Chałka z wanilią



Każda czynność przeze mnie wykonywana musi mieć jakiś cel. Musi być należycie poparta wymyślonymi przeze mnie argumentami – takimi, które przekonają mnie samą, że to, za co się zabieram ma głębszy sens i zastosowanie w następnych moich działaniach. Nie jest to usprawiedliwianie się przed sobą, ale próba odseparowania rzeczy ważnych od tych z odroczonym terminem. Zwykle takie postępowanie nie sprawia mi problemów i nawet bez zagłębiania się analizę działań, wiem co, kiedy i jaki przyniesie skutek. Nie jestem wróżką, nie mam zdolności jasnowidzenia, ani nie mam rozwiniętej kobiecej intuicji – po prostu bardzo dobrze znam siebie. I wiem, że nienawidzę (tak, to dobre słowo bo zwykłe „nie lubię” jest zbyt mało ekspresyjne) robić czegoś bez sensu. Szczególnie nie lubię piec, gotować, formować, kręcić, kroić i mieszać składników, które dadzą produkt dla mnie niejadalny. Choć dla innych może być pyszny, mogą to być wyżyny sztuki kulinarnej – ja jednak go nie popełnię, skoro wiem, że go nie zjem. Co innego piec dla innych, ale dziś nie o tym. Z racji tego, że kiedy mam wolną chwilę szukam pomysłów na coraz nowsze i bardziej zaskakujące wypieki, zagłębiam się w przepisy, które z pozoru wydają się mało zachęcające. Tak też było z wypiekiem, do wykonania którego potrzebna była chałka, broszka, drożdżówka lub jakakolwiek słodka forma pieczywa. A ponieważ ja nic takiego nie miałam, a sklepowe drożdżówki omijam dużym łukiem, postanowiłam sama upiec podstawowy składnik upatrzonego przepisu. Tylko dlatego, że była ona niezbędna zrobiłam chałkę. Nie jadam takiego rodzaju pieczywa, więc pieczenie go byłoby bezsensem, zmarnowaniem składników, ale, że mam w planach pudding chlebowy…..
Chałka wyszła – co dziwne, bo myślałam, że mnie się ta sztuka nie uda – jak prawdziwa chałka kupiona w piekarni. Błyszcząca, mięciutka, z niechrupiącą skórką, lekko słodka. Naprawdę dobra! Gdybym miała wanilię w laskach dodałabym ziarenka, wtedy smak byłby jeszcze lepszy, ale ja miałam jedynie cukier wanilinowy. A skoro z nim chałka jest bardzo dobra, to z wanilią byłaby duuużo lepsza. Oczywiście najsmaczniejsza jest jeszcze ciepła, ale po dwóch dniach leżakowania w szczelnym pojemniku też jest fajna! Przepis znaleziony na forum Cin – Cin.



Składniki (na dwie duże chałki):
Zaczyn:
• 50 ml mleka
• 60 g mąki
• 25 g cukru
• 50 g drożdży
Ciasto właściwe
• 150 ml mleka
• 2 jajka
• 50 g masła
• 50 g cukru
• 600 g mąki
• cukier waniliowy

Ponadto
• jajko do posmarowania wierzchu chałki


Składniki zaczynu wymieszać ze są dokładnie i pozostawić na 15 minut.
Do zaczynu dodać jaja, mleko, rozpuszczone i wystudzone masło, cukier i cukier waniliowy i dokładnie wymieszać. Następnie dodać mąkę i dokładnie wyrobić ciasto. Pozostawić do wyrośnięcia, gdy podwoi objętość, podzielić na 3 części, każdą rozwałkować w wałeczek a następnie wałeczki spleść w warkocz. Pozostawić do wyrośnięcia, posmarować wierzch jajkiem i piec na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia około 20 minut w piekarniku nastawionym do 220 stopni Celsjusza.

Smacznego!



Ciasto-mus potrójnie czekoladowe



Jeszcze nie dopadła mnie jesienna depresja. Chyba tylko dlatego, że nadal, resztką sił słońce przebija się przez chmury i w te ostatnie dni, przygotowujące nas do co najmniej czterech miesięcy pluchy, deszczu, śniegu, zawiei, zimna i krótkiego dnia, który i tak spędza się w pracy lub szkole, próbuje nadrobić okres letni, w którym urządziło sobie wakacje. Jeszcze funkcjonuję normalnie. Jeszcze mam ochotę i siłę na spacery i wychodzenie z domu. Jeszcze się uśmiecham i odnajduję pozytywne strony codziennych dni. Jeszcze jestem sobą i nie szukam polepszaczy nastroju. Wiem, że produktem, który najlepiej działa w stanach depresji pogodowej, braku pozytywnej energii i zastrzyku witalności jest czekolada i wiem też, że mi na razie taki spadek formy nie grozi, co nie oznacza, że mam odłożyć wszystko czekoladowe na bok i opatrzyć napisem „nie dotykać do stanu głębokiej depresji”. Co to to nie! Według mnie na czekoladę zawsze jest dobra pora. Nawet w czterdziestostopniowym upale, gdy stan skupienia tabliczki pozostawionej na wierzchu ulega zmianie, czekolada smakuje również wybornie. A wypiek złożony aż z trzech rodzajów czekolad? Potrójna dawka serotoniny, potrójna poprawa humoru, potrójny powód by jak najszybciej to wykonać, schłodzić i zjeść.
Przepis, dość pracochłonny, ale godny poświęcenia czasu i cierpliwości. Mega-czekoladowy. Bardzo słodki (ale po to jest czekolada….), piankowaty, przez co można zjeść naprawdę duży kawał. Mięciutki, rozpływający się w ustach. Niestety u mnie dwie dolne warstwy nie różnią się od siebie kolorem (uwierzcie mi, że tam są!), ale konsystencją i smakiem już tak. Cóż innego mogę napisać niż tylko: Polecam serdecznie! Przepis z tej strony.



Składniki:
Na spód:
• 50 g masła
• 200 g czekolady deserowej
• ¾ łyżeczki kawy rozpuszczalnej
• 4 jajka
• 50 g cukru brązowego
• 1,5 łyżeczki ekstraktu waniliowego
• szczypta soli

Warstwa środkowa:
• 20 g kakao w proszku
• 50 ml gorącej wody
• 200 g czekolady deserowej
• 250 ml śmietany kremówki
• 10 g cukru
• szczypta soli

Warstwa wierzchnia:
• ¾ łyżeczki żelatyny
• 10 ml wody (1 łyżka)
• 180 g białej czekolady
• 250 ml śmietany kremówki

Ponadto:
• wiórki czekoladowe lub kakao do posypania

Przygotować spód: Masło, czekoladę, kawę wymieszać i rozpuścić w naczyniu umieszczonym nad garnkiem z gotującą wodą (tzw. kąpiel wodna). Od czasu do czasu mieszać, aż masa będzie jednolita i gładka. Zdjąć z ognia i przestudzić. Wmiksować ekstrakt waniliowy i żółtka. W misce ubić białka jajek z solą aż się porządnie spienią. Dodać cukier i ubijać dalej aż powstanie sztywna piana. Wmieszać 1/3 piany do masy czekoladowej (aby ją trochę „rozluźnić”), a następnie delikatnie wmieszać pozostałe ubite białka. Całość przelać do tortownicy o średnicy 22 cm), wyłożonej papierem do pieczenia i piec w temperaturze 170 stopni Celsjusza przez około 14-18 minut. Po tym czasie wyjąć z piekarnika, wystudzić. Ciasta nie wyjmować z naczynia, w którym się piekło. Niech stygnie w formie.
Przygotować warstwę środkową: W szklaneczce, lub małej misecze połączyć kakao i wodę. Dokładnie wymieszać, odstawić do przestudzenia. W kąpieli wodnej rozpuścić czekoladę. W misce ubić kremówkę z cukrem i solą na sztywną masę. Dodać rozpuszczone kakao, chwilkę jeszcze poubijać, aż składniki się wymieszają. 1/3 kremówki wmieszać do rozpuszczonej czekolady, aby rozluźnić masę (tak jak przy spodniej warstwie), następnie delikatnie dodać resztę śmietany i bardzo delikatnie wymieszać. Powstałą masę przełożyć na zimny spód, lekko uderzyć tortownicą o blat, by wszystko się ułożyło. Wygładzić wierzch i schłodzić. Ja włożyłam do lodówki na godzinę.
Przygotować warstwę wierzchnią: Żelatynę dokładnie rozpuścić w wodzie, odstawić. Czekoladę połamać na kawałki, włożyć do miseczki. W garnuszku 100 ml śmietany zagotować. Gdy zawrze, zdjąć z ognia, dodać rozpuszczoną żelatynę, wymieszać i zalać połamaną czekoladę. Poczekać, aż czekolada się rozpuści, mieszając od czasu do czasu. Wystudzić masę do temperatury pokojowej. W między czasie ubić na sztywno pozostałą śmietankę. Podobnie, jak w poprzednich warstwach 1/3 ubitej kremówki wmieszać do czekolady, by masę rozluźnić, a następnie delikatnie połączyć z resztą kremówki. Wylać wszystko na środkową warstwę i schłodzić w lodówce około 2,5 godziny.

Całość przed podaniem można posypać startą na tarce czekoladą lub opruszyć kakao, ja to pominęłam.





Czekoladowa panna - cotta



A co, kiedy nie mam ochoty na ciasto? A co, gdy myśl o muffinkach powoduje u mnie mimowolne złożenie ust w grymasie niechęci? A co, kiedy na widok ciastek odechciewa mi się nawet przekroczyć próg kuchni? Na szczęście z pomocą stoją zawsze blogi kulinarne. Tam zawsze coś znajdę dla siebie. Cukierki? Bardzo proszę – setki do wyboru, słodkie napoje? – także tysiące propozycji. Bezglutenowe, sojowe, słodko – słone, chrupiące, kremowe, z pieczeniem, bez pieczenia. Łatwe, trudne, z kremem lub bez. Wszystko co chcę. Ostatnio jednak przydarzyła mi się straszna, wręcz można powiedzieć katastrofalna rzecz, a raczej stan, który – gdy sięgnę pamięcią – zdarzył mi się zaledwie kilka pamiętnych razy, ale było to naprawdę okropne przeżycie – nie wiedziałam na co mam ochotę. Patrzyłam pustym wzrokiem na znane i nieznane mi strony, przerzucałam blogi, patrząc na piękne zdjęcia bez tak normalnego u mnie zachwytu, myśląc na co mam ochotę. A ponieważ godzina była już dość mocno wieczorna, musiałam zdecydować się szybko, żeby dać radę deser wykonać i choć odrobinkę spróbować. Nie wiem ile czasu szukałam, ile podobnych przepisów już znalazłam, ale w końcu zdecydowałam się na panna-cottę. Dość to ryzykowne, bo nigdy wcześniej jej nie robiłam i nie byłam w stanie nawet przewidzieć jak zachowają się składniki w połączeniu ze sobą, gdy ja niecierpliwie będę wszystko robić na szybko, by deser zdążył zastygnąć zanim wyjem go na surowo. Ale udało się. Wszystko wyszło tak jak powinno. W smaku – pysznie czekoladowa, wcale nie słodka z lekką nutą kokosową, trzęsąca się, sycąca galaretka. Bo inaczej tego deseru nie można nazwać. Pyszny jest. Szybki do przygotowania, łatwy, już po godzinie mogłam delektować się jego kremową konsystencją, pysznym, intensywnym smakiem i jednocześnie lekkością. Polecam! Przepis pochodzi z tej strony.


Składniki (podaję ilość na 4 porcje):

• 250 ml śmietanki kremówki
• 100 ml mleka skondensowanego niesłodzonego
• 50 ml mleka świeżego
• 2,5 łyżeczki żelatyny
• 100 g gorzkiej czekolady
• 40 g cukru
• 60 g wiórków kokosowych (wg autorki powinny być orzechy włoskie)
• aromat migdałowy


Żelatynę zalać wodą, wymieszać i odstawić. W garnuszku doprowadzić do wrzenia razem śmietankę i oba rodzaje mleka. Wyłączyć gaz, dodać cukier i połamaną na kawałki czekoladę i wymieszać do rozpuszczenia i powstania gładkiej, jednolitej masy. Następnie dodać wiórki koksowe, aromat i wymieszać. Żelatynę podgrzać w kąpieli wodnej by nie miała kłaczków (miseczkę z żelatyną stawiamy na chwilkę nad garnuszek z gotującą się wodą i mieszamy aż do dokładnego rozpuszczenia wszelkich grudek). Dodać do masy. Dokładnie wymieszać. Tak przygotowany deser rozlać do 4 miseczek wyłożonych folią spożywczą i wstawić do lodówki na kilak godzin (u mnie wystarczyło 1,5 godziny). Gotową panna-cottę wyjąć z foremek – odwracając je do góry dnem, zdejmując miseczkę (folia zapobiega przyklejeniu się masy do naczynia) i delikatnie odrywając folię od zastygniętej masy. Ja udekorowałam odrobinką kremówki i kilkoma wisienkami, dla kontrastu smakowego.


Smacznego!

Muffinki gruszkowe z jogurtem jagodowym



Zawsze gdy czytam składniki wypieków, które mam zamiar Wam zaprezentować nie kieruję się szacunkowym ostatecznym smakiem gotowego produktu, ale zestawieniem składników, które wchodzą w jego skład. Zastanawiam się, czy zaproponowane połączenie będzie zjadliwe, bo pomimo, iż ktoś już je wypróbował, nie jest jednoznaczne z tym, że bez obaw i z zamkniętymi oczami można taką kombinację zastosować w swoim domowym zaciszu. Niestety, korzystając szczególnie z zagranicznych stron internetowych, muszę brać poprawkę na jakość i rodzaj produktów używanych tam, a dostępnych tutaj. Ten sam owoc smakuje inaczej u mnie w kuchni i inaczej za oceanem. Czekolada jest również inna, a jogurt o pozornie takim samym smaku i kolorze wspólną ma tylko nazwę. Nie mam zamiaru wychwalać zagranicznych produktów i udowadniać, że nasze, rodzime są gorsze – różnica w smaku i jakości poszczególnych produktów przechyla się zarówno na korzyść polskich jak i „obcych”. Liczą się jednostki, a nie ogół. To co u nas jest pyszne….za granicą może być tylko marną imitacją oryginału, na dodatek nieudaną. Lub odwrotnie. I niestety wszystkie te wahania bardzo wpływają na smak gotowej potrawy. Chociaż…..myślę, że własne preferencje smakowe także mają dużo do powiedzenia. One zawsze się przebiją przez całą resztę czynników wpływających na ostateczną ocenę wypieku i będą krzyczeć, wołać, nie dadzą spokoju, dopóki się ich nie posłuchamy. Ja też – przyznaję – łapię się na bezgranicznym zaufaniu do przepisów umieszczonych w Internecie, a po spróbowaniu apetycznego wypieku – jak w nic innego wsłuchuję się w zdanie moich kubków smakowych. A one są bezlitosne. Albo akceptują zaproponowaną przeze mnie fuzję, albo nie. Muszę niestety przyznać, że do smaku poniższego przepisu musiałam je przekonywać trochę na siłę. I trochę się udało.
Muffinki jagodowo – gruszkowe mnie nie zachwyciły. Dlaczego? Chyba dlatego, że nie przepadam za jagodami, a w składzie jest jogurt o tym właśnie smaku. Może dlatego, że gruszki także nie są moimi faworytami, jeżeli chodzi o uwielbienie owoców. Może dlatego, że – pomimo iż nienawidzę suchych ciast – te muffinki są trochę nazbyt wilgotne? Ciężko powiedzieć. Dla mnie przeciętne. Gdybym miała robić je ponownie – zamieniłabym jogurt jagodowy na gruszkowy. Myślę, że wypiek dużo by na tym zyskał. Obiektywnie oceniając….dla wielbicieli jagód i gruszek – muffinki będą pyszne. Są mięciutkie, lekkie, wilgotne, mocno owocowe. Przepis znalazłam na tej stronie.



Składniki (na 12 muffinek):
• 300 g jogurtu jagodowego
• 2 jajka
• 60 ml oleju
• 400 g mąki
• 3 łyżeczki proszku do pieczenia
• ½ łyżeczki sody oczyszczonej
• 1 łyżeczka cynamonu
• 120 g płatków owsianych
• 60 g cukru
• 2 dojrzałe gruszki


W naczyniu zmiksować jajka, jogurt, olej.
Gruszki pokroić na małe kawałki. Do miski przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą oczyszczoną. Dodać cynamon, cukier i płatki owsiane. Wymieszać. Wsypać gruszki, przemieszać. Delikatnie wmieszać mieszaninę jogurtowo – jajeczną. Gotowe ciasto przelac do 12 foremek na muffinki i piec przez 15 – 20 minut w piekrniku rozgrzanym do 180 stopni Celsjusza.


Smacznego!



Babeczki z mlekiem skondensowanym



Czasami zdarza się, że mamy wyjątkowo mało czasu na mnóstwo zadań do wykonania. Budzimy się rano z myślą, że ten dzień będzie spokojny i leniwy. Pozwalamy sobie na dłuższe polegiwanie w łóżku, powoli wstajemy po kawę, którą obowiązkowo zanosimy z powrotem do łóżka, włączamy telewizor lub otwieramy książkę. I wtedy….przełączamy tryby. Zaczyna do nas docierać jaki mamy dzień i wszystkie sprawy, które mamy załatwić bombardują nas, na raz, nagle ze wszystkich stron. Rzucamy więc kawę nie zwracając uwagi jak ten cenny płyn wylewa się z kubka i niemiłosiernie upada na czystą pościel. Nieważne. Teraz szybko trzeba się ubrać, doprowadzić do jakiegokolwiek stanu, w którym można się pokazać publicznie i biec. Jeszcze buty, a...i torebka. Klucze, okulary, szalik….wychodzimy. Raczej wybiegamy. Gdy wrócimy, trzeba posprzątać, ugotować obiad, umyć pościel zalaną kawą i znowu biegniemy gdzieś….. a w między czasie należałoby jeszcze upichcić coś słodkiego na deser. Albo raczej na dostarczenie energii dla wycieńczonego tym z pozoru spokojnym i leniwym dniem organizmu. Jednakże na to też nie można poświęcić zbyt dużo czasu, deser ma być szybki w wykonaniu, szybki w pieczeniu i najlepiej szybki w jedzeniu. Niekłopotliwy, czyli bez używaniu sztućców, talerzyków, bez krojenia i bez ryzyka zabrudzenia ubrań. Bo na przebieranie się też nie ma czasu. Każdy z nas kiedyś miał, lub będzie miał taki dzień. Co mogę Wam wtedy zaproponować w ramach deseru?
Mini mleczne babeczki. Są naprawdę mini, praktycznie nie wyrastają , nie są przesłodzone (choć w ich składzie znajduje się mleko skondensowane), przygotowuje się je niezwykle szybko, piecze 15 minut, a zjada – w mniej niż dwie sekundy. Babeczki na raz, jedzone palcami, bez noży, widelców, talerzyków. Babeczki się nie kruszą, więc nie ma problemu z brudnym ubraniem. Mają dość ścisłe nadzienie, więc na pewno nic się nie wyleje. Są ekspresowe – takie jak nasz dzień. Bardzo dobrze smakują, tak mlecznie. Tak lekko. Pycha. Pomysł na babeczki wzięłam z tego przepisu. Polecam!


Składniki (na około 6 babeczek):
• 50 g herbatników
• 20 g masła
• 150 g mleka skondensowanego słodzonego
• 150 ml mleka zwykłego
• 2 jajka
• sok z połowy cytryny


Herbatniki pokruszyć, dodać rozpuszczone masło i dokładnie wymieszać oba składniki, by dokładnie się połączyły. Wyłożyć nimi dno sześciu muffinkowych papilotek, docisnąć.
Mleko skondensowane, żółtka, mleko zwykłe i sok z połowy cytryny zmiksować. W oddzielnym naczyniu ubić pianę z białek i delikatnie wymieszać ze zmiksowaną wcześniej masą mleczno – żółtkową. Wykładać łyżką na dociśnięte herbatniki. Piec około 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni Celsjusza.


Smacznego!