Rolada miodowa



Jestem osobą niezwykle zajętą. Zarobiona jestem od rana do nocy, ale tylko na własne życzenie – wymyślam sobie bowiem zajęcia, które nie dość, że długo trwają, wymagają skupienia to jeszcze zabieram się za nie zwykle wieczorem, gdy powinnam się szykować do snu. Czasami ledwo stoję nad na przykład naczyniem z ciastem, które mieszam razem z dodatkami i z trwogą patrzę na zegarek i wyliczam ile godzin snu mi zostanie gdy ciasto się upiecze. Albo sprzątam jak opętana przed północą - a miałam tylko pozmywać i dalej już poszło! Jednakże nie codziennie robię sobie takie nocne maratony pieczeniowe – zwykle w dni powszednie staram się obrobić ze wszystkim wcześniej, przełożyć wypieki na następne popołudnie lub wczesny wieczór, by nie zarwać kolejnej nocy. Jedynie w piątki pozwalam sobie na takie wieczorne gotowanie. Choć słowo „pozwalam” jest także ujęte na wyrost, gdyż ja po prostu nie mam innego wyjścia! Ostatni dzień tygodnia pracy mam zajęty od wcześniutkich godzin rannych do prawie nocnych – można powiedzieć, że w domu jestem dopiero tuż przed 22. A czasem ciasto trzeba jeszcze upiec… Tak miałam ostatnio – na sobotę umówionych gości, a w domu bałaganowy kataklizm, bieganie, ostatnie zakupy – wszystko zaplanowane na sobotę. To chociaż ciasto chciałam zrobić wcześniej. Tylko które ciasto można upiec dzień wcześniej, wiedząc, że do następnego wieczora w ogóle nie straci smaku, będzie cały czas świeżutkie i pyszne? I które ciasto, zachowując wszystkie powyższe właściwości, jednocześnie da radę przygotować i upiec w ekspresowym tempie? Odpowiedź brzmi: roladę miodową.
Znaleziona na forum cin – cin, zwana „ciastem ciepniętym”, rolada spełnia wszystkie powyższe warunki. Jest mięciutka, aromatyczna, miodowa i słodziutka. Z kwaśną śmietaną zamiast kremu, która wsiąkając w ciasto niesamowicie je nawilża – następnego dnia ciasto jest nawet lepsze niż w dniu upieczenia! Śmietana, choć kwaśna – nie zakwasza smaku ciasta, wręcz praktycznie jej nie czuć. A sama rolada? Wspaniała – mam wrażenie, że ona nigdy nie będzie sucha, a dzięki temu brak kremu w ogóle jej nie przeszkadza! W smaku czuć odrobinę miód, choć jego smak nie jest aż tak wyraźny, jak w innych miodowych ciastach, jednakże to właśnie dzięki niemu całe ciasto ma lepką, troszkę jakby ciągnącą strukturę. I jeszcze - ostatni, ale dla mnie niezwykle istotny czynnik – od momentu rozpoczęcia przygotowania ciasta do zawinęcia rolady i odłożenia do ostygnięcia mija 25 minut. U mnie – z zegarkiem w ręku. Ekspresowo się ją robi, jeszcze szybciej zjada i bardzo, bardzo miło wspomina! Polecam!



Składniki:
• 5 jajek
• 200 g cukru (dla mnie byt dużo – dałam 150 g)
• cukier waniliowy
• 200 g masła
• 200 g mąki
• 150 g miodu (6 łyżek)
• 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
• 200 ml kwaśnej śmietany (np. 12%)


Jajka utrzeć z cukrem i cukrem waniliowym do białości i zgęstnienia.
Mąkę przesiać.
Masło utrzeć, wymieszać z jajkami (masa może się zważyć, ale nie należy się tym przejmować), następnie wmiksować przesianą mąkę.
Miód – jeżeli jest w formie stałej to należy go podgrzać i rozpuścić, jeżeli jest płynny nie trzeba podgrzewać – wymieszać z sodą oczyszczoną. Masa może, aczkolwiek nie musi, się spienić. Dodać do ciasta.
Blachę (tę dużą, która jest w komplecie z piekarnikiem) wyłożyć papierem do pieczenia i wylać na nią przygotowane ciasto. Rozprowadzić równomiernie po blaszce, wygładzić wierzch. Wstawić do piekarnika nagrzanego do temperatury 170 stopni Celsjusza na 15 – 17 minut. Przez większość czasu ciasto będzie wyglądało jak surowe i nie będzie chciało się piec, ale w ciągu ostatnich kilku minut urośnie i zbrązowieje. Gotowość ciasta należy sprawdzić patyczkiem.
Gdy ciasto będzie już upieczone należy je szybko wyjąć z piekarnika, wierzch od razu (na gorąco) posmarować cienko śmietaną i zwinąć w roladę. Śmietana powinna pełnić rolę kleju – by rolada się nie rozwinęła i zachowała kształt, dlatego nie należy przesadzać z jej ilością. Tak zwiniętą roladę owijamy dość mocno ściereczką, lub papierem do pieczenia i zostawiamy do całkowitego wystygnięcia. Ciasto najlepsze jest następnego dnia, gdy wszystkie smaki się przegryzą.

Smacznego!



Herbaciane muffinki



Czasami wydaje mi się, że jestem banalnie przewidywalna. Że owczym pędem biegnę za tłumem, nie myśląc, dokąd on tak naprawdę zmierza. Że lubię wszystko to, co oklepane, powszechne, sprawdzone i ogólnie rzecz biorąc – uznane za dobre. Że nie mam własnego zdania, powtarzam tylko usłyszane gdzieś poglądy innych, będąc święcie przekonana, że są moimi, indywidualnymi opiniami. Lubię – tak jak chyba 90% społeczeństwa – iść na dobry film do kina, a dobry to oznacza jedynie taki, który zdobył uznanie wśród krytyków, więc i mnie MUSI się on spodobać. Lubię produkty znanych marek, wmawiając sobie, że te oryginalne są na pewno lepsze i smaczniejsze od niefirmowych. Bo tak jest powszechnie uznane za słuszne. Dumnie obnoszę się ze swoim obrzydzeniem do fast – foodowych restauracji i knajp – przecież tak teraz robią wszyscy. Ale zaraz, zaraz – czy aby na pewno moje postępowania są takie sztampowe? Czy ja naprawdę nie mam na tyle odwagi, by wygłosić własne zdanie, tylko posiłkuję się opiniami innych, by w razie czego mieć usprawiedliwienie, że TA ZNANA OSOBA tak też twierdzi, a ona ma rację choćby nie wiem co….? Zagłębiając się chwilę nad swoimi poglądami, postępowaniem i sposobem myślenia mówię: absolutnie nie! Ten tłum za którym biegnę to tak naprawdę kilka osób, które i tak omijam poboczną ścieżką, by iść własną drogą do – jak się okazuje – wspólnego celu. A to, że lubię to co inni – chyba dlatego, bo dobre rzeczy stają się szybko niezwykle popularne, jest o nich głośno, ludzie próbują, smakują, testują i przekonują się do nich. I nie ma na świecie człowieka, który lubiłby tylko alternatywę, rzeczy niepopularne, a te zwykłe mijał obojętnie. I to wcale nie prawda, że nie mam własnego zdania – wręcz przeciwnie, czasami nie dam się przekonać do zmiany poglądu, choćby nie wiem co! Zdarza mi się iść pod prąd, krytykować rozpropagowane opinie, okraszając wydarzenia własnym komentarzem. I nie obchodzi mnie co myślą inni. Niech widzą, że ja mam swój rozum, swoje pomysły i swoją, może nie absolutną, ale jakąś tam oryginalność. Szczególnie w wypiekach. Lubię łączyć oryginalne i zupełnie odmienne składniki i patrzeć co z nich wyrośnie. Dlatego z przyjemnością zrobiłam już ciasto z burakami, sernik z dynią, szynkowo – cebulowe bułeczki, tartaletki z całą pomarańczą (wraz ze skórką i białym albedo) i mus z kasztanami. A teraz przyszedł także czas na słodycze z dodatkiem jednego z popularnych, hm, napojów? I nie chodzi mi o coca – colę. Tylko o herbatę. Skoro ciasto popija się herbatą i to połączenie jest wyjątkowe w smaku, to może by połączyć je już na etapie przygotowywania ciasta? Spróbowałam. I nie żałowałam.
Zrobiłam muffinki. Bo najszybciej się je robi, bo zawsze wychodzą, bo szybko się je zjada, bo są poręczne. A te są inne. Wcale nie słodkie – bo z mocno wyczuwalną herbatą, ale jednocześnie pozbawione tej charakterystycznej goryczy herbacianej. Miękkie, aromatyczne z chrupiącą kruszonką. Herbatę czuć, ale nie dominuje. Ja dałam herbatę zieloną oraz miętową, przez co smak był bardzo delikatny. Myślę, że dla wzmocnienia smaku – można zwiększyć jej ilość w składzie, lub dłużej zaparzać. Ale naprawdę są bardzo, bardzo fajne!



Składniki (ok 6 sztuk):
• 100 ml śmietany kremówki
• 4 torebki herbaty – dowolnej
• 1 jajko
• 140 g mąki
• ½ łyżeczki proszku do pieczenia
• 70 g cukru
Kruszonka:
• 20 g masła
• 20 g mąki
• 20 g brązowego cukru
• 25 g posiekanych orzechów włoskich


Śmietankę wlać do garnuszka, włożyć herbatę i zagotować. Gdy zawrze pogotować około minuty – dwóch, po czym wyłączyć gaz, przykryć garnuszek i poczekać aż śmietana naciągnie herbatą i zupełnie wystygnie (po około 10 minutach można lekko uchylić pokrywkę, by szybciej śmietana wystygła).
Jajko roztrzepać w średniej wielkości misce.
W oddzielnym naczyniu wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia i cukrem.
Gdy śmietana wystygnie, wyjąć torebki herbaty i wlać napar do jajka. Wymieszać. Dodać mąkę z proszkiem do pieczenia i cukrem i lekko wszystko zamieszać. Mogą pozostać grudki, masa nie musi być gładka – ale wymieszana.
Formę na muffinki wyłożyć papilotkami. Wkładać ciasto do 2/3 wysokości formy. Odstawić.
Przygotować kruszonkę: Masło, mąkę i cukier umieścić w miseczce. Zagnieść wszystko palcami, starając się zlepić składniki. Na końcu dołożyć orzechy i wgnieść je w powstałe ciasto. Można je odłożyć do lodówki, by stężało, ale nie jest to konieczne. Gotową kruszonkę zetrzeć na tarce na każdą muffinkę, lub odrywać po kawałku i okruszki posypywać po wierzchu muffinek. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez około 20 – 25 minut, aż muffinki urosną i lekko się zezłocą.


Smacznego!



Aksamitny kokosowy sernik z białą czekoladą



Naprawdę lubie serniki. Uwielbiam z nimi eksperymentować, dodawać nowe składniki, masę bardziej zagęszczać, rozrzedzać, mocniej lub mniej słodzić. Po prostu bawić się nimi. Ten rodzaj ciasta ma niewyczerpane możliwości, a każda z nich według mnie jest bardzo dobra. Wydaje mi się, że nie można sernika zepsuć. Jeżeli dodaje się smaki, które samemu się bardzo lubi – nie ma innego wyjścia jak kolejny udany wypiek. A jak opadnie? Serniki w 90% opadają. Jedne bardziej, inne mniej. U mnie bardziej – każde. Ale takie niższe serniki też mają swój urok – są dzięki temu bardziej konkretne, cięższe, treściwsze. A ja chyba takie lubię najbardziej… Ostatni eksperyment skończył się sukcesem. Miałam ochotę na sernik. Prosty, szybki, kremowy i słodki. Ze składnikami, które uwielbiam i które zawsze mam w domu. A ponieważ ochota na takie eksperymentowanie spada na mnie jak grom z jasnego nieba i ochotę na skonsumowanie mojego dzieła mam natychmiast – wypieki muszą być łatwe, szybkie i przyjemne.
Takie też jest ten sernik. Bardzo, bardzo kremowy, słodki, mocno kokosowy i niski – oczywiście opadł po upieczeniu, ale dzięki temu jego smak się mocno skoncentrował i efekt mocno skoncentrowanego smaku jest nawet w malutkim kawałeczku. Wiórki kokosowe odrobinę przełamują tę aksamitną konsystencję. I choć nie jest ich dużo, zdają się być wyczuwalnymi na języku. Biała czekolada dopełnia całości – nadaje słodyczy, uzupełnia smak i poprawia strukturę, gdyż scala cały, niezwykle rzadki sernik. Ja podałam go z musem truskawkowym – kwaskowatym, wyrazistym, odpowiednim do kokosowego smaku. Sernik jedzony w towarzystwie truskawek nie jest aż tak intensywnie kokosowy jak kosztowany solo, ale dzięki nim, słodycz ciasta jest zrównoważona, a samo ciasto się pięknie prezentuje. Polecam!



Składniki:
• 400 g sera na serniki lub twarożku
• 1 jajko
• 300 ml mleka kokosowego
• 150 g cukru
• 100 g białej czekolady
• 50 g wiórków kokosowych
• ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego

Mus truskawkowy:
• 70 g truskawek
• 15 g cukru pudru


Białą czekoladę połamać na kawałki i rozpuścić w kąpieli wodnej. Przestudzić.
W misie miksera utrzeć ser z cukrem na gładką masę. Dodać jajko i zmiksować. Wlać mleko kokosowe i powoli, cały czas mieszając dolewać rozpuszczoną czekoladę. Dodać wiórki kokosowe, wymieszać. Przelać do formy (u mnie kwadratowa o boku 17 cm) i piec 50 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza. Studzić w otwartym piekarniku, schłodzić przez całą noc w lodówce (wtedy nabierze odpowiedniej konsystencji).
Przygotować sos: truskawki zmiksować z cukrem pudrem na gładką masę.
Polać sosem porcję sernika i podawać.


Smacznego



Wilgotne ciasto z makiem



To głupie, ale cały czas tkwię w dziwnym przekonaniu, że niektóre potrawy należy jeść w określonym czasie w roku. Oczywiście spożywanie ich w pozostałych dniach roku nie jest zabronione i nikt nie pójdzie do więzienia delektując się na przykład truskawkami w grudniu lub arbuzem w marcu. Jednakże ja jestem przekonana, że nie tyle co pojedyncze produkty, ale całe posiłki smakują wyjątkowo w dniach, w których tradycja nakazuje je spożywać – ot jak karp w Wigilię. I choćby nie wiem co, nie jestem w stanie sobie wyobrazić jakbym miała zabrać się do tej ryby przy pełnym słońcu, kilkudziesięciu stopniach Celsjusza za oknem, będąc ubrana w najbardziej zwiewne, lekkie i skąpe ubranie, wiedząc, że jest lipiec i środek wakacji. Zawsze karpia jadłam elegancko ubrana, na świątecznych talerzach, w towarzystwie czerwonych świec i czerwono – bordowego wystroju na stole, kątem oka widząc wielką choinkę z zapalonymi małymi lampeczkami, stojącą na tle okna, za którym spokojnie, dużymi płatami pada (lub nie pada w ogóle) śnieg. Ale przynajmniej wtedy jest zimno. To samo dotyczy kulebiaka, uszek z grzybami, mazurka wielkanocnego oraz wigilijnego makowca. Choćbym nie wiem jak się starała, potrawy te zjedzone w inny dzień niż Wigilia, Boże Narodzenie czy Wielkanoc, nie smakują już tak samo. To chyba jest Magia Świąt! Ale to, że na przykład mazurek kajmakowy kojarzy mi się tylko z wiosną, baziami, pachnącymi żonkilami i żółtymi tulipanami nie znaczy, że przez resztę roku na kajmak nie mogę patrzeć. Oj nie, ja go uwielbiam przez całe 365 dni w roku. A jak jest z makiem? Postanowiłam to wypróbować. Już od jakiegoś czasu na oku miałam ciasto z makiem, które jednak nie jest makowcem, z makiem, którego nie trzeba moczyć, gotować i mielić, ciasto, które w żaden sposób nie jest podobne do wspomnianego wcześniej makowca. Spośród kilkunastu rodzajów ciast prezentowanych w Internecie i rozmaitych (niestety głównie bożonarodzeniowych) broszurkach z ciastami ja zdecydowałam się na przepisy ze sprawdzonego źródła – mojej inspiracji, mojej kulinarnej idolki i kopalni pomysłów – Anny Olson i jej książki „Back to baking”. Oczywiście się nie zawiodłam.
Ciasto jest wspaniałe. W ogóle nie smakuje jak świąteczny makowiec, za to można powiedzieć, że składa się prawie w całości z maku. Tak to prawda – do bazy, którą stanowi ucierane ciasto dodaje się dużą ilość suchego maku. Dziwne? Ale prawdziwe. Nie wiem czy właśnie dzięki niemu, czy dzięki technice łączenia składników gotowy wypiek jest niezwykle wilgotny. Praktycznie mokry, choć zwarty i bezproblemowy w krojeniu. Słodki i bardzo, bardzo makowy. A ponieważ samo ciasto mađlane czuć troszkę w tle, porządna porcja nie zapycha tak jak przy makowcu, w którym (przynajmniej u mnie w domu) lwią część zajmuje przepyszne ciasto drożdżowe. Wypiek rośnie, ale potem zapada się w środku, przez co ciasto nie jest puszyste, a ciężkie i gliniaste. Pyszne. Dodatek orzechów odrobinę przełamuje dominację maku, ale jest to raczej „kropka nad i” niż oddzielny, wyrazisty smak.
I ostatnie zdanie – ciasto w tej formie, krojone jak tort a nie jak typowy makowiec nie przywodzi mi na myśl Świąt i smakuje naprawdę wybornie! Polecam!
Nie wiem co ma w sobie mięta, ale bardzo fajnie smakuje w towarzystwie maku. Smaki się świetnie przenikają, miętowe orzeźwienie niweluje słodycz ciasta, ale jednocześnie nie pozostawia chłodnego, mroźnego smaku w ustach, tylko przyjemnie słodkie wspomnienie przełknięcia kawałka pysznego makowego ciasta!



Składniki (z moimi małymi modyfikacjami):
• 100 g orzechów włoskich
• 140 g ziaren maku (1 szklanka)
• 200 g cukru (ja dałam 150 g i wystarczyło)
• 120 g masła
• 5 jajek
• 5 ml (1 łyżeczka) ekstraktu waniliowego
• 125 ml śmietany kremówki

Białka oddzielić od żółtek.
Orzechy włoskie, mak oraz 1/3 ilości cukru zmielić w food procesorze (ja tego nie zrobiłam, jedynie orzechy drobniutko posiekałam).
Masło utrzeć z 1/3 ilości cukru na puszystą i jasną masę. Dodać żółtka, wanilię i dalej ucierać, aż masa będzie jednolita i gładka.
W oddzielnym naczyniu ubić białka aż piana będzie prawie sztywna, następnie, nie przerywając ubijania, dodawać powoli, małymi porcjami kolejną 1/3 ilości cukru i miksować, aż piana będzie sztywna i lśniąca, a cukier rozpuszczony. Kilka łyżek piany przełożyć do masy maślanej i rozmieszać by ją trochę rozluźnić (choć masa i tak jest bardzo płynna), potem delikatnie wmieszać resztę piany. Dodać mak z orzechami i cukrem, ostrożnie wymieszać. Dolać kremówkę i jeszcze raz bardzo delikatnie wymieszać.
Gotowe ciasto przelać do formy (u mnie owalna 17 cm x 23 cm) wyłożonej papierem do pieczenia i włożyć do piekarnika nagrzanego do 175 stopni Celsjusza. Piec około 45 – 50 minut, do tzw. suchego patyczka.

Smacznego!



Tarta z musem latte



Co najbardziej lubię w zimie? Lubię sobotnie wczesne poranki, jeszcze przed świtem, kiedy za oknem noc pyszni się swoją ciemnością, a u mnie pokój lekko oświetla mała, dyskretna lampka umieszczona gdzieś w kącie na stoliku. Biorę wtedy kubek z kawą, siadam na krześle przy oknie i patrzę jak moja okolica wygląda nocą. Obserwuję padające płatki śniegu, wsłuchuję się w dźwięki miasta, które nawet nocą nie cichnie. Słyszę nadjeżdżający autobus, samochody dostarczające zaopatrzenie do sklepów. Nigdzie się nie spieszę, powoli sączę kawę i cieszę się z całego wielogodzinnego weekendu przede mną. Kładę głowę na oparciu krzesła, zamykam oczy i……natychmiast planuję co i o której porze zrobię. Już układam sobie plan, w którym wyznaczam kolejność działań, łącznie z planowanym czasem ich wykonania. I zaczynam od tej chwili. Od momentu, który jeszcze trzy sekundy temu był najprzyjemniejszym z całego tygodnia. Dopijam szybko kawę i wpadam w wir zajęć, które mogę wykonać tylko w dni wolne od pracy. Zdarza się, że mam tyle zaplanowane, że zrobienie ciasta, które tak naprawdę jest szybkie i łatwe do wykonania muszę rozłożyć sobie na cały dzień. Tak było ostatnio – ciasto, które zaplanowałam musiałam rozłożyć sobie na cały dzień (na szczęście przygotowuje się je etapowo – jak jedna część wystygnie, wtedy można zabrać się za drugą). Przygotowuje się je szybko, piekarnik niezbędny jest tylko do upieczenia spodu, a resztę pracy wykona za nas żelatyna i lodówka. Tarta, bo ją robiłam jest przepyszna – kawowa, ale nie cierpka tylko przyjemnie słodka. Nie przesłodzona, ale także nie gorzka. Idealna. Miękka, kremowa warstwa wierzchnia, współgra z kruchym, kakowym spodem i przyjemnie łączy się z warstwą gorzkiej czekolady, którą pokryty jest spód. Ciasto jest nie tylko dla maniaków kawy. Nawet ci, którzy za nią nie przepadają zasmakują w tym delikatnym kremie. Przepis z książki, która mnie jeszcze nie zawiodła – Anna Olson „Back to baking”. Zdecydowanie polecam!


Składniki:
Spód:
• 130 g mąki
• 40 g kakao
• 50 g brązowego cukru
• ¼ łyżeczki soli
• 60 g masła
• 1 żółtko
• 30 ml mleka
• 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
Ganache z gorzkiej czekolady:
• 60 g gorzkiej czekolady
• 60 ml śmietany kremówki
Mus kawowy:
• 45 ml gorącej bardzo mocnej kawy
• 10 g żelatyny (dałam 2 czubate łyżeczki)
• 10 ml wody
• Puszka skondensowanego mleka słodzonego
• 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
• 185 ml śmietany kremówki
• kakao do oprószenia


Przygotować spód: W naczyniu wymieszać razem mąkę, kakao, cukier i sól. Dodać masło i wyrabiać aż powstanie mikstura przypominająca kruszonkę. W oddzielnej miseczce wymieszać żółtko z mlekiem i wanilią. Dodać je do mąki wymieszanej z masłem i wszystko wyrabiać, aż powstanie jednolite, spójne ciasto. Zawinąć je w folię spożywczą i schłodzić w lodówce przez godzinę. Po tym czasie ciasto wyjąć, wylepić brzegi i boki wysmarowanej wcześniej masłem i wysypanej mąką formy na tarty o średnicy 22 cm. Pozakłuwać ciasto widelcem i włożyć do piekarnika nagrzanego do 175 stopni Celsjusza na 25 minut. Po tym czasie ciasto wyjąc i ostudzić.
Przygotować ganache: W garnuszku umieścić śmietanę, doprowadzić do wrzenia. Do drugiego naczynia włożyć połamaną na kawałki czekoladę i zalać ją zagotowaną wcześniej śmietaną. Odczekać około 1 minuty, aż czekolada zacznie się topić i wymieszać do połączenia obu składników. Gotowy ganache wylać na zimny spód i włożyć do lodówki na czas przygotowania musu.
Aby przygotować mus kawowy: Gorącą kawę umieścić w dużej misce (do niej będą dodawane pozostałe składniki). Rozpuścić żelatynę w gorącej wodzie w małym naczynku żaroodpornym. Następnie wstawić je do garnuszka, w którym gotuje się woda i – nie doprowadzając do zagotowania żelatyny – mieszać ją, aż rozpuszczą się wszystkie grudki, farfocle i kryształki. Szybko przelać ją do miski z kawą i dokładnie wymieszać. Dolać mleko skondensowane i ekstrakt z wanilii i mieszać (można miksować) aż mieszanina się połączy i ostygnie.
W oddzielnym naczyniu ubić śmietanę. Gdy będzie już sztywna dodawać ją partiami do kremu kawowego i dokładnie mieszać. Powstanie bardzo rzadka masa, którą należy natychmiast wylać na warstwę czekoladowego ganache. Masa będzie szybko tężała, ale aby osiągnęła odpowiednią konsystencję należy całą tartę umieścić w lodówce na co najmniej 4 godziny, a najlepiej na całą noc.
Przed podaniem oprószyć ciasto odrobiną kakao.

Smacznego!