Mandarynkowe muffinki



„Co masz zrobić dzisiaj zrób pojutrze, będziesz miał dwa dni wolnego” – znacie to? Ja tak i nie powiem, żebym się do tego w niektórych przypadkach nie stosowała. Ale moim faworytem chyba już zawsze pozostanie maksyma, towarzysząca mi przez lata obowiązkowej nauki w szkole, która brzmi: „kiedy najdzie cię ochota na pracę, usiądź i poczekaj aż ci przejdzie”. Można powiedzieć, że było to moje motto, do zapomnienia którego nie mogłam dopuścić, musiałam więc wprowadzać je w życie i umacniać w praktyce! I udało się. Pamiętam je do dziś. Oczywiście instynkt samozachowawczy miałam i nadal mam mocno rozwinięty, więc kiedy trzeba było zaglądałam do książek, odrabiałam prace domowe, uczyłam się i czytałam lektury, ale nie mogę powiedzieć, że uzależniłam się od przyswajania wiedzy. Dopiero na studiach zaczęłam się korzystać z momentów, gdy z chęcią otwierałam książki z chłonnym umysłem i szybko uczyłam się nowych dla mnie rzeczy.
Obecnie musiałam odrobinę zmodyfikować moją maksymę, gdyż niestety nie mogę biernie siedzieć, gdy czuję, że jestem w stanie uzupełnić zaległości – rzucam się jak głupia na pracę, bo nie wiem kiedy następnym razem będę mieć takie parcie na pracę. Poza tym nuda mnie dobija. Kiedyś potrafiłam godzinami siedzieć przed komputerem lub telewizorem i spędzać czas na niczym – dziś tego nie potrafię. Muszę mieć jakieś zajęcie, bo inaczej czuję, że zwariuję. Wymyślam, tworzę, kombinuję.
Oto produkt mojej wyobraźni – mandarynkowe muffinki. Muszę się nieskromnie pochwalić, że są przepyszne. Chyba najlepsze jakie do tej pory upiekłam. Mięciutkie i mega-puszyste. Z lekką nutą kwaskowości mandarynkowej, ale z wyraźnym smakiem mandarynki. Jedząc je, czuje się, jakby jadło się puch. Naprawdę. Pyszne słodko – mandarynkowe. Ale wyważone. Z cząstką mandarynki w środku. Boskie!



Składniki (na ok. 9 muffinek):
• 200 g mąki
• 5 g proszku do pieczenia
• 100 g cukru
• 1 jajko
• 150 g mandarynek (obranych)
• 20 g masła
• 1 mandarynka obrana, podzielona na cząstki


Mąkę z proszkiem do pieczenia przesiać i wymieszać w naczyniu z cukrem.
Masło stopić, ostudzić.
Obrane mandarynki (pozbawione białych części) zmiksować w mikserze na puree (powinno powstać dużo soku i jednocześnie pozostać malutkie kawałeczki owoców).
Jajko roztrzepać i połączyć ze zmiksowanymi mandarynkami i masłem. Wymieszać. Miksturę przelać do mieszaniny mąki i cukru, krótko zmiksować.
Formę na muffinki wyłożyć papilotkami. Do każdej papilotki wkładać po jednej łyżce ciasta, na nią po dwie cząstki mandarynki (układać szerszym, zewnętrznym końcem do dołu, obok siebie, wciskając lekko w ciasto). Delikatnie zalać owoce pozostałym ciastem, do wysokości ¾ papilotki. Cząstki mandarynki powinny być całkowicie przykryte.
Muffinki włożyć do piekarnika nagrzanego do 175 stopni Celsjusza i piec 18-20 minut (aż wyrosną i lekko się zezłocą).


Smacznego!



Czekoladki tiramisu



Chociaż nigdy nie przepadałam za szkołą, na lekcje chodziłam główne w celach towarzyskich, a na wykłady, by nie mieć problemów z nieobecnościami – udało mi się skończyć studia i pozdawać różne inne egzaminy, mające niby podnosić moje kwalifikacje. Nierzadko w dość mocne osłupienie wprawiały mnie wyniki zaliczeń, zestawiając ilość pracy, którą włożyłam w przygotowanie się do nich z wynikiem jaki ona przyniosła i dopiero niedawno, gdy już studia mam dawno za sobą, przyszedł mi do głowy pomysł, skąd to wszystko się u mnie wzięło. Ja po prostu uwielbiam wyzwania, które wymagają mnóstwa pracy, poświęcenia, myślenia i bardzo, bardzo dużej dawki emocji i ryzyka. Ja po prostu lubię się męczyć, a potem pysznić się z efektów, jakie ta męka przyniosła. Na studiach – przy okazji zaliczeń i egzaminów musiałam bardzo, bardzo intensywnie wysilać swoje szare komórki, żeby – jak nie znałam odpowiedzi – skojarzyć ją z czymś innym, przypomnieć sobie sytuację, w której dany temat był omawiany lub po prostu wyeliminować błędne możliwości. Przy pytaniach otwartych, także nielada sztuką było rozpisanie się na temat, o którym nie ma się zielonego pojęcia…. Teraz to zamiłowanie do kombinowania wykorzystuję w kuchni – wymyślam finalny efekt wyrobu, wyobrażam sobie smak i potem próbuję go zrealizować. Dopiero początkuję we wprowadzaniu wymysłów mojej wyobraźni w życie, dlatego czasem mogą one być niedopracowane, niedokładne, albo….niejadalne, ale i tak dumna jestem z tego, że są to moje, wypracowane i całkowicie wymyślone przepisy!!!! Może i Wam posmakują….
Właśnie te czekoladki są autorstwa mojej wyobraźni. Mleczna czekolada z nadzieniem tiramisu: kawowo – alkoholowym, lekko gorzkawym. Intensywnym, ale czekolada jest słodka, więc cała pralinka jedzona „razem” jest naprawdę dobra! Dodałam do masy żelatynę, bym miała pewność, że nadzienie stężeje i udało się. Fajne! Jestem z nich dumna :-) i są naprawdę dobre. Godne polecenia.



Składniki:
• 200 g mlecznej czekolady
• 100 g serka naturalnego gęstego (może być mascarpone, może być homogenizowany, ale bardzo gęsty)
• 60 g cukru
• 2 łyżeczki kawy rozpuszczonej we wrzątku
• Porządny chlust amaretto (ok. 20-30 ml)
• 120 g biszkoptów
• 5 g żelatyny


150 g mlecznej czekolady rozpuścić na parze i posmarować pierwszą warstwę pędzelkiem od wewnątrz papilotek. Warstwa musi być gruba. Wstawić do lodówki, aż zastygnie – na około godzinę. Następnie, zastygniętą pierwszą warstwę czekolady posmarować drugą, znowu grubą warstwą roztopionej czekolady i ponownie odstawić do lodówki aż stężeje.
W między czasie zaparzyć kawę, przestudzić i dodać amaretto. Żelatynę rozpuścić w odrobinie wody. Odstawić na chwilę. Biszkopty pokruszyć.
W misce połączyć serek z cukrem, kawą wymieszaną z amaretto i biszkoptami. Zmiksować. Dodać żelatynę (którą można dodatkowo rozpuścić na parze, by nie było kłaczków) i ponownie zmiksować. Warto tutaj spróbować masę – jeżeli jest zbyt gorzka należy dosypać cukru, gdy za słodka – można dodać jeszcze trochę kawy lub alkoholu). Wymieszaną masą wypełniać pralinki i wstawić do lodówki aż nadzienie stężeje.
Rozpuścić pozostałe 50 g czekolady mlecznej i wylać ją ostrożnie na wierzch każdej czekoladki, „zamykając” nadzienie w środku.


Smacznego!



Czekoladowo – orzechowy batonik



Uwielbiam łączyć ze słodkim inne, wyraziste smaki. Uwielbiam połączenie klasyczne – słodko – słone, ale słodko – kwaśne także lubię (grapefruity lub cytryna z cukrem). Jedynie ze słodko – ostrym smakiem mi nie po drodze, ale to pewno dlatego, że nie należę do wielbicieli wypalających gardło potraw. Ale bardziej niż za połączeniem różnych smaków szaleję za połączeniem w jednej potrawie różnych struktur i konsystencji składników. Dużo jestem w stanie oddać za połączenie miękkiego ciasta z kawałkami twardej czekolady lub orzechów, najlepiej jeszcze w towarzystwie gładkiego aksamitnego sosu wylewającego się ze środka. Coś fantastycznego. Zaskakująca struktura zarówno dla naszej głowy (kto by się spodziewał, że po wgryzieniu się w ciasto konsystencji babki będzie w środku budyń, ale super! Niespodzianka!), jak i dla naszych zębów, które przekonane, że nie będą musiały pracować i gryźć kremowego deseru nagle napotykają orzech, migdał lub kawałek czekolady. Ja sama – wiedząc co robię, jakie składniki dodaję, w jakich ilościach i wielkościach sypię dodatki, powinnam zdawać sobie sprawę czego się spodziewać w finalnym wypieku, ale nierzadko próbując moje, gotowe dzieło czuję zaskoczenie.
Tak było i tym razem – patrząc na składniki batonika spodziewałam się konsystencji lepko – chrupiącej, zapychającej i pozostawiającej ślad na zębach i mniej – więcej taką uzyskałam, ale…..znacznie, znacznie bardziej kuszącą i intensywną niż sądziłam. Przede wszystkim batonik nie jest twardy. Orzechy, choć w dużych kawałkach, lub nawet niektóre w całości – pod wpływem temperatury z piekarnika miękną na tyle, że spokojnie można je pogryźć nie martwiąc się o koszt wizyty u dentysty i uzupełnieniu odprysków po przełknięciu porcji tego cuda. Następna warstwa – krucho czekoladowa. Intensywna w smaku, bardziej miękka niż zwykła kostka z tabliczki, w ustach rozpływa się prawie natychmiast. Wiórki koksowe – poezja smaku, lekko twardawe i malutkie. Do tego pokruszone, solone ciasteczka i wszystko uwieńczone gładkim, kremowym i słodkim mlekiem skondensowanym, które łączy każdy ze składników w jeden zwarty batonik. Mleko daje batonikowi niezwykłą miękkość, słodycz i – podobnie jak czekolada – sprawia, że wszystko rozpływa się w ustach, zostawia pyszny posmak w buzi i przyjemnie kontrastuje z chrupkością orzechów. Jednocześnie finalny wypiek nie jest lepki, spokojnie można wziąć go w rękę, bez strachu, że większość batonika zostanie na palcach. Zdecydowanie polecam! Przepis zaczerpnięty z tej strony.



Składniki (robiłam z ¾ ilości):
• 90 g masła,
• 100 g ciastek typu Digestive
• 240 g czekolady (dowolnej, ja dałam mleczną)
• 70 g wiórek kokosowych
• 140 g orzechów laskowych
• 1 puszka mleka skondensowanego (w przepisie jest mowa o 400 g ale ja dałam całą, dużą puszkę 533 g – chociaż reszty składników dałam mniej)


Masło stopić, ciastka pokruszyć, czekoladę i orzechy posiekać (niezbyt drobno, kilka orzechów można zostawić w całości). Kwadratową blaszkę (u mnie o boku 17 cm) wyłożyc papierem do pieczenia. Na spód wylać rozpuszczone masło. Na nie równomiernie wysypać ciastka, następnie czekoladę, wiórki kokosowe i orzechy. Wszystko zalać mlekiem skondensowanym. NIE MIESZAĆ! Mleko w trakcie pieczenia wsiąknie we wszystkie warstwy i zespoli je ze sobą. Piec w piekarniku rozgrzanym do 175 stopni Celsjusza przez 30 – 40 minut. Gdy ciasto zacznie zbyt mocno brązowieć można przykryć je z wierzchu folią aluminiową, wtedy wierzch pozostanie jasny. Gotowy wypiek przed pokrojeniem należy na kilka godzin (2 – 3) wstawić do lodówki, by łatwiej było kroić.


Smacznego!




Ciasto z białą truflą



Ciasta czekoladowe są takim typem ciast, którym mogłabym zafundować ołtarzyk w swoim domu i codziennie składać dziękczynne modły za to, że istnieją. Czekolada w formie kostki czy tabliczki znana jest z poprawy humoru, zwalczania chandry i depresji ale gdy widzę pyszniące się, błyszczące ciasto z chrupiącą skórką, dopiekające się w piekarniku potrafię odciąć się od wątpliwości, niepewności i zmartwień. Tak działa na mój organizm każde ciasto czekoladowe, ale pod warunkiem, że wygląd i konsystencję ma typowego ciasta. Przekonałam się o tym, gdy pełna zapału postanowiłam zrobić ciasto z mojej – nie ukrywam – ukochanej białej czekolady. Wielokrotnie na blogach przewijało się ciasto z czekoladową truflą, a ja postanowiłam zrobić je we wersji białej. Daleko nie musiałam szukać, bo przepis już wcześniej wypatrzyłam w książce „Czekolada”, z której dość często korzystam. Zaznaczyłam go sobie zieloną karteczką, co oznacza „koniecznie do zrobienia” i gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność – popełniłam to ciasto. Przygotowuje się je szybko, ale niestety zanim będzie nadawało się do konsumpcji musi minąć dużo czasu – co najmniej 2 godziny. Trufla, bowiem, musi się zsiąść. U mnie nawet cała noc nie pomogła, ale o tym za chwilę.
Smak jest dobry, lekko mdły (ale czego się spodziewać po mieszance białej czekolady z kremówką?) ale z wyczuwalną słodyczą. Spód, coś na wzór biszkoptu, miękki, ale niesłodki co sprawia, że całe ciasto jest odpowiednio wywarzone. W przepisie zalecane jest chłodzenie ciasta 2 godziny zanim się pokroi – ja po trzymaniu przez całą noc ciasta w lodówce nadal miałam je płynne i dopiero po włożeniu do zamrażalnika nabrało odpowiedniej, choć dość twardej konsystencji. Niestety mrożone ciasto z czekoladą już nie jest moim faworytem, nie przyprawia mnie o zawrót głowy i ucieczkę od rzeczywistości na czas delektowania się nim, ale muszę przyznać, że jest fajne. Choć za zimne na tę porę roku, bo aby zachowało formę należy je trzymać w zamrażarce cały czas.



Składniki:
• 2 jajka
• 40 łyżki cukru
• 60 g mąki
• 50 g białej czekolady

Masa truflowa:
• 300 ml śmietanki kremówki
• 350 g białej czekolady
• 250 g twarożku o gładkiej konsystencji
• Kilkanaście groszków czekoladowych do przybrania


50 g białej czekolady stopić.
W misce ubić jajka z cukrem przez 10 minut (lub do chwili, gdy masa stanie się puszysta, a po wyjęciu z niej łopatki miksera prze kilka sekund pozostaje wgłębienie). Dodać mąkę, delikatnie wymieszać metalową łyżką. Wlać stopioną czekoladę i wymieszać. Przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 20 cm i piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 25 minut, lub do chwili, gdy ciasto będzie się uginać przy dotykaniu. Wystudzić.
W rondelku zagotować śmietankę, ciągle mieszając aby nie przywarła do dna. Lekko przestudzić dodać połamaną na kawałki białą czekoladę i mieszać, aż czekolada się całkowicie rozpuści. Zdjąć z ognia, całkowicie wystudzić a następnie dodać twarożek i wszystko dokładnie wymieszać. Wylać masę na ciasto i wstawić na dwie godziny do lodówki – ja musiałam przez kilka godzin trzymać w zamrażarce, żeby odpowiednio stwardniało.
Udekorować czekoladowymi groszkami.

Smacznego!



Budyniowe muffinki z czekoladą



Odkąd prowadzę tego bloga pokochałam muffinki. Zarówno za sprawą ich smaku, szybkości przygotowania, niezliczonej ilości modyfikacji, którym można je poddawać, sposobu pieczenia i wyglądu. Uwielbiam je ciągle. Ale muszę przyznać, że piekę je od niedawna. Kiedyś nawet na nie nie patrzyłam, tylko pogardliwie prychnałam ze zdziwieniem jak można marnować mąkę i cukier na takie nie-wiadomo-co. Bo w zasadzie czym jest muffinka – myślałam – ciastem? Nie, bo w nieciastowej formie, deserem? – nie, bo nie jest ani kremowe, ani płynne, ani półpłynne. Ciastkiem? Także nie bardzo, bo ciastka są płaskie, małe, na jeden gryz, albo z kremem, albo oblane czekoladą. A muffinki zdecydowanie na jeden gryz nie są. Wcale się nie spieszyłam, żeby je przygotowywać. A gdy w końcu upiekłam…..nie mogłam się oderwać. Są fantastyczne! Zawsze wychodzą – fajnie rosną, jakimś cudem są długo świeżutkie i – każdy znajdzie w nich coś dla siebie.
Ja ostatnio znalazłam muffinki idealne. Wcale nie suche, bo moja antypatia do suchych ciast dotyczy także muffinek, słodziutkie, z niespodzianką. Pycha. Nadzienie jest na tyle stałe, że nie wylewa się na ręce i ubranie by ostatecznie wylądować na dywanie. Trzyma się idealnie gdy wgryziemy się w sam środek wypieku delektując się różnorodnością smaku, konsystencji i słodyczy. Chyba, że…..mamy ochotę na gorącą, pachnącą i parującą muffinkę z rozpuszoną, płynną czekoladą w środku i gorącym budyniem. Polecam! Przepis z forum Cin – cin, lekko zmodyfikowany.


Składniki:
• 300 g mąki
• 2 łyżeczki proszku do pieczenia,
• 1 łyżeczka sody (pominęłam)
• szczypta soli
• 150 g masła lub margaryny
• 160 g cukru
• 170 ml mleka
• 2 jaja

Ponadto:
• 400 ml mleka
• budyń czekoladowy
• 12 kostek białej czekolady


Budyń ugotować w 400 ml mleka, ostudzić.
Masło stopić w rondelku, dodać cukier i podgrzewać, aż cukier się rozpuści. Zdjąć z ognia, ostudzić. W miseczce zmiksować jajka mlekiem, tylko do momentu aż składniki się połączą. W oddzielnym, dużym naczyniu wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i solą. Dodać do niej wymieszane jajka oraz masło z cukrem. Zmiksować króciutko (grudki w cieście są bardzo wskazane!).
Formę na muffinki wyłożyć papilotkami (około 12 sztuk) i wylać po jednej, dużej łyżce ciasta na dno (na wysokość około 1 cm). Następnie na środek nakładać masę budyniową i na nią po kostce czekolady (gdy kostki są małe można położyć dwie). Przykrywać muffinki porcją ciasta, tak, aby wszystko było przykryte.
Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 30 minut, aż się zezłocą i urosną.

Smacznego!