpuścić w dość wysokim, ale wąskim naczyniu (np. w szklance lub filiżance) na parze wodnej. Schłodzone kuleczki obtaczać w czekoladzie i ponownie włożyć do lodówki aby czekolada zastygła.

Smacznego!