Wiśniowe pralinki



Wystarczy mały promień słońca nieśmiało przebijający się przez ołowiane i ciężkie chmury, wystarczy, gdy budząc się rano nie jest ciemno za oknem, wystarczy, gdy wracając do domu około godziny 19 jest jeszcze widno, wystarczy, gdy wiatr zamiast przeszywać chłodem przyjemnie muska włosy – żebym poczuła wiosnę każdym centymetrem swojego organizmu i w związku z tym diametralnie zmieniła podejście do codzienności. Jak to wygląda? Przede wszystkim, gdy wiosna wkracza na moje podwórko, zamiast z trwogą myśleć o konieczności wyjścia z domu – robię to z uśmiechem na twarzy, z radością omijając zimowe ciuchy sięgając po lżejsze kurki, cieńsze bluzki i wiosenne buty. W tym czasie mam ochotę na wszystko – energia mnie dosłownie rozpiera, plany kotłują się w głowie, nie mogę wysiedzieć w pracy, bo mam już plany na każdą minutę dnia po jej opuszczeniu, nerwowo zerkam na zegarek, bym zdążyła załapać się na jak największą ilość promieni słonecznych, a gdy wreszcie wybija godzina „zero” – wybiegam z pracy i rzucam się w wir realizacji misternie ułożonego planu. W końcu jest dłuższy dzień i w związku z tym w mojej głowie panuje jakieś dziwne przekonanie, że przez to wydłuża się także doba…. A gdy wracam do domu w okolicach godziny 19 i za oknem jeszcze zauważam szczęśliwe panowanie dnia nad zmrokiem – jestem pewna, że do pory snu jest jeszcze tyyyle czasu więc ochoczo zabieram się za kolejne, pracochłonne czynności – w końcu jest jeszcze widno – więc wcześnie! Dopiero gdy podczas realizacji kolejnego etapu mojego planu zastaje mnie nagle noc, uświadamiam sobie, że jednak poziomem „jasności” doby nie wydłużam, codziennie ma ona tyle samo godzin, a spać trzeba – bez względu na stosunek dnia do nocy. Wtedy szybko weryfikuję plany, przekładam jedne czynności na kolejny dzień, inne maksymalnie skracam, jeszcze inne realizuję….. Pralinki, które Wam przedstawiam są właśnie efektem zachłyśnięcia się słońcem i dłuższym dniem. Miałam w planach upichcić coś kompletnie innego – ale ponieważ o godzinie, o której tydzień temu było już ciemno – tym razem jeszcze prawie świeciło słońce – postanowiłam przełożyć pieczenie na późniejszą godzinę i w tym czasie zając się czymś innym. I gdy po jakimś czasie zorientowałam się, która jest godzina, ogarnęło mnie przerażenie – miałam jeszcze tyle punktów do zrealizowania tego dnia i obowiązkowo musiałam zaliczyć przynajmniej 7 godzin snu. Na pieczenie nie byłoby czasu. To zrobiłam pralinki. Ze składników, które miałam w domu i które ma zapewne każdy. Pracę, której jest maluteńko rozłożyłam na dwa dni – nie z lenistwa, ale z konieczności oczekiwania na zastygnięcie masy, gdyż nadzienie pralinek jest dość rzadkie i dopiero po nocy w chłodzie nabiera odpowiedniej konsystencji. Dzięki temu w dwa dni powstał pyszny deser, który pozwolił mi na spokojną realizację moich zwariowanych planów a nie zatrzymał w kuchni na pół dnia!
Kilka słów o pralinkach – są pyszne. Słodkie, choć nie dodawałam do nich cukru. Owocowe i mleczne zarazem. Smak owoców w postaci dżemu pysznie uzupełnia się z mleczną słodyczą mleka w proszku i jednoczesnym leciutkim posmakiem serka. A mleczna czekolada spajająca wszystko – nadaje chrupkości, dodatkowej słodyczy i…uroku. Masa do pralinek powstaje w minutę. Chłodzi się – niestety całą noc, a obtacza w czekoladzie – kolejną minutę. Pracy przy nich tyle co nic, a smak – bezcenny! Zdecydowanie polecam!



Składniki:
• 100 g twarożku, serka homogenizowanego lub sera na sernik
• 200 g – 250 g mleka w proszku
• 300 g dżemu o dowolnym, lecz kwaskowatym smaku – u mnie wiśniowy
• 50 g mlecznej czekolady


Do naczynia przełożyć serek homogenizowany i dodać mleko w proszku. Wymieszać dokładnie do uzyskania bardzo gęstej masy (możliwe, że będzie trzeba dodać więcej mleka – w zależności od gęstości serka). Następnie należy dodać dżem i mieszać – masa powinna lekko zrzednąć, ale nadal pozostawać bardzo gęsta (w razie czego dosypać mleka). Warto masę spróbować i dosłodzić do smaku, gdy ktoś woli słodsze desery. Następnie wstawić ją do lodówki na kilka godzin, najlepiej na całą noc. Następnego dnia czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, lekko przestudzić.
Masę pralinkową wyjąć z lodówki, uformować z niej kulki wielkości orzecha włoskiego. Od razu wkładać każdą kulkę do rozpuszczonej czekolady – dokładnie obtaczając z każdej strony. Wyjąć i odłożyć na talerz do zastygnięcia. Wstawić pralinki do lodówki, by czekolada dokładnie zastygła.


Smacznego!



Pistacjowe muffinki



Na szczęście, lub nieszczęście moje wykształcenie bezpośrednio wiąże się z jedzeniem, pokarmami, produktami spożywczymi, ich właściwościami, sensem lub bezsensem łączenia, oddziaływaniem na siebie i na nasz organizm, interakcjami z lekami oraz z pro lub anty zdrowotnym wpływem na nasze zdrowie. Dlatego też biorąc każdą rzecz do ręki i zastanawiając się czy ją zjeść, wkładając do ust każdy kęs – wiem jaki może mieć on wpływ na moje zdrowie i figurę, wiem z czego się składa, mniej więcej znam zawartość tłuszczu oraz ilość kalorii. Niektóre nawyki rzeczywiście weszły mi w krew, ale to nie znaczy, że odżywiam się tylko zdrowo, ładnie i można brać mnie za wzór – gdyby tak było, mój blog by nie istniał :-) Ale jest jeszcze jeden pozytyw mojego wykształcenia – prawie we wszystkim co jem potrafię znaleźć pozytywne elementy i gdzieś jakiś dobry wpływ na zdrowie. Gdy jem ciasto czekoladowe - wiem, że czekolada w nim zawarta lub kakao jest bogate w magnez, który zapobiega skurczom. Ciasto drożdżowe – bogate w witaminę B i H. Desery na bazie mleka – stanowią dobre źródło wapnia, a serniki – białka. I tak sobie tłumaczę piekąc i jedząc ciasta, ciasteczka i muffinki. Tym razem, właściwości zdrowotne muffinek zapewniają orzechy w nich użyte – pistacje. Obniżają one stężenie złego cholesterolu, zawierają dobre kwasy tłuszczowe, są bogate w witaminy z grupy B oraz luteinę. Mają stosunkową dużą zawartość błonnika pokarmowego oraz są dobrym źródłem magnezu i potasu. A poza tym są pyszne. Pistacje są moimi ulubionymi orzechami, więc każdy wypiek z nimi związany musi być pyszny. I te muffinki takie właśnie są.
Naprawdę pistacjowe – czuć ten specyficzny smak w cieście, poza tym widać jego lekko zmieniony kolor. Muffinki są miękkie – orzechy w nich są zmielone, tak więc nie ma obaw o natknięcie się na kawałek twardego orzecha. Można spokojnie się delektować smakiem. Babeczki są pyszne, a dodatkowym „konserwantem” zapobiegającym zbytniemu wyschnięciu i zestarzeniu się ich jest lukier – którego spora ilość przyjemnie współgra ze smakiem pistacjowego ciasta. Babeczki nie są niczym nadziane, jedynym urozmaiceniem jest właśnie owy lukier, dlatego też nie warto z niego rezygnować. Przepis znalazłam na tej stronie, podaję z moimi małymi modyfikacjami.



Składniki:
• 100 g pistacji
• 140 g brązowego cukru (dałam 100 g i było akurat)
• 140 g masła (dałam tyle ile cukru)
• 2 jajka
• 140 g mąki
• 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
• 50 ml mleka
• 250 g cukru pudru
• ok 20 ml wody
• barwnik zielony


Pistacje, wraz z połową cukru zmielić w blenderze prawie na piasek. Mąkę z proszkiem do pieczenia przesiać. Przełożyć do miski, dodać pozostały cukier, masło, jajka, mąkę z proszkiem do pieczenia oraz mleko i zmiksować na gładką masę. Przełożyć masę do 12 foremek na muffinki, wypełniając je do ½ wysokości i włożyć do piekarnika nagrzanego do 160 stopni Celsjusza na około 22-25 minut. Ciasto powinno lekko urosnąć, zbrązowieć a wykałaczka wbita w środek muffinki powinna być sucha. Wyjąć z piekarnika, całkowicie wystudzić.
Przygotować lukier – utrzeć cukier puder z wodą (lepiej dodać najpierw mniej wody i powoli dolewać do uzyskania odpowiedniej gęstości) aż masa będzie bardzo gęsta. Dodać zielony barwnik – ilość zależy od nasycenia koloru jaki chcecie uzyskać i ponownie utrzeć. Wystudzone babeczki posmarować lukrem i wierzchozdobnić kilkoma pistacjami.


Smacznego!






Serowa strucla drożdżowa



Choć na ogół nowe rzeczy wykonuję z entuzjazmem i chętnie się ich uczę, są jednak takie, do których podchodzę z dużą dozą respektu. Oglądam, patrzę, dotykam, przekładam z miejsca na miejsce – aż się przemogę i zdecyduję podjąć próbę wypełnienia kompletnie obcego mi zadania. Czasami okazuje się, że jest ono nieproporcjonalnie łatwe w stosunku do strachu jaki u mnie wywołuje, ale czasami przerasta moje możliwości i męczę, męczę się i nie mogę skończyć. Nie rezygnuje w połowie – do takich osób nie należę, ale coraz bardziej się zniechęcam i denerwuję. Oczywiście od mianowania danej sprawy „sukcesem” lub „totalną klapą” zależy finalny efekt końcowy, którego czasami kompletnie nie da się przewidzieć, nawet będąc już na ostatniej prostej przed metą. Czasami naprawdę zdarza się, że to, co wychodzi spod moich rąk niczym nie przypomina założonego przeze mnie projektu, choć wydaje mi się, że wszystko zrobiłam tak jak trzeba. Tym razem jednak było inaczej.
Wszelkie ciasta drożdżowe traktuję z szacunkiem i podziwiam tych, którzy potrafią je upiec, bez zakalca, zachowując ładny kolor, kształt, smak i co najważniejsze – potrafią je zaczarować tak, by ślicznie wyrosło – nie za dużo, nie zbyt mało. Idealnie. Myślałam, że ja nigdy nie zdecyduję się na upieczenie ciasta na bazie drożdży. Ale się przemogłam. Zdecydowałam się na struclę drożdżową nadziewaną białym serem. Bałam się jej okropnie, ale wszystko poszło jak trzeba! Ciasto jest świetne – idealnie się zagniata i już dosłownie po kilku minutach odchodzi od ręki, ładnie rośnie i w smaku jest przepyszne. A słodkie nadzienie serowe nadaje wilgoci ciastu, jest ono bardziej konkretne i miękkie. Ciasto praktycznie nie odchodzi od sera, więc nie ma pustej przestrzeni w środku, jest zwarte i naprawdę miękkie. Wierzch posmarowałam jajkiem i posypałam cukrem – stąd jego kolor i,\ - co nie jest zauważalne – chrupkość skórki. Naprawdę warto się przekonać do ciast drożdżowych, gdyby ktoś – tak jak ja – miał co do nich opory. Przepis zaczerpnęłam stąd.




Składniki: (przepis jest na dwie strucle, ja zrobiłam jedną dużą)
Ciasto:
• 50 ml szklanki ciepłej wody
• 100 ml szklanki ciepłego mleka
• 7 g (2 1/4 łyżeczki) suchych drożdży
• 500 g szklanki mąki
• 50 g szklanki cukru
• 40 g miękkiego masła
• 1 jajko
• 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
• skorka otarta z 1 cytryny
• szczypta soli
Nadzienie:
• 250g twarożku, sera na serniki
• 100 g szklanki cukru
• ok. 30 g (3 łyżki) mąki
• 1 jajko
• 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Ponadto:
• 1 jajko
• cukier

Przygotować ciasto: Drożdże wsypać do cieplej wody, zostawić na kilka minut, aż utworzą się bąbelki. Resztę składników wymieszać (można użyć miksera), dodać rozczyn i wyrobić miękkie, gładkie ciasto. Przykryć i zostawić do wyrośnięcia na około 45-60 minut, aż będzie lekko napuszone (niekoniecznie musi podwoić swoją objętość).
Przygotować nadzienie: Wszystkie składniki wymieszać na gładką masę (można użyć malaksera).

Wyrośnięte ciasto przełożyć na posypaną mąką stolnicę, podzielić na dwie części. Każdą część rozwałkować na prostokąt o wymiarach około 30 x 20cm. Wizualnie „podzielić" prostokąt (wzdłuż długiego boku) na trzy równe części. Polowę serowego nadzienia ułożyć w kształcie wałka na środkowej części. Obie części po obu stronach nadzienia naciąć na szerokość 2cm, na lekko ukośne paseczki dochodząc nożem prawie do nadzienia. Paseczki zakładać na wałeczek serowy na przemian z jednej i drugiej strony, przeplatając je i tworząc warkocz.
Przełożyć na wyłożoną pergaminem blachę, przykryć ściereczką i zostawić do wyrośnięcia na około 1 godzinę. Kiedy juz ładnie podrosną, posmarować warkocze rozbitym jajkiem i posypać cukrem kryształem.
Piec w temperaturze 180 stopni Celsjusza przez około 35-40 minut, aż warkocze będą zrumienione. Wystudzić na drucianej siateczce.

Smacznego!





Sernik marmurkowy bez pieczenia



Najgorsze to są negatywne wspomnienia z dzieciństwa, które zostawiają głęboką rysę w pamięci do –nieraz – bardzo późnego wieku, można powiedzieć emerytalnego. Jak w młodości człowiek się do czegoś zrazi, to potem naprawdę nie jest łatwo go z powrotem do tego przekonać. Nawet jeżeli dotyczy to czegoś wyjątkowego i pysznego. Mój przypadek takiego zaparcia się na pyszne jedzenie dotyczył serników na zimno – kiedyś jedyny jaki jadłam to ten z połączenia serków homogenizowanych i galaretek. Nie był on zły, naprawdę – dawał radę – ale mi już się zdecydowanie przejadł. Swego czasu było to jedyne ciasto jakie jadałam przez długi czas. Ciągle ten sernik, w mdłych kolorach, o ledwo wyczuwalnym smaku, bardziej kwaśno-homogenizowany, niż konkretnie owocowy. Mocno średni. Tym bardziej, gdy mam porównanie z całą gamą innych serników – również tych na zimno, tamten wypada niezwykle blado. Ale z upływem czasu, gdy próbuję i eksperymentuję z coraz to nowymi i odmiennymi rodzajami serników na zimno – zaczynam je naprawdę lubić. Oczywiście zanim się na jakiś zdecyduję, czytam skład, przepis, opinie innych – podchodzę bardzo delikatnie do nich i muszę być naprawdę przekonana, że chcę go wykonać.
Przeglądając forum, które ostatnio bardzo często odwiedzam wpadłam na ten przepis. Od razu mi się spodobał. Nie dość, że był to przepis na sernik, zawierał czekoladę zarówno białą i gorzką to jeszcze z chęcią podjęłam się pracy z żelatyną.
Pracy sernik wymagał dość dużo, jest ona kilkuetapowa, ale zdecydowanie warta poświecenia. Gotowe ciasto jest bardzo kremowe, ma wyrazisty smak czekoladowy, słodki, ale również serowy – wszak to sernik! Nie jest kwaśny, biała czekolada dodaje pysznego smaku, wykwintności, a ciemna czekolada – zdecydowanie reguluje słodkość masy białej. Całe ciasto jest słodkie, ale nie przesłodzone. Choć można dodać więcej cukru, jednakże czekolada dosładza bardzo skutecznie kwaskowy ser. Naprawdę – jestem tym sernikiem bardzo pozytywnie zaskoczona. W ogóle nie przypomina tego, który pamiętam z dzieciństwa. Jeszcze kilka takich przepisów i stanę się absolutną fanką serników na zimno!



Składniki (cytuję za autorką):
Spód:
• 150 g ciasteczek Digestive
• 50 g masła
• 25 g czekolady
• 50 g drobno posiekanych orzechów laskowych (opcjonalnie)
Masa serowa:
• 500 g naturalnego serka śmietankowego
• 120 g cukru (dałam 100 g)
• 1 łyżka esencji waniliowej (lub opakowanie cukru waniliowego)
• 340 g jogurtu bałkańskiego lub greckiego – miałam zwykły, bardzo gęsty jogurt
• 150 g śmietanki kremowej
• 20 g żelatyny
• 100 ml wrzątku
• 100 g stopionej białej czekolady
• 100 g stopionej gorzkiej czekolady


Stopić czekoladę z masłem, dodać pokruszone wałkiem ciasteczka i orzechy, dokładnie wymieszać. Masą wyłożyć dno tortownicy (o średnicy ok 20 cm), mocno dociskając ręką lub szklanką. Wstawić do lodówki.

Żelatynę zalać wrzątkiem, wymieszać i odstawić do przestudzenia.
Ubić śmietankę.
Utrzeć serek z cukrem, wanilią i jogurtem. Dodać ubitą śmietankę. Wymieszać.
Przestudzoną żelatynę "zahartować", dodając do niej porcjami kilka łyżek masy serkowej.
Powstałą mieszaninę dodać do sera i dokładnie wymieszać.
Podzielić masę na pół. Do jednej części dodać stopioną białą czekoladę, do drugiej – gorzką.
Starannie, ale szybko wymieszać.
Nakładać łyżką obie masy na przemian (kupkami) na schłodzony spód. Czubkiem noża delikatnie przemieszać, by uzyskać efekt marmuru. Wstawić do lodówki do zastygnięcia.

Smacznego!




Ciasteczka z masłem orzechowym



Niektórych produktów po prostu nie mogę mieć w domu. Muszę je omijać dużym łukiem w sklepie, a najlepiej nie wchodzić w ogóle w alejkę, w której one się znajdują. A jeżeli zobaczę, że któryś z nich jest w promocji – przez cały czas jej trwania nie mogę do danego sklepu wejść ze względu na niebezpieczeństwo, że się obkupię. Co to za produkty? Moje dwa zdecydowanie ulubione – masło orzechowe oraz mleko skondensowane słodzone. Nie mogę ich mieć w domu bo wiem, że nie wytrzymam i wyjem je – ot tak, łyżką prosto z opakowania, choć zawsze kupuję z konkretnym przeznaczeniem kulinarnym. Gdybym jeszcze potrafiła się powstrzymać i delektować po trochu, po odrobinie każdego dnia osładzać sobie ranek, popołudnie albo wieczór – mogłabym mieć te pyszności w domu, na wypadek, gdybym nagle wpadła na przepis z użyciem którejś z tych pyszności. Ale nie, to nie moja metoda. Ja – jak wiem, że mam w szafce puszkę mleka lub słoik masła orzechowego nie spocznę dopóki go nie opróżnię. I wcale mi nie jest niedobrze, mogę się przysiąść i na jedno posiedzenie wciągnąć połowę opakowania. Chodzę po kuchni przekonując siebie, że tym razem masło orzechowe będzie u mnie więcej niż 2 dni, a o mleku próbuję zapomnieć – stawiam je w najgłębszym kącie w szafce, a gdy jest już otwarte – przykrywam i zastawiam czym się da w szufladzie w lodówce. Nie pomaga. Wiem, że je mam i przez to nic innego mi nie smakuje, na nic innego nie mogę patrzeć – tylko jedno mi w głowie. I muszę, po prostu muszę co chwila po nie sięgać. A jak już zjem/wypiję wszystko i nie mam w zasięgu ręki żadnego z tych dwóch produktów – mam spokój. Nie czuję potrzeby dostarczania organizmowi tych przesłodkich i tłustych ale przede wszystkim MEGA KALORYCZNYCH produktów, nawet nie mam na nie ochoty. Żyję spokojnie bez nich. Czasami jednak, szperając w moich zasobach przepisowych, lub przeglądając nowinki internetowe wpadam na przepis z użyciem któregoś z tych dwóch zakazanych składników. Nie zawsze, ale zdarza mi się, że tak mnie przepis zauroczy, iż nie mam wyjścia i muszę go zrobić. Myślę o nim, już czuję jego zapach, smak i jak pomyślę o składnikach, a w nich masło lub mleko….. jestem zatopiona. Tak właśnie było z poniższymi ciasteczkami. Niestety moje znalezienie ich na forum Cin-Cin zbiegło się z promocją ogromnego słoika masła w jednym ze sklepów i …..wpadłam jak śliwka w kompot. Kupiłam masło i zaraz po przyjściu z zakupów miałam zająć się ciasteczkami, co by od razu to masło zużyć, ale coś mi niestety przeszkodziło. Dwa dni później kupiłam kolejne masło, bo to pierwsze było już jedynie wspomnieniem. A ciastka nadal w planach. Nawet nie wiem kiedy zjadłam całe masło orzechowe…. Ale w końcu zrobiłam je. Ciasteczka z masłem orzechowym. Dałam więcej masła niż w przepisie – aby jak najwięcej go zużyć i muszę powiedzieć, że to był dobry pomysł.
Ciasteczka wyszły pyszne. Małe, okrąglutkie – takie na jeden kęs. Bardzo, bardzo kruche i mocno orzechowe. Niestety tłuste – ale takie jest właśnie to masło, które stanowi główny składnik wypieku. Ciastka są chrupiące i dość twarde. Szczególnie po kilku dniach od upieczenia twardnieją mocno, ale to nie znaczy, że robią się niedobre. Naprawdę są super. Użyłam masła crunchy – z kawałeczkami orzechów, dzięki czemu ciastka mają fajną strukturę i wydają się bardziej orzechowe. A przygotowanie trwa dosłownie pół minuty. Pieczenie około 12 minut, więc w ciągu kwadransa można się delektować masłem orzechowym w mocno zmienionej wersji! Polecam!



Składniki:
• 1 szklanka masła orzechowego (dałam około 1,5 szklanki, masła crunchy)
• 1 szklanka cukru (zdecydowanie zbyt dużo – dałam niecałe pół szklanki)
• 1 jajko
• 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii


W misce wymieszać masło orzechowe z cukrem. Dodać jajko oraz wanilię i ponownie dokładnie wymieszać. Można zmiksować.
Na wyłożonej papierem blasze do pieczenia układać łyżeczką małe kopczyki, lub uformowane w rękach kulki (najpierw ręce trzeba zmoczyć, dzięki czemu masa nie będzie się przyklejać do rąk). Lekko spłaszczyć widelcem i piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez około 12 – 15 minut (powinny nabrać koloru i lekko się rozlać).


Smacznego!