Hummingbird cake



Dzisiejszy dzień, będący jednocześnie ostatnim wolnym od wczesnego wstawania, pakowania książek i odrabiania lekcji dniem, jest także – pierwszą w ciągu tych wakacji – szóstą, kolejną z rzędu dobą bez deszczu. Od piątku nie padało. Mogę nawet powiedzieć więcej – przez te sześć dni codziennie świeciło słońce. Jest to według mnie takie wydarzenie, że warto o nim wspomnieć publicznie, gdyż każde popołudnie bez opadów i burz w te wakacje można uznać za wyjątkowe. Ale podsumowując: niestety lata nie było. A nawet jak było, to jakby go nie było – słońce świeciło tyko w godzinach przedpołudniowych, a akurat gdy wychodziłam z pracy zaczynało padać. I tak do następnego ranka. Codziennie. W każdym tygodniu. Lato tylko za oknem, a potem deszczowo, zimno, wietrznie. Już miałam tak dość tej pogody, że postanowiłam wnieść trochę lata do kuchni. Jak nie można oczekiwać słońca za oknem, to sama musiałam sobie je wykombinować. I udało się. Z tego przepisu wyczarowałam swoje własne tropikalne, karaibskie lato. Dlaczego? Bo to ciasto ma w sobie ananasy i banany – owoce kojarzące się z pięknymi, ale przede wszystkim słonecznymi wyspami, z hamakiem zawieszonym pomiędzy palmami, z lekkimi falami wpływającymi na gorący piasek plaży. Poza tym kolor – barwa obu owoców jest absolutnie słoneczna! Ciasto jest lekkie i wilgotne, więc idealne na upały. Ananas dodaje specyficznej słodyczy i stawia przyjemny opór zębom w czasie konsumpcji. A krem, który w zasadzie nie jest kremem, lecz serowym nadzieniem również nadaje lekkość, a gdy ktoś zredukuje ilość cukru – także kwaskowatość wypiekowi. To ciasto jest dla mnie idealnym wręcz zamiennikiem słońca, gdy za oknem leje, wieje i grzmi ja kroję sobie jego kawałek i już czuję się co najmniej jak na Karaibach.


Składniki (z moimi małymi modyfikacjami):
• 450 g mąki
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• 1 łyżeczka soli
• 240 g cukru
• 1 łyżeczka cynamonu
• 3 jajka
• 200 ml oleju
• puszka ananasa
• 3 banany
• 100 g orzechów

Serowy krem do przełożenia:
• 400 g sera na serniki
• 50 g masła
• 200 g cukru pudru
• ekstrakt waniliowy
• szczypta soli


Ananasa odsączyć, pokroić na małe kawałki. Banana pokroić w półplasterki. Można skropić sokiem z cytryny, aby nie ściemniał. Odstawić na bok. Przesiać razem mąkę, proszek do pieczenia i cynamon. Dodać cukier, jajka oraz olej. Dokładnie zmiksować, aż powstanie gładka, jednolita masa. Wmieszać kawałki ananasa, banany i orzechy. Przelać masę do formy wyłożonej papieremdo pieczenia (u mnie owalna 17cm x 23cm) i piec przez ok. 45 minut w temperaturze 180 stopni Celsjusza (w oryginalnym przepisie czas pieczenia wynosi 25-30 minut, ale moje ciasto po tym czasie było jeszcze surowe). Wyjąć z piekarnika, ostudzić.
Przygotować nadzienie serowe: utrzeć ser z masłem na gładką masę. Stopniowo wsypywać cukier puder, miksując, aż wszystko będzie dokładnie wymieszane.
Ostudzone ciasto przekroić na pół, dolną część posmarować połową kremu, przykryć drugą częścią i wierzch oraz boki również ozdobić kremem.


Smacznego!



Pyszny krem orzechowo - czekoladowy



Pamiętam, z wczesnego dzieciństwa, jak Mama kupowała mi, w pobliskim sklepiku, do którego wchodziło się po schodkach, masło czekoladowe. Ale nie takie jak te dzisiejsze. Ono leżało w chłodni, owinięte papierowym opakowaniem, w kształcie i wielkości połowy kostki zwykłego masła. Pamiętam też jego smak – mdły, maślano – słodki, żaden konkretny. Jakby ktoś sypnął odrobinkę kakao do zwykłego masła. I od niechcenia zamieszał. Ale wtedy mi to smakowało. Była to jedyna mi znana odmiana zwykłego smarowidła. A ponieważ konsystencja tej słodyczy była stała – nierzadko ciężko było rozsmarować je na pieczywie, więc ja kroiłam masło na plastry i zajadałam się samym tym kakaowym tłuszczem. Było to dla mnie absolutnie przepyszne. Nie mogłam się oderwać dopóki nie zjadłam całego opakowania, lub dopóki mój brzuch dobitnie nie dał znać, że takiego masła ma już dość i nie będzie więcej go przyjmował do siebie. Potem na rynek szturmem wdarły się kremy czekoladowe o miększej konsystencji, w plastykowych pudełeczkach. Następnie dodano do czekolady orzechy, zmieniano konsystencję na coraz bardziej płynną aż do dziś. A ja oczywiście, niczym naczelny degustator, musiałam każdej takiej nowości spróbować. I to wielokrotnie, bo często konsumpcja pierwszego opakowania nie daje pełnego, obiektywnego obrazu. Trzeba było kilka opakowań zjeść, żeby wydać decyzję. Dzisiaj już masła orzechowe i czekoladowe kremy do pieczywa nie wzbudzają u mnie takich skrajnych emocji, przechodzę koło nich raczej obojętnie i nawet apetyczne reklamy, które ukazują swój produkt, w sposób wybitnie działający na zmysły – na mnie nie działają. Co nie znaczy, że mi nie smakują. A ponieważ ostatnio tak dobrze wychodzą mi domowe wersje najpopularniejszych potraw sklepowych, nie omieszkałam także nie zrobić domowego kremu czekoladowo – orzechowego. Przepis też miałam już dawno upatrzony, przeczytany i obmyślany. Nawet składniki miałam w domu, kupione kiedyś przy okazji… Polecam. Podpatrzone z tej strony, z moimi małymi modyfikacjami.


Składniki:
• 100 g orzechów laskowych
• 300 ml mleka skondensowanego słodzonego
• 90 g gorzkiej czekolady
• 1 łyżka miodu

Orzechy laskowe podrumienić na patelni lub w piekarniku (temperatura 180º), mieszając od czasu do czasu. Obrać z brązowych skórek (najlepiej schodzą pocierane o papierowy ręcznik). Ostudzić.
Ostudzone włożyć do malaksera. Zmiksować na płynną masę (według autorki zajmie to około 8 minut, ja miksowałam ok. 45 minut). Orzechy najpierw będą zmielone jak do wypieków, potem powstanie z nich masło, a na końcu zmienią się w dość gładki i tłusty płyn.
W garnuszku z grubym dnem umieścić mleko skondensowane, połamaną gorzką czekoladę i miód. Podgrzewać do rozpuszczenia się czekolady, mieszając by wszystkie składniki się połączyły. Taką mieszankę, jeszcze ciepłą, wlać do malaksera, do przygotowanej wcześniej masy orzechowej. Zmiksować przez 2 minuty, na gładką masę. Nałożyć do słoiczka, odstawić w temperaturze pokojowej, do stężenia.


Smacznego!



Waniliowa pianka w kakaowej polewie



Kiedy zacznę coś robić i zobaczę, że efekty mojego działania nie są opłakane – powtarzam to aż do znudzenia. A ponieważ bardzo rzadko mi się coś nudzi, to robię to, i robię, i robię. I nie mam dość. Bardzo często dotyczy to tego samego produktu, który powtarzam zaraz po tym jak poprzednia partia ulegnie konsumpcji. Kiedyś przez kilka miesięcy robiłam co tydzień jeden rodzaj ciasta. Taki sam, z takimi samymi dodatkami i za każdym razem tak samo mi smakowało. I nie znudziło mi się. Nadal je wspominam, ale w myśl zasady, że nie powtarzam nigdy ciast – musiałam piec także drugie, co i rusz nowe, inne ciasto. A dwa wypieki na raz to nawet dla mnie za dużo. Dlatego zrezygnowałam z tego co znam już bardzo dobrze, na rzecz nowego. Ale powtarzalność w moim wydaniu to nie tylko uparte pieczenie tego samego ciasta w sobotę, ucieranie identycznego deseru w środę, czy zalewanie galaretką owoców w czwartek. To również próby opanowania skomplikowanej receptury i choć w części wyglądu słodyczy, które rzędami leżą i pięknie wyglądają na sklepowych półkach. Próbowałam już domowego Bounty, Crème brulée, batoników owsianych….teraz czas na klasykę. Rzuciłam rękawicę ptasiemu mleczku. A ponieważ ptasie mleczko to klasyk i ja potrzebowałam jakiegoś pewnego przepisu, który by jak najbardziej przypominał oryginał. W końcu zdecydowałam się na ten przepis, który wydał mi się najbardziej odpowiedni. I co dziwne – nie wybitnie skomplikowany, niewymagający użycia mnóstwa składników, kilkudziesięciu miseczek, naprzemiennego podgrzewania i schładzania, kombinowania i niepochłaniający kilku godzin. Nie licząc chłodzenia, ptasie mleczko robi się dość szybko. A smak? Nie zastąpił ideału. Smakuje inaczej, bardziej waniliowo, nie jest także tak zwarte jak oryginał (może gdyby dać więcej żelatyny masa wyszłaby twardsza), ale też jest dobre. Też ma strukturę piankową i jeżeli ktoś miewa zachcianki na takie właśnie przysmaki – gdy wyjście do sklepu po zakup prawdziwego ptasiego mleczka jest niemożliwe – ten substytut naprawdę jest w stanie zaspokoić rządzę i potrzebę poczucia w ustach pysznego smaku waniliowo – czekoladowego smakołyku.


Składniki:
- 4 jajka
- 300 ml mleka
- 4 łyżeczki żelatyny
- 200 g margaryny
- 200 g cukru pudru
- kilka kropli aromatu waniliowego
- gotowa polewa czekoladowa do ciast


Oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywną pianę. Margarynę utrzeć z cukrem na puszystą masę, stopniowo dodając żółtka. Mleko wymieszać z żelatyną i podgrzać na małym ogniu aż żelatyna się rozpuści, wystudzić. Następnie dolać cienkim strumieniem do masy tłuszczowej energicznie mieszając. Na koniec wymieszać masę z ubitymi na sztywno białkami i dodać aromat waniliowy. Masę przełożyć do formy wysmarowanej tłuszczem lub wyłożonej folią spożywczą i chłodzić w lodówce kilka godzin lub całą noc. Po tym czasie ptasie mleczko pokroić na małe prostokąciki. Przygotować polewę do cista zgodnie z instrukcją na opakowanie. Małym pędzelkiem pomalować polewą jeden bok ptasiego mleczka, odczekać aż zastygnie i pomalować kolejny bok, także czekając aż polewa zastygnie. Tak postępować z każdą ścianką deseru. Włożyć do lodówki, by polewa całkowicie zastygła.

Smacznego!

Czekoladowy pudding królewski



W moim rodzinnym domu posiłki zawsze jadaliśmy w kuchni. Aby nie trzeba było nosić talerzy, garnków, aby łatwiej i szybciej było po coś sięgnąć, wyjąć z lodówki, bez przemierzania kilometrów z pokoju do kuchni po solniczkę, zaraz potem po małą łyżeczkę, cukier, szklaneczkę i mnóstwo jeszcze innych drobiazgów, o których się zapomina, gdy w kuchni są na wyciągnięcie ręki. Ale w święta, lub gdy chcemy podkreślić wagę jakiegoś dnia jadamy w pokoju. Dla mnie od zawsze jest to wyjątkowe wydarzenie, gdyż już sam rytuał wynoszenia talerzy i sztućców do pokoju pachnie podniosłością chwili. Mama składniki posiłku zawsze wtedy przekładała na półmiski, albo duże talerze, dekorouje warzywami i – niosąc niczym ciężko zdobytą, w nierównej, ale zwycięskiej walce flagę wroga – z dumą stawia owe półmiski w centralnym miejscu na stole. Dodatki warzywne również pysznią się z miseczek, małych naczynek czy talerzyków, a nie jak na co dzień – prosto ze słoika. W pokoju jest większy stół, więc każdy ma więcej miejsca dla siebie, jedząc nikt się nie spieszy, nie rozprasza słysząc prośby o sięgnięcie do lodówki po ketchup, o podanie soli. Każdy wszystko ma przed sobą. Takie celebrowanie posiłków jest dla mnie naprawdę wyjątkowe. Może dlatego, że mam szansę tak jeść naprawdę rzadko, a jedzenie w pokoju kojarzy mi się jednocześnie z jakąś ważną dla naszej rodziny chwilą. Nawet teraz, mieszkając sama, czasami mam ochotę poczuć się tak wyjątkowo. Sprawić sobie przyjemność, gdy jakiś dzień jest dla mnie małym świętem – gdy uda mi się pokonać jakąś trudność, coś osiągnąć, coś załatwić. Co wtedy robię? Sięgam po najładniejszy talerzyk z mojej kolekcji, kroję sobie kawał poniższego ciasta (którego nazwa już brzmi iście odświętnie), dobieram do kompletu filiżankę, parzę pyszną herbatę, idę do pokoju, zasiadam w dużym, niezwykle wygodnym fotelu, wśród kwiatów (które otaczają go z każdej możliwej strony oprócz spodu), zamykam oczy i świętuję. W domowym zaciszu, delektuję się pysznym puddingiem, pijąc herbatę z wyjątkowej filiżanki i uśmiecham się do siebie po dobrym dniu.
A co do samego ciasta – rzeczywiście królewskie. Mocno czekoladowe, mokre, ciężkie i słodkie. A wierzchnia warstwa bezy jest leciutka, słodziutka, chrupiąca z wierzchu, lekko ciągnąca od środka. Całość tworzy tę wyjątkowość. Różna struktura i konsystencja. Przeciwstawna kolorystyka. Ciasto nie jest przesłodzone, czuć lekki charakterystyczny posmak gorzkiej czekolady. Na wyjątkowe chwile. Pycha! Przepis z tej ksiązki.



Składniki:
• 50 g czekolady deserowej
• 450 ml mleka czekoladowego
• 100 g herbatników
• 125 g cukru
• 2 jajka
• 4 łyżki dżemu czereśniowego (pominęłam)


Czekoladę połamać na małe kawałki, wsypać do rondla i zalać mlekiem czekoladowym. Mieszając, podgrzewać na małym ogniu aż czekolada się roztopi. Doprowadzić niemal do wrzenia, zdjąć z ognia i odstawić na bok.
Herbatniki wsypać do miski, pokruszyć i dodać 25 g cukru. Wlać mleko z czekoladą i starannie wymieszać. Lekko przestudzić. Następnie dodać żółtka i utrzeć.
Masę przelać bezpośrednio do formy do pieczenia (u mnie owalna 17 cm x 23 cm) i piec około 25 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni Celsjusza, lub do chwili, gdy pudding stężeje i będzie się uginać przy dotykaniu.
Pod koniec pieczenia ubić pianę z białek na sztywno. Stopniowo dosypywać resztę cukru i ubijać aż powstanie sztywna i lśniąca masa.
Gdy pudding się upiecze, wyjąć go na chwilę piekarnika, wierzch posmarować dżemem i na niego wyłożyć pianę z białek. Wstawić do piekarnika na 15 minut, aż beza na wierzchu będzie chrupiąca i złocista.


Smacznego!



Przypadkowe kawowe serniko-brownie



Czy zdarza Wam się postąpić głupio, bezmyślnie i totalnie beznadziejnie? Mi się to właśnie udało. Aż sama sobie brawo zaklaskałam. A potem…..prawie się popłakałam ze złości na siebie. Cóż ja takiego zrobiłam? Wykazałam się ogromnym poziomem błyskotliwej inteligencji inaczej, przekraczającej dopuszczalne normy umożliwiające bezpieczny kontakt z innymi ludźmi. Mianowicie – korzystając z wolnej chwili, z przypływu weny i chęci napisania kilkunastu zdań, postanowiłam dodać wpis na bloga. Napisałam, przeczytałam, poprawiłam, zapisałam, chciałam wybrać zdjęcia ale pomyślałam najpierw, że przeniosę „ten wypiek” do innego folderu. Wszystko zakończyłoby się sukcesem, gdybym przeczytała komunikat, który pojawił mi się na ekranie – ale ja, osoba nie marnująca czasu na czytanie jakichś pierdół, kliknęłam w niego. I chyba była to akceptacja następnego kroku, który mój komputer ma zamiar wykonać. Dosłownie dwie sekundy później nie było śladu po przepisie, opisie i zdjęciach. Wszystko zniknęło…. a, że zapisuję wszystko na przenośnej pamięci, to po usunięciu nie mam gdzie tego szukać. Poszłoooooo w eter. Pięknie. Dobrze, że mam inny wpis do wrzucenia w zanadrzu. Inny wpis, który w powinien dać inny efekt. A dał inny. Ale ja się tym nie martwię, bo ciasto, które jest sernikiem wyszło pyszne. Dawno już go nie robiłam. Masa serowa o smaku kawowym wspaniale równoważy resztę słodyczy ciasta. Ciasto kakaowe jest mięciutkie, wilgotne, mocno aromatyczne i słodkie. Przepis wygrzebany gdzieś z Internetu, ale zmieniłam proporcje i chyba dlatego powstało coś, co nazwałam kawowe serniko-brownies,. Pyyyszne kawowe serniko-brownies. Bardzo polecam!
PS. Na zdjęciu widać, jak dużo jest sera w porównaniu do ciasta, dodatkowo nie wiem dlaczego, ale kakaowe ciasto mi się rozpłynęło po warstwie sernikowej, część wypłynęła na górę, część została na dole, a część ulokowała się w serze. Nie wiem dlaczego tak wyszło. To nie było zamierzone działanie, ale chyba tylko polepszyło smak całości…


Składniki:
• 50 g masła
• 100 g cukru
• 2 jajka
• 100 g posiekanych orzechów (dowolnych, ja dałam arachidowe)
• 30 g kakao
• 70 g mąki
• kilka kropel aromatu waniliowego
• 500 g kremowego twarożku
• 10 g (2 pełne łyżeczki) kawy
• 15 ml (1 łyżka) wody
• 50 g cukru
• 2 łyżki mąki
• 2 jajka


Przygotować ciasto: W garnuszku rozpuścić masło, dodać kakao, rozmieszać aż składniki się połączą. Zdjąć z ognia, przestudzić. Wmieszać cukier, aromat waniliowy, bardzo dokładnie wymieszać. Dodawać po jednym jejku, miksując po każdym dodaniu, następnie dodać mąkę i wszystko razem wymieszać. Na końcu wmieszać orzechy i przelać ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia (u mnie kwadratowa o boku 17 cm), wyrównać wierzch i odstawić na bok.
Przygotować masę serową: Rozpuścić kawę w gorącej wodzie, odstawić. W misce ubić twarożek z cukrem. Wlać rozpuszczoną kawę. Zmiksować. Dodać mąkę, a następnie po jednym jajku, miksując po każdym dodanym składniku.
Na kakaowy spód wylać ser i piec przez 35 – 40 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza.