Owocowe ciasto – deser bez pieczenia



Ciasta bez pieczenia nigdy nie były dla mnie godne noszenia tego wspaniałego mienia: ciasto. Tak naprawdę nie traktowałam ich jako ciasta, tylko mocno naciągany deser, trochę słodki, trochę kwaskowaty, ale raczej nijaki. Może dlatego, że kiedyś słodycze bez pieczenia kojarzyły mi się tylko i wyłącznie z sernikiem na zimno z galaretek i serków homogenizowanych, którego naprawdę, jako jedynego serowego wyrobu, nienawidzę. A ponieważ znałam tylko tego przedstawiciela ciast, których nie trzeba piec – wszystkie podobne od razu wrzucałam do jednego worka z napisem „niejadalne”. Ostatnio jednak zaczęłam się przełamywać i próbować na nowo smakować desery, do wykonania których piekarnik nie jest niezbędny. Jedyne co ważne – wyroby te muszą mieć zdecydowany smak. Nie mogą być mdłe (takie jak wspomniany wyżej sernik na zimno). Robiłam już sernik bananowo – czekoladowy, który okazał się pyszny, tiramisu, za którym szaleje mój tata, a teraz na warsztat wzięłam ciasto owocowe. Obawiałam się, że będzie nijakie, bez smaku, dlatego odrobinę zmodyfikowałam oryginał zamieniając owoce w jednej z warstw, ale moje obawy zostały rozwiane wraz z pierwszym kęsem.
Ciasto nie jest słodkie, wręcz wyczuwa się lekką kwaskowość owoców. Nie jest też przytłaczająco owocowe, warstwy smakowe są wyczuwalne, ale daleko im do surowych, samych owoców. Konsystencja ciasta jest sztywna, ale struktura pianki jest fantastycznie wyczuwalna (można dać mniej żelatyny, wtedy będzie bardziej miękkie). Owocowe smaki przyjemnie się uzupełniają i są idealne dla tych łasuchów, którzy nie przepadają za ciężkimi, kremowymi ciastami. Przepis zaczerpnięty z tej strony, z moimi zmianami. Polecam!



Składniki:
Warstwa spodnia:
• 60 g ciasteczek półsłodkich
• 30 g masła

Warstwa wiśniowa:
• 150 g wiśni
• 30 g białek (z 2 jaj)
• 30 g cukru
• 90 ml śmietany kremówki
• 1,5 łyżeczki żelatyny

Warstwa jabłkowa:
• 150 g jabłek (lub gotowego puree jabłkowego)
• 30 g białek (z 2 jaj)
• 30 g cukru
• 90 ml śmietany kremówki
• 1,5 łyżeczki żelatyny
• ½ łyżeczki cynamonu

Ponadto:
• Galaretka cytrynowa


Przygotować spód: Ciasteczka pokruszyć, masło stopić. W misce połączyć oba składniki, aby uzyskały konsystencje mokrego piasku. Wyłożyć spód formy (o średnicy około 15 cm – ciasto będzie wysokie), docisnąć i schłodzić w lodówce.
Przygotować warstwę wiśniową: Wiśnie włożyć do blendera, zmiksować aby powstało coś w rodzaju puree. W między czasie białka przełożyć do miski, ubić na sztywną pianę, pod koniec dodając cukier. Odstawić. W drugim, większym naczyniu ubić na sztywno śmietanę kremówkę. Następnie dodać do niej puree wiśniowe i jeszcze raz krótko zmiksować. Żelatynę rozpuścić w odrobinie gorącej wody, aby nie było żadnych nitek ani kryształków i szybko wlać ją do masy z białek. Zmiksować, by żelatyna się dobrze wymieszała, a następnie białka dokładnie wymieszać z masą wiśniową. Gotową miksturę przełożyć na miasteczkowy spód, umieścić w lodówce i schładzać aż masa się zestali (około 2 godzin)
Przygotować warstwę jabłkową: Jabłka umyć, obrać, pokroić na małe kawałki, włożyć do rondelka i udusić do miękkości (lub nawet rozgotowania). Można dodać odrobinę cukru do smaku. Gdy jabłka będą już ugotowane należy zmiksować je na puree. W między czasie białka przełożyć do miski, ubić na sztywną pianę, pod koniec dodając cukier. Odstawić. W drugim, większym naczyniu ubić na sztywno śmietanę kremówkę. Następnie dodać do niej puree jabłkowe i jeszcze raz krótko zmiksować. Żelatynę rozpuścić w odrobinie gorącej wody, aby nie było żadnych nitek ani kryształków i szybko wlać ją do masy z białek. Zmiksować, by żelatyna się dobrze wymieszała, a następnie białka dokładnie wymieszać z masą jabłkową. Wylać wszystko na masę wiśniową. Ponownie schłodzić około 2 godzin.
Po tym czasie, galaretkę cytrynową rozpuścić w ¾ ilości wody (ok. 350 ml), ostudzić i poczekać aż zacznie tężeć (będzie bardzo gęsta i wylana na talerzyk nie rozleje się od razu na boki). Ostrożnie, najlepiej łyżką, wylewać ją na warstwę jabłkową ciasta. Ostawić do zastygnięcia.


Smacznego!

Idealne Tiramisu



Dziś u mnie na blogu powieje ciepłym wiatrem z zachodu. Dokładnie z Włoch. Gorących, słonecznych, wakacyjnych, leniwych Włoch. Ze stolicy pizzy, makaronu, podobno najlepszych na świecie lodów oraz….tiramisu. No właśnie. Osławionego, podobno najlepszego z najlepszych, najbardziej wykwintnego, choć mało urodziwego (ciężko ukroić, na talerzyku także nie utrzymuje kształtu przy próbie odkrojenia kawałka) włoskiego deseru nie mogło zabraknąć i u mnie. Przyznaję, że zdecydowałam się na tiramisu, gdyż mój Tata jest jego ogromnym fanem i wszystko co jest związane z tym deserem zjada do ostatniego okruszka Ja nigdy wcześniej go nie próbowałam. Chyba połączenie smaków nie wywoływało u mnie tęsknego spojrzenia na zdjęcie deseru i nieodpartej chęci skosztowania choć kawałeczka. Biszkopty, mocna kawa, serek mascaropne w ogromnej ilości. Nie moje smaki. Osobno. Ale w połączeniu w jeden deser wszystko zmienia się diametralnie! Kawa w deserze nie jest aż taka mocna na jaką wygląda, biszkopty nie są twarde a serek mascarpone w połączeniu z koglem-moglem mdły. Każdy składnik deseru oddzielnie nie jest moim faworytem, natomiast razem tworzą naprawdę pyszny deser. Warto dodać do kawy rzeczywiście amaretto, które swoim charakterystycznym smakiem podkręca cały deser i nadaje mu bardziej zdecydowany smak, a nie zamiennik, który po prostu ma w sobie alkohol (na przykład wódkę).
Tata zjadł od razu dwa ogromne kawałki, a ponieważ jest dość wybredny – mogę spokojnie powiedzieć, że to tiramisu jest po prostu genialne! Przepis Agnieszki Kręglickiej.



Składniki (ja robiłam z połowy porcji):
• 1 kg serka mascarpone
• 8 – 10 żółtek (w zależności od wielkości jaj)
• 200 g cukru pudru
• 400 g podłużnych biszkoptów
• 150 ml amaretto (pomimo iż robiłam z połowy ilości składników, amaretto dałam 100ml)
• 800 ml mocnej, zimnej kawy (zdecydowanie za dużo, 500 ml wystarczy)
• kakao


Żółtka utrzeć mikserem z cukrem pudrem na bardzo gładką masę. Dodać stopniowo mascarpone, ubijając, aż krem zgęstnieje. Kawę połączyć z amaretto i wlać do miski. Połowę biszkoptów moczyć krótko w kawie, tak żeby nasiąkły, ale się nie rozpadały. Ułożyć je na dnie formy (u mnie o boku 17 cm), posypać lekko kakao, następnie rozsmarować połowę kremu, posypać lekko kakao, na to znów ułożyć warstwę namoczonych biszkoptów, posypać kakao i położyć drugą połowę kremu.
Można podawać od razu, ale lepiej wstawić do lodówki na co najmniej dwie godziny. Przed podaniem posypać kakao po wierzchu.



Wpis bierze udział w poniższej akcji, w kategorii dolci e un caffé - DESERY

Mus kasztanowy



Nie spodziewałam się, że mam aż taką pojemną lodówkę. Do tej pory wydawało mi się, że kontroluję co w niej trzymam, mniej-więcej wiem co jest w jakich pojemnikach i kiedy kończy ważność. Chociaż nie mam żadnej metody na rozplanowywanie grup składników w różnych zakamarkach lodówki, wiem, a przynajmniej wiedziałam co gdzie jest. Może dlatego, iż ostatnio trzymam w niej sporo rzeczy o dużych gabarytach (miski, pojemniki z sałatką, zestawy jogurtów), a może dlatego, że zwykle zawierzam swojej pamięci, co kiedy i gdzie umieszczam, i bez wkładania głowy w półki wiem co tam jest – niewyobrażalne zdziwienie u mnie wywołał mały słoiczek stojący w kącie, na samym dole, za talerzykiem z ciastkiem, miską z sałatką i otwartym jogurtem. Ale gdy tylko go ujrzałam, poznałam kształt słoika i kolor – był to krem kasztanowy z wanilią, który Rodzice przywieźli mi z wycieczki do Francji. Spróbowałam i odstawiłam. To nie mój smak. Kasztany kocham ale w wytrawnej formie i w całości, nie jako deser - przecier albo dodatek do deseru. I tak stał zapomniany, śliczny słoiczek z brązowym wsadem. I stał. I stał. Aż go znalazłam. I zużyłam. Pogrzebałam w Internecie jak można wykorzystać ten specyfik. I znalazłam (choć nie było łatwo) ten przepis. Na początku wydawał mi się kosmiczny – strasznie długi i skomplikowany. Ale tak naprawdę wcale nie! Rzeczywiście jest sporo drobiazgów, które trzeba wykonać, naczyń, które trzeba pobrudzić, ale efekt końcowy jest wspaniały. Naprawdę pyszny. Lekki, gładki krem na czekoladowym, chrupiącym spodzie. Pycha. Wcale nie przesłodzony – choć krem kasztanowy jest prze-słodki! Ale w połączeniu z całą ilością „rozrzedżaczy” krem staje się mało słodki i ….mało kasztanowy. Alby poczuć dokładnie jego smak, należałoby dać go co najmniej dwa razy więcej. Następnym razem zrobię z kremem czekoladowym, albo orzechowym, bo zdecydowania deser do powtórzenia!


Składniki (na 6 sztuk):
Na spód:
• 70 g orzechów
• 60 g ciasteczek czekoladowych
• 30 g czekolady deserowej
• 5 g kakao
• 10 ml rumu (ja pominęłam ten składnik)
• szczypta soli
Na mus kasztanowy:
• 250 ml śmietany kremówki
• 250 g kremu kasztanowego z wanilią (ja dałam cały słoiczek)
• 20 ml rumu (pominęłam)
• 180 g serka mascarpone
• 3 białka jaj
• 120 g cukru
• 7 g żelatyny
• 50 ml wody

Ponadto:
• kakao do posypania


Przygotować spód: Orzechy posiekać, ciasteczka pokruszyć. W małym garnuszku, na parze wodnej, stopić czekoladę. Połączyć pokruszone składniki z czekoladą, kakao, solą i rumem. Bardzo dokładnie wymieszać. 6 małych, okrągłych foremek (kokilek) wyłożyć dokładnie folia przezroczystą, następnie na dno wcisnąć masę czekoladową. Jeżeli masa będzie się wydawała zbyt sucha – należy dodać odrobinę wody. Tak przygotowane foremki włożyć do lodówki.
Przygotować mus kasztanowy:
Kremówkę ubić na sztywno. Szczelnie zakryć i schować do lodówki.
Do naczynia przełożyć krem kasztanowy i wymieszać (gdyby powstały grudki). Krem powinien być aksamitnie gładki.
W oddzielnej misce ubić serek mascarpone na gładką masę, dodać krem kasztanowy i dokładnie wymieszać. Odstawić na chwilę.
Białka ubić na parze (miskę z białkami ustawić na garnku z gotującą się wodą) z cukrem aż do mocnego ogrzania (około 4-5 minut). Następnie zdjąć z ognia i ubijać dalej, aż masa powrotem się ochłodzi i powiększy objętość.
W między czasie rozpuścić żelatynę w gorącej wodzie. Miseczkę z miksturą ustawić nad wrzątkiem i mieszając rozpuścić ewentualne grudki.
Masę kasztanowo – mascarponową lekko podgrzać. 2 łyżki dodać do rozpuszczonej żelatyny, wymieszać, a następnie przelać z powrotem do masy. Wymieszać dokładnie. Przy pomocy łyżki wmieszać około ¼ ubitych białek do masy, by ją trochę rozluźnić, a następnie dodać resztę białek. Delikatnie wymieszać. Analogicznie postąpić z ubitą śmietaną. Gotowy mus przełożyć na czekoladowy spód i włożyć do lodówki na kilka godzin, najlepiej na całą noc.
Gdy masa stężeje, delikatnie wyjąć mus z naczynek, usunąć folię i posypać wierzch deseru kakao.


Smacznego!



Kokosowe kuleczki



Rzadko kiedy, ale zdarza mi się, że nic mi się nie chce, a jedyną czynnością, która mnie satysfakcjonuje jest oglądanie telewizji w pozycji półleżącej na kanapie. Jednakże, gdy tylko wybiorę optymalną dla mnie pozycję, wezmę pilota do ręki i przycisnę przycisk „on”, moja ochota na bezczynne zaleganie i podążanie wzrokiem za zmieniającymi się obrazami na ekranie zaczyna przygasać. Wyjątkiem jest film lub program, na który się nastawiam, który chcę obejrzeć i dla którego celowo przestawiam plany lub organizuję inaczej dzień. Jednak dla reszty zapychaczy nie mam tyle cierpliwości. Przeskakując po programach szukając czegoś konkretnego mogę wytrwać maksymalnie 20 minut, potem daję za wygraną. Najczęściej patrząc pusto w telewizor, podświadomie dokonuję analizy składu moich szafek, zastanawiam się co można jadalnego z niego poskładać i jak dużo czasu mi to zajmie. Gdy tak improwizuję skłaniam się ku prostym przepisom, bez pieczenia lub z króciutkim jego czasem, ale za to z maksymalną ilością smaku. Są takie produkty, które uwielbiam i gdy mam je akurat w domu, to staram się dodać do przepisu, by choć trochę poczuć ich smak. Wiórki kokosowe mam zawsze. Czekolady w różnych smakach i kolorach także. Jajka, mąkę…
Zapraszam na pyszne kokosowe kuleczki, niby rafaello, ale nie do końca, bo bez migdała w środku, ale za to z orzechami w masie. Kuleczki są pyszne – mocno kokosowe, słodkie, lekko kruche – można dać więcej masła, wtedy uniknie się nieplanowanego rozkruszania kulek w nieplanowanym momencie. Cukiereczki robi się błyskawicznie, dosłownie 10 minut, potem co prawda należy je schłodzić, aby można było uformować odpowiedni kształt ale to nie trwa długo – kilkanaście minut, do pół godziny. I gotowe. Szybki deser, akurat w czasie przerwy na reklamy w naszym ulubionym filmie. Polecam!!



Składniki:
• 50 g masła
• 50 g cukru pudru
• 100 g białej czekolady
• około 40 g wiórków kokosowych
• ok. 40 g orzechów (dowolnych)
Ponadto:
• wiórki koksowe / kakao do obtoczenia


Masło utrzeć z cukrem pudrem na puszystą masę. Czekoladę połamać na małe kawałki, stopić w kąpieli wodnej. Wystudzić i dodać do masy maślano – cukrowej. Bardzo dokładnie wymieszać. Następnie wsypać wiórki kokosowe i orzechy. Wymieszać wszystko razem. Masa powinna być bardzo miękka, ale umożliwiająca ulepienie na przykład kulki, która nie rozpadnie się od razu. Gdy masa się kruszy można dodać odrobinę masła lub stopionej czekolady, a gdy masa jest zbyt miękka – uzupełnić orzechami lub wiórkami. Należy pamiętać, że masa stężeje, więc nie można dodać tyle suchych składników, by jeszcze przed schłodzeniem była twarda i krucha. Po wymieszaniu składników należy włożyć masę do lodówki na około pół godziny. Po tym czasie ze schłodzonej masy można formować dowolne kształty – u mnie kulki, które następnie należy obtoczyć w wiórkach kokosowych, kakao, wiórkach czekoladowych lub czym tylko chcecie!


Smacznego!



Pudding chlebowy z chałką



Pamiętacie jak ostatnio pisałam, że nie robię rzeczy, z których nie mam potem pożytku? A znając moją antypatię do pieczywa nietrudno wywnioskować, że chałki nie robiłam od tak sobie, natchniona przypływem nieodpartej chęci na pieczywo. Popełniłam ją w ściśle określonym celu. Celu, którym nie było delektowanie się jej delikatnością, popijając ciepłym mlekiem, zagłębiając się w ulubionej lekturze. Celem nie było także siłowanie się na smak z wypiekami z cukierni. Celem upieczenia chałki, było stworzenie tego oto puddingu chlebowego. Nie mogłam użyć zwykłego chleba, gdyż w przepisie proponowano słodką bułkę – gdyż to właśnie ona jest głównym składnikiem, podstawą i sensem wypieku, bądź co bądź słodkiego. Ja postanowiłam dodać chałkę. A ponieważ zrobiłam ją własnoręcznie, mogę powiedzieć, że w przygotowanie puddingu włożyłam bardzo, bardzo dużo serca. I to prawda. W oryginalnym przepisie należy do sosu, którym się zalewa chałkę dodać amaretto – ja dodałam adwokat. Nauczona doświadczeniem wlałam go dużo więcej niż powinnam, ale dzięki temu gotowy wypiek nie ma mdłego smaku. Naprawdę zaskoczył mnie ten przepis. Troszkę konsystencją przypomina zastygnięty budyń, ale chyba o to właśnie chodzi w puddingu. Według mnie najlepszy jest po dokładnym ścięciu się w lodówce, nabiera wtedy twardszej konsystencji. Chałka, która wcale nie jest rozpuszczona lub rozmiękczona – po schłodzeniu lekko, hm, krzepnie (?) – jak wszystko w lodówce. Pudding jest słodziutki, adwokat fantastycznie komponuje się z całym wypiekiem, pozostawiając słodko – wytrawny posmak. Polecam! Przepis z tej strony.


Składniki (z 1/3 składników otrzymałam 1 foremkę):
• 225 g chałki
• 4 jajka
• 240 ml śmietanki kremówki
• 200 g cukru
• 2 łyżki amaretto (ja dałam adwokat, w ilości około 4 łyżek na 1/3 składników)
• 240 ml mleka
• 1,5 łyżeczki ekstraktu waniliowego
• ¼ łyżeczki ekstraktu migdałowego


Chałkę pokroić na małe kawałki. 25 g odłożyć, a 200 g umieścić w 4 dość głębokich naczyniach do zapiekania o średnicy typowych remekinów. Ostawić. W oddzielnym naczyniu zmiksować jajka, śmietanę kremówkę, cukier, amaretto oraz ekstrakty (waniliowy i migdałowy). Masą zalać pokrojoną chałkę. Odstawić do lekkiego wsiąknięcia masy na pół godziny (co kilka minut należy grzbietem łyżki ucisnąć chałkę). W międzyczasie nastawić piekarnik na 175 stopni Celsjusza i podsuszyć dosłownie kilka minut) pozostawione 25 g chałki. Następnie wyjąć ją z piekarnika i pokruszyć (aby powstała kruszonka albo chociaż malutkie kawałeczki). Tuż przed pieczeniem posypać surowy pudding kruszonką i wstawić do piekarnika. Piec około 40 – 45 minut (lub do czasu aż pudding urośnie i nabierze zloto – brązowego koloru). Podawać ciepłe. (Ja wolę mocno schłodzone).

Smacznego!