Mus z białej czekolady



Podobno biała czekolada to nie czekolada. Podobno lody z małą ilością tłuszczu i śmietany to nie lody. Ale cóż ma poradzić na to ktoś, kto białą czekoladę uwielbia i takie chude lody też? Ja – bo w poprzednim zdaniu pisałam o sobie – postanowiłam popełnić chyba największy grzech kulinarny i połączyłam białą czekoladę ze śmietaną. Chudą, bo 18%. Wcale się źle z tym nie czuję – wręcz przeciwnie, jestem zadowolona z efektu mojej pracy. Może dlatego uśmiecham się do tego musu, gdyż od jakiegoś czasu nie przepadam za lodami. Może troszkę skubnę, jak akurat są w domu, ale żeby tak samemu kupić to już nie. Obok lodówek z lodami na patyku też przechodzę obojętnie, a punkty serwujące apetyczne kulki mogą kusić mnóstwem smaków co i tak nie spowoduje, że odwrócę się choćby w ich kierunku. Lody mi przestały smakować. Może dlatego, że są za zimne, że zęby bolą po nieprzemyślanym wpakowaniu całej łychy zmrożonej masy do buzi? Może dlatego, że ciężko doszukać się smaku w skamieniałej bryle o deklarowanym smaku czekolady? Nie wiem – ja za lodami i wszelkiego rodzaju mrożonymi smakołykami nie przepadam. Kiedyś robiłam semifreddo, które okazało się esencjonalne i smaczne, więc tym razem postanowiłam wypróbować mus z białej czekolady. Przepis prosty, szybki i lekki, taki na „przerwę na reklamy” w trakcie filmu, który oglądamy. Efekt? Nawet po dodaniu żurawiny suszonej do masy, mus nie uzyskał konkretnego smaku. Jest słodki, owszem, może trochę waniliowy, może trochę biało-czekoladowy, ale w zasadzie to jedyne co mogę o nim napisać to: ZIMNY. Wzbogaciłam go – według zaleceń książki, z której przepis czerpałam („Czekolada” z serii „Z kuchennej półeczki”) w sos truskawkowy, który po wymieszaniu z owym białym bohaterem (czyli musem…) zdominował całkowicie jego smak. Mogę jeszcze dodać, że mus bardzo szybko się rozpuszcza, więc ciężko było zrobić jakiekolwiek sensowne zdjęcie. Ale nawet rozpuszczony mus nie spełnił moich oczekiwań. Czyli – mrożonym deserom nadal mówię NIE!


Składniki:
• 20 g cukru
• 50 ml wody
• 300 g białej czekolady
• 3 jajka
• 300 ml śmietany kremówki (ja użyłam chudszą, do ubijania)
• 20 g suszonej żurawiny

Ponadto:
• 225 g truskawek
• 10 – 20 g cukru pudru, do smaku


W rondlu o grubym dnie podgrzewać na wolnym ogniu wodę z cukrem, cały czas mieszając, aż cukier się rozpuści. Doprowadzić do wrzenia i gotować przez 1 – 2 minuty, aż powstanie syrop. Zdjąć z ognia.
Białą czekoladę połamać na małe kawałki, dodać do syropu i mieszać aż czekolada całkowicie się roztopi. Zostawić na chwilę, by masa przestygła. Następnie wbić żółtka, dokładnie utrzeć i odstawić do całkowitego ostygnięcia.
Śmietankę lekko ubić, przełożyć do masy i dokładnie wymieszać.
W oddzielnej misce ubić pianę z białek. Dodać do masy, wymieszać. Dorzucić żurawinę, przemieszać. Masę przełożyć do naczynia (keksówki o długości 18 cm) wyłożonej folią spożywczą, wygładzić wierzch i wstawić na noc do zamrażalnika. Wyjąć na 10 minut przed podaniem (wg mnie to niepotrzebne, bo mus natychmiast topnieje)
Przygotować sos: truskawki zmiksować, dodać cukier puder i ponownie zmiksować.
Gotowy mus polać sosem truskawkowym.


Smacznego!

Racuszki drożdżowe



Prawie każda osoba mniej – więcej w moim wieku zapytana o przysmak z dzieciństwa odpowie: babcine racuszki. Jeszcze gorące, posypane suto cukrem pudrem, jedzone na tarasie, lub na kocu w ogrodzie, latem, popijane zimnym i kwaśnym zsiadłym mlekiem lub kefirem. Czy nie brzmi to znajomo? W moim wypadku nie, bo u mnie racuszki zapoczątkowała Mama, przeglądając książkę „173 specjały siostry Anastazji”, chyba w poszukiwaniu czegoś niebanalnego na obiad. Racuszki wpadły w oko od razu, zachęcając swoją prostotą i szybkim wykonaniem (nie licząc czasu rośnięcia ciasta). Były to pierwsze tego typu, małe, drożdżowe słodkości w naszym domu (nie licząc ciasta drożdżowego). Pierwsze i od razu pokochane! Bo rzeczywiście robi się je szybko, składniki dostępne na co dzień w domu, nie trzeba rozgrzewać piekarnika…a smak….urzekający! Pachnące drożdże w trakcie smażenia rosną jak szalone – widać jak małe porcyjki ciasta kładzione na patelnię zwiększają się do naprawdę słusznych rozmiarów, widać jak ciasto z surowego zmienia się na usmażone, jak brązowieje skórka racuszka, jak dopieka się środek. No i kształt – absolutnie dowolny. Tak naprawdę ostateczny kształt racuszka zależy tylko i wyłącznie…od niego, bo to on decyduje jak urośnie – w którym miejscu bardziej, w którym mniej, gdzie się bardziej rozleje. Smażący na to nie ma wpływu. Ja próbowałam uzyskać ładny, równy kształt. Ale gdzie tam – nie dało rady. Myślę, że takie oryginalne racuszki, każdy inny, inaczej zarumieniony i posypany inną ilością cukru pudru (bo kto by obliczał dokładnie gramy sypane na każdy) smakują nawet lepiej niż dokładnie wyważone, wymierzone i o idealnych kształtach gotowce.


Składniki (z moimi małymi zmianami):
• 50 g świeżych drożdży
• 250 ml mleka
• 2 jajka
• 50 g cukru
• 16 g cukru waniliowego
• 250 g mąki (ja daję troszkę więcej)
• 50 g masła
• szczypta soli
• olej do smażenia


Najpierw przygotować zaczyn: mleko lekko podgrzać, dodać pokruszone drożdże, łyżkę cukru i 2 łyżki mąki. Wymieszać wszystko i zostawić do momentu aż drożdże „ruszą”.
Masło rozpuścić, wystudzić.
W dużej misce całe jajka zmiksować z cukrem i cukrem waniliowym na puszystą, gęstą masę. Następnie dodać przesianą mąkę, sól, wyrośnięty zaczyn oraz masło. Wyrabiać około 10 minut, aż masa będzie jednolita, ale dość klejąca. Gdyby była za rzadka (lejąca) można dodać łyżkę, albo dwie mąki, a gdy będzie zbyt gęsta i twarda – należy rozcieńczyć ją lekko ciepłym mlekiem.
Tak przygotowane ciasto odstawić do wyrośnięcia na około 25 minut (powinno prawie podwoić swoją objętość).
Po tym czasie wlać odrobinę oleju na patelnię, mocno rozgrzać i kłaść łyżką porcje ciasta i smażyć z obu stron aż do uzyskania brązowego koloru. Następnie osączyć racuszki na ręczniku papierowym i jeszcze ciepłe posypać cukrem pudrem.


Smacznego!



Owocowe ciasto – deser bez pieczenia



Ciasta bez pieczenia nigdy nie były dla mnie godne noszenia tego wspaniałego mienia: ciasto. Tak naprawdę nie traktowałam ich jako ciasta, tylko mocno naciągany deser, trochę słodki, trochę kwaskowaty, ale raczej nijaki. Może dlatego, że kiedyś słodycze bez pieczenia kojarzyły mi się tylko i wyłącznie z sernikiem na zimno z galaretek i serków homogenizowanych, którego naprawdę, jako jedynego serowego wyrobu, nienawidzę. A ponieważ znałam tylko tego przedstawiciela ciast, których nie trzeba piec – wszystkie podobne od razu wrzucałam do jednego worka z napisem „niejadalne”. Ostatnio jednak zaczęłam się przełamywać i próbować na nowo smakować desery, do wykonania których piekarnik nie jest niezbędny. Jedyne co ważne – wyroby te muszą mieć zdecydowany smak. Nie mogą być mdłe (takie jak wspomniany wyżej sernik na zimno). Robiłam już sernik bananowo – czekoladowy, który okazał się pyszny, tiramisu, za którym szaleje mój tata, a teraz na warsztat wzięłam ciasto owocowe. Obawiałam się, że będzie nijakie, bez smaku, dlatego odrobinę zmodyfikowałam oryginał zamieniając owoce w jednej z warstw, ale moje obawy zostały rozwiane wraz z pierwszym kęsem.
Ciasto nie jest słodkie, wręcz wyczuwa się lekką kwaskowość owoców. Nie jest też przytłaczająco owocowe, warstwy smakowe są wyczuwalne, ale daleko im do surowych, samych owoców. Konsystencja ciasta jest sztywna, ale struktura pianki jest fantastycznie wyczuwalna (można dać mniej żelatyny, wtedy będzie bardziej miękkie). Owocowe smaki przyjemnie się uzupełniają i są idealne dla tych łasuchów, którzy nie przepadają za ciężkimi, kremowymi ciastami. Przepis zaczerpnięty z tej strony, z moimi zmianami. Polecam!



Składniki:
Warstwa spodnia:
• 60 g ciasteczek półsłodkich
• 30 g masła

Warstwa wiśniowa:
• 150 g wiśni
• 30 g białek (z 2 jaj)
• 30 g cukru
• 90 ml śmietany kremówki
• 1,5 łyżeczki żelatyny

Warstwa jabłkowa:
• 150 g jabłek (lub gotowego puree jabłkowego)
• 30 g białek (z 2 jaj)
• 30 g cukru
• 90 ml śmietany kremówki
• 1,5 łyżeczki żelatyny
• ½ łyżeczki cynamonu

Ponadto:
• Galaretka cytrynowa


Przygotować spód: Ciasteczka pokruszyć, masło stopić. W misce połączyć oba składniki, aby uzyskały konsystencje mokrego piasku. Wyłożyć spód formy (o średnicy około 15 cm – ciasto będzie wysokie), docisnąć i schłodzić w lodówce.
Przygotować warstwę wiśniową: Wiśnie włożyć do blendera, zmiksować aby powstało coś w rodzaju puree. W między czasie białka przełożyć do miski, ubić na sztywną pianę, pod koniec dodając cukier. Odstawić. W drugim, większym naczyniu ubić na sztywno śmietanę kremówkę. Następnie dodać do niej puree wiśniowe i jeszcze raz krótko zmiksować. Żelatynę rozpuścić w odrobinie gorącej wody, aby nie było żadnych nitek ani kryształków i szybko wlać ją do masy z białek. Zmiksować, by żelatyna się dobrze wymieszała, a następnie białka dokładnie wymieszać z masą wiśniową. Gotową miksturę przełożyć na miasteczkowy spód, umieścić w lodówce i schładzać aż masa się zestali (około 2 godzin)
Przygotować warstwę jabłkową: Jabłka umyć, obrać, pokroić na małe kawałki, włożyć do rondelka i udusić do miękkości (lub nawet rozgotowania). Można dodać odrobinę cukru do smaku. Gdy jabłka będą już ugotowane należy zmiksować je na puree. W między czasie białka przełożyć do miski, ubić na sztywną pianę, pod koniec dodając cukier. Odstawić. W drugim, większym naczyniu ubić na sztywno śmietanę kremówkę. Następnie dodać do niej puree jabłkowe i jeszcze raz krótko zmiksować. Żelatynę rozpuścić w odrobinie gorącej wody, aby nie było żadnych nitek ani kryształków i szybko wlać ją do masy z białek. Zmiksować, by żelatyna się dobrze wymieszała, a następnie białka dokładnie wymieszać z masą jabłkową. Wylać wszystko na masę wiśniową. Ponownie schłodzić około 2 godzin.
Po tym czasie, galaretkę cytrynową rozpuścić w ¾ ilości wody (ok. 350 ml), ostudzić i poczekać aż zacznie tężeć (będzie bardzo gęsta i wylana na talerzyk nie rozleje się od razu na boki). Ostrożnie, najlepiej łyżką, wylewać ją na warstwę jabłkową ciasta. Ostawić do zastygnięcia.


Smacznego!

Po prostu: pyszne ciasteczka



Weekendy powinny być zdecydowanie dłuższe. Co najmniej o jeden dzień. Może wtedy udałoby mi się, bez pośpiechu, zrealizować wszystko to, co przez pozostałe dni tygodnia odkładam na weekend. A w piątek wieczorem już wiem, że kolejny weekend nie odpocznę, bo mam tyle do zrobienia, załatwienia, tyle planów i aby je wszystkie zrealizować muszę wstać nawet wcześniej niż w dni powszednie! I wstaję, ledwo, ale wiedząc, że nie muszę szykować się do pracy – łatwiej mi się rozbudzić, ubrać i rozpocząć kolejny ciężki, zabiegany weekend. W zasadzie, to nie muszę zrywać się tak wcześnie, mogłabym dłużej korzystać z dwudniowej możliwości dłuższego spędzenia czasu w łóżku niż minimalne, obowiązkowe kilka godzin. Ale nie korzystam z tego, bo gdy tylko mam nadprogramową chwilę staram się spędzić ją w kuchni i wyczarować coś pysznego. W ten weekend miałam akurat chwilę, w której upiekłam pyszne ciasteczka z kawałkami czekolady. Co jest w nich najpyszniejszego? To, że są zwykłe. Nie czuć w nich dziwnych aromatów, nie ma alkoholu, ani nie brudzą rąk jakąś dziwną mazią. Nie kruszą się i są pyszne. Mają kawałki czekolady, która osładza ciasteczka, cukier brązowy, który nadaje im lekko orzechowego smaku oraz miękki środek, dzięki któremu nie musimy się wysilać, aby ciastko ugryźć, lub maczać je w gorącej herbacie lub kawie, by zmiękło. Polecam!


Składniki:
• jajko
• 70 g cukru brązowego
• 200 g mąki
• 8 g (czubata łyżeczka) proszku do pieczenia
• 50 g masła
• 100 g czekolady (mlecznej lub gorzkiej)
• szczypta soli


Masło stopić w garnuszku, lekko przestudzić. Czekoladę posiekać na małe kawałki.
Jajko ubić c cukrem na puszystą masę, dodać przesianą mąkę razem z proszkiem do pieczenia. Wlać masło. Wymieszać dokładnie. Ciasto będzie gęste, ale tak ma być (gdy jednak będzie zbyt suche, można dolać odrobinę mleka). Wmieszać posiekaną czekoladę i bardzo dokładnie wymieszać.
Nakładać po łyżce ciasta na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, formując jednocześnie kształt ciasteczek. Piec około 15 minut w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni Celsjusza. Ciasteczka powinny urosnąć i lekko zbrązowieć.


Smacznego!



Ciasto bezowe z orzechami i białą czekoladą



Czy potraficie odciąć się od świata rzeczywistego i absolutnie całą swoją uwagę poświęcić myślom i rozważaniom nad sytuacjami, które Was ostatnio trapią? Błądzicie wtedy po domu, pracy lub parku bez celu, bez świadomości miejsca, w którym się znajdujecie i w totalnym odizolowaniu. Jakbyście byli sami na świecie, którego w danej chwili i tak nie spostrzegacie. Idziecie, patrząc przed siebie pustym wzrokiem, lub wykonujecie coś automatycznie, nie poświęcając temu nawet połowy procenta uwagi. Ja tak mam, czasami, ale potrafię się tak zagłębić w myśli, że jak się ocknę to nie jestem w stanie powiedzieć co się ze mną działo przez ostatni czas. Niby świadomie, ale nie do końca – wiem, że jestem w kuchni i rozpakowuje zakupy, lub dociera do mnie, że jadę autobusem czy właśnie biegam. Ale to wszystko. A potem – zastanawiam się, kiedy przebiegłam taki kawał drogi, skoro dopiero co byłam jeszcze hen – hen daleko. Szukając czegoś w lodówce zastanawiam się po co włożyłam tam mąkę, a pozmywane naczynia udaje mi się czasem znaleźć głęboko schowane w kredensie w pokoju (gdzie trzymam tylko jakieś bibeloty, z którymi nie wiem co zrobić). Ostatnio też tak było. Białka, które zostały mi z tiramisu miałam zamrozić na później. I tak zrobiłam, ale……wyjęłam jednocześnie drugie pudełeczko z białkami z zamrażarki i odstawiłam do rozmrożenia. Zorientowałam się znacznie później, gdy przestawiałam rozmrażający się pojemnik z jednego kąta w drugi, bo mi w czymś przeszkadzał. Za późno było już na ponowne zamrożenie, a 5 białek nie chciałam wyrzucać. Musiałam coś wykombinować. Najprostsze rozwiązanie – bezy – mnie absolutnie nie satysfakcjonowało. Nie dość, że z pięciu białek wyszłoby ich chyba z siedemset, to dodatkowo nie był bezowy dzień. Na szczęście z pomocą przyszedł mi ten przepis, który – po bitwie z myślami, czy zabierać się za niego – okazał się fantastyczny. Szybki, łatwy, pyszny. Nie miałam migdałów, więc dałam orzechy, co trochę zmieniło kolor ciasta, ale wyszło ono tak dobre, że teraz wyszukuję przepisy z samymi żółtkami w składzie…..
Ciasto jest mięciutkie, lekko ciągnąco-gumowate (jak bezy), słodkie i orzechowe. Nie ma ryzyka zakalca ani obaw, że orzechy opadną na dno. Wszystko jest takie jak powinno być. Idealnie wyważone, optymalnie zaplanowane. Pyszne. Nie mam zdania jedynie co do proponowanej przez Autorkę polewy, gdyż postanowiłam zrobić swoje wykończenie. Ciasto przechowywane w lodówce wytrzyma nawet 5 dni, ale nie ma szans by tyle się uchowało. U mnie kawałeczek przechowywany właśnie dla celów doświadczalnych. Polecam!



Składniki:
Ciasto:
• 5 białek
• 70 g cukru
• 150 g białej czekolady
• 150 g orzechów włoskich (w oryginale płatków migdałowych)
• 5 g mąki ziemniaczanej (1 łyżeczka)
• 5 ml soku z cytryny (1 łyżeczka)
Krem:
• 250 g gęstego serka homogenizowanego
• 75 g masy krówkowej


Przygotować ciasto: Czekoladę pokroić na małe kawałki, orzechy zmielić.
Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodać cukier. Wmieszać czekoladę, orzechy, mąkę i sok z cytryny – bardzo delikatnie wymieszać. Ciasto przelać do formy o średnicy 21 cm i piec około 1 godziny piekarniku rozgrzanym do 180 stopni Celsjusza. Podczas pieczenia przykryć folią aluminiową, gdyby zbyt szybko zaczęło nabierać brązowego koloru. Wystudzić w stygnącym piekarniku.
Przygotować krem: Do miseczki przełożyć serek i masę krówkową, dokładnie wymieszać (można mikserem, aby powstała gładka masa). Przełożyć na wystudzone ciasto.


Smacznego!