Ciastka z brązowym cukrem, czekoladą i krówkami



W moim życiu bardzo ważne są rodzinne rytuały. Od wielu lat, w poszczególne dni roku, regularnie z rodzicami odwiedzam te same miejsca, ciesząc się jak dzieci, gdy któreś z nas zauważy coś nowego, czego poprzednim razem nie było. Nasze coroczne wizyty są związane głównie z plenerowymi wyjazdami i zawsze czekam na nie z utęsknieniem, gdyż są one dla mnie swoistym oficjalnym rozpoczęciem sezonu letniego. Zaczynamy – wizytą w powsińskim ogrodzie botanicznym, gdzie za każdym razem obserwujemy kwitnienie magnolii, postępujący rozrost krzewów i niezwykle dziwnych drzew. Obowiązkowo i odważnie wchodzimy do dusznych szklarni, by choć odrobinę nacieszyć oczy zbliżonym do naturalnego widokiem rosnących cytryn, pomarańczy czy absolutnie egzotycznych roślin. Spacerujemy bardzo dobrze znanymi nam ścieżkami pomiędzy skalniakami porośniętymi żółtymi kwiatuszkami, ostrożnie pokonujemy zbudowany z dużych kamieni mostek by uniknąć pierwszej w sezonie kąpieli, wdrapujemy się na skalną górę, z której widać ogród. Potem koniecznie kierujemy się w stronę ziół (w maju widok ich jest niezwykły – w pustą ziemię wbita tabliczka z nazwą, gdzie za ileś miesięcy ma wyrosnąć bazylia). Piękna za to jest grządka z tulipanami – w przekraczającej moje pojęcie ilości sztuk, odmian i kolorów. Uwielbiam ten ogród. A potem….robimy sobie przerwę na kawę i grilla w zakątku kulinarnym i dalej – tym razem wybierając sadzonki do posadzenia na balkon. Wszyscy jesteśmy wtedy uśmiechnięci, zadowoleni, radośni – wszak wtedy MUSI być piękna pogoda. Co najmniej 25 stopni w cieniu, by spokojnie móc założyć lekką, zwiewną sukienkę, lub bluzkę z krótkim rękawem, okulary przeciwsłoneczne i łapać jak tylko się da promienie słoneczne, czując przenikające gorąco. Czasami jednak spacer po ogrodzie nam się przedłuża, lub decydujemy się jeszcze na pospacerowanie po parku okalającym ogród. Wtedy wycieczka trwa co najmniej pół dnia. Pół dnia marszu – trzeba się wzmocnić, nabrać energii na powrót, lub po prostu coś „wrzucić na ząb” w trakcie chwilowej przerwy. Idealne do tego celu są poniższe ciasteczka.
Duże, słodkie, krucho – maślane, z czekoladą i krówkami. Trzy rodzaje tekstury, trzy smaki, trzy inne doznania. Miękka baza ciastek, pyszna, mleczna czekolada oraz ciągnące, karmelowe krówki. Pycha. Ciastka nie są twarde i nie twardnieją nawet po tygodniu od upieczenia! Dzięki czekoladzie utrzymują wilgotność i świeżość. Bardzo dobrze nadają się na wycieczki – choć czekolada w wysokiej temperaturze się rozpuszcza, tutaj jedynie staje się bardziej miękka, ale nie rozpływa się jak z innych wypieków z jej dodatkiem. Bardzo pomocne jest rozsmarowanie czekolady po środku powierzchni ciastka, zostawiając kawałeczek brzegu – można spokojnie wziąć je w rękę bez obawy, że zaraz cała dłoń będzie oblepiona słodką czekoladą. Zdecydowanie polecam, szczególnie za długie utrzymywanie świeżości! Przepis stąd, lekko zmodyfikowany.



Składniki:
• 175 g masła
• 100 g brązowego cukru
• 100 g cukru (połowa zdecydowanie wystarczy)
• 2 jajka
• 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
• 400 g mąki
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• 1 płaska łyżeczka soli
• 150 g czekolady (dałam ¾ gorzkiej i ¼ mlecznej)
• 200 g krówek (najlepiej kruchych)
• Gruboziarnista sól do posypania po wierzchu


Mąkę, proszek do pieczenia i sól przesiać.
W misce miksera utrzeć masło z cukrami aż powstanie puszysta, lekka masa. Następnie dodawać po jednym jajku, miksując dokładnie po każdym dodaniu. Wmieszać partiami mąkę. Masa będzie dość gęsta, ale bardzo plastyczna. Gdy składniki dobrze się połączą, należy ciasto przełożyć na folie spożywczą, zawinąć w rulon (o średnicy przyszłych ciastek) i wstawić do lodówki na przynajmniej godzinę.
Po tym czasie ciasto wyjąć, rozwinąć z folii i kroić (jak roladę) wybierając grubość ciastek – pamiętając, że one jeszcze troszkę urosną. Można każde ciastko lekko spłaszczyć (lub rozwałkować) by zwiększyć jego rozmiar. Ciastka układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec w temperaturze 180 stopni Celsjusza przez około 8 – 10 minut, aż ładnie zbrązowieją. Wyjąć, wystudzić.
Aby przygotować wierzch, należy czekoladę połamać na kawałki i rozpuścić na parze, aż będzie gładka i lśniąca. Gdyby okazało się, że jest zbyt gęsta – można dodać łyżkę, lub dwie śmietanki – powinna pomóc ja rozrzedzić. Krówki pokroić w drobna kostkę.
Na wystudzone ciastka kłaść po około łyżce czekolady, rozsmarowując ją po prawie całej powierzchni ciastka (zostawiając brzegi by można było wziąć je w rękę), na nią rozłożyć pokrojone krówki i oprószyć leciutko solą. Zostawić do zastygnięcia czekolady, kilka minut. Ciastka długo zachowują świeżość, jednakże najlepiej przechowywać je w szczelnym pojemniku.


Smacznego!





Przepis dodaję do akcji:

Mini serniczki z masłem orzechowym



Znów czuję, że odżywam. Budzę się z zimowego letargu, zaczynam na nowo odkrywać okolice mojego domu, uliczki, zapomniane zakamarki i ścieżki w parku, a widok zieleniących się pąków na drzewach za oknem wywołuje u mnie mimowolnie uśmiech na twarzy. Wstawanie do pracy, gdy za oknem śpiewają ptaki jest znacznie przyjemniejsze niż pobudka przy uderzającym o szyby deszczu ze świadomością, że za oknem temperatura oscyluje znacznie poniżej zera stopni. Otwieram okno i owiewa mnie ciepły podmuch wiosennego wiatru, wciągam powietrze i czuję mocny zapach kwitnących drzew i świeżutkiej, młodej trawy. Wyglądam na zewnątrz i mrużę oczy przed promieniami słońca. Wreszcie mogę delektować się wiosną! Ubierać się lżej, zakładać ubrania w jasnych, wyrazistych kolorach. Starać się nie zapomnieć o okularach przeciwsłonecznych… A gdy mam ochotę iść na spacer i wręcz dotknąć wiosny. Wziąć książkę, usiąść na trawie i czytać. Rozsiąść się na ławce w parku i głupio obserwować spacerujących ludzi, latające ptaki i gałęzie drzew poddające się zmiennym powiewom wietrzyku.
A po powrocie mogę zabrać się za mały, lekki deser. Mini serniczki. Lekki – bo bardzo kremowy, rozpływający się w ustach. Serniczki bez pieczenia , bez żelatyny – zastygają jedynie dzięki konsystencji sera i kremówce. Jedząc je nie czuje się ciężkości składników, wszystko wyważone jest na bardzo delikatne, choć wyraziste w smaku połączenie, które nie jest zbyt słodkie (choć ja w tym przypadku praktycznie zupełnie pominęłam cukier), bardzo delikatne, kremowe. Spodnia warstwa – czekoladowa stanowi mocny akcent w serniku. Zastyga, jest twarda, ciężko ją w podanej przeze mnie formie ułamać, trzeba posłużyć się nożem…z ząbkami. Ale spokojnie można tę czekoladową warstwę pominąć lub dodać jej znacznie mniej niż ja postanowiłam. Pomijając jednakże ten malutki aspekt cały serniczek jest bardzo, bardzo dobry. Masło orzechowe – u mnie domowe więc w wersji głównie gładkiej z malutkimi kawałeczkami orzechów, pysznie przebija się przez słodki ser, a mleko skondensowane osładza masę w inny sposób niż zwykły cukier. W przepisie występuje jeszcze dodatek zwykłego cukru – ja, po spróbowaniu masy zdecydowałam się na dodanie dosłownie 2 łyżek cukru pudru. Dlatego warto przed zakończeniem deseru – spróbować i dosłodzić do smaku. Przepis z tej strony, z moimi małymi zmianami. Polecam!



Składniki (na 10 serniczków wielkości muffinek):
• 240 g herbatników, lub ciasteczek typu Digestive
• 40 g masła
• 120 g czekolady deserowej
• 50 g orzeszków arachidowych
• 200 g śmietany kremówki
• 300 g sera na serniki, twarożku kremowego (ważne by był bardzo gęsty, wręcz twardy)
• 250 g masła orzechowego
• 20 g cukru pudru (w oryginale 200 g)
• 400 g mleka skondensowanego słodzonego
• 5 ml (1 łyżeczka) soku z cytryny
• 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego


Do formy na muffinki włożyc 10 papilotek.
Masło stopić. W misce (lub food procesorze) pokruszyć herbatniki i połączyć je z masłem. Dokładnie wymieszać, by osiągnęły konsystencję mokrego piasku. Każdą papilotkę wypełnić łyżką ciasteczkowej masy. Ugnieść (można palcami) przyciskając do dna i wyrównać.
Czekoladę stopić na parze, orzechy posiekać. Stopioną czekoladę wylać (po 1 łyżce do każdej foremki) na ciasteczkowy spód, dokładnie rozprowadzić i posypać wierzch posiekanymi orzechami. Odstawić do lodówki.
Kremówkę ubić na sztywno. Włożyć do lodówki.
Do dużego naczynia włożyć ser i masło orzechowe. Ubić razem, aż powstanie jednolita, puszysta masa. Dodać cukier puder, ubić. Wlać mleko skondensowane, sok z cytryny oraz ekstrakt waniliowy. Zmiksować do dokładnego połączenia składników. Wyjąć z lodówki ubitą kremówkę i 1/3 jej ilości wmieszać do serowej masy, aby rozluźnić jej konsystencję. Następnie wmieszać pozostałe 2/3 śmietany, ale bardzo delikatnie i dokładnie.
Wyjąć schłodzone spody do serniczków (cały czas w formie na muffinki). Przygotowaną masę serową wykładać na schłodzony spód i wszystko ponownie schłodzić. Masa, aby dobrze stężała wymaga chłodzenia przynajmniej 3-4 godziny, choć najlepiej jest zostawić serniczki w lodówce na całą noc.

Smacznego!



Krówkowy batonik z solonymi orzechami



Ostatnio mam wrażenie, że dni uciekają mi przez palce. Zanim zdążę się obejrzeć już jest kolejny piątek, dosłownie za sekundę poniedziałek, potem czwartek i znów piątek. I tak w kółko. Dni zamieniają się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a ja jeszcze myślami błądzę gdzieś w okolicach początku lutego.
Zawsze planuję najbliższy weekend już na początku tygodnia, ale kiedy on już się zacznie – mam tyle zadań do wypełnienia, że nie jestem w stanie nawet połowy ich zrealizować. Choć ambitnie się staram i próbuję – ten czas zbyt szybko leci. A może ja za bardzo ambitnie pochodzę do dwóch wolnych dni i wydaje mi się, że weekend będzie trwał co najmniej tydzień i spokojnie dam radę wszystko upiec, posprzątać, zrobić zakupy i jeszcze odpocząć? Zwykle udaje mi się zrealizować wszystkie punkty oprócz ostatniego – odpoczynku. Tego nie mogę sobie zapewnić, a wręcz z niego rezygnuję by wyrobić się z resztą spraw.
Na szczęście – batoniki, które po prostu musiałam zrobić – okazały się batonikami ekspresowymi w których najdłuższą czynnością jest pieczenie spodu, trwa to około połowę godziny. Reszta idzie błyskawicznie. Nawet stygnięcie jest szybkie – w lodówce spód ciastek chłodzi się momentalnie. A smak? Mhhhhmmmmm pyyyszny. Karmelowy, słodko – słony. Chrupiące z wierzchu, maślane i mięciutkie od spodu, wszak spód to nic innego jak bledszy odpowiednik brownie – blondie! Każdy składnik, elemencie tych ciasteczek jest pyszny. Zarówno oddzielnie, jak i razem. Cudo. Spoiwem wierzchniej warstwy są rozpuszczone krówki, a w nich zatopione słone orzeszki i precelki – również słone i chrupiące. Ciastko niestety po kilku dniach mocno twardnieje – krówki po rozpuszczeniu i wymieszaniu z dodatkami stają się twarde, dlatego warto jest dodać ich więcej, by masa tuż przed nałożeniem była dość rzadka – wtedy jak wszystko zastygnie będzie o idealnej konsystencji. Batonik jest słodki – mocno słodki. Ale pyszny. Dla wielbicieli łączenia smaków i tekstur w jednym! Do gorzkiej kawy, mocnej herbaty albo szklanki mleka. Przepis znalazłam tu.



Składniki:
• 180 g mąki
• 2 łyżeczki proszku do pieczenia
• 1 łyżeczka soli
• 180 g masła
• 400 g brązowego cukru (zdecydowanie zbyt dużo)
• 2 jajka
• 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
• 600 g krówek
• 200 g solonych orzeszków ziemnych
• 120 g solonych precelków
• 50 g czekolady (mlecznej lub gorzkiej)
• 1 łyżeczka soli (opcjonalnie)



Do niewielkiej miseczki przesiać mąkę, proszek do pieczenia i 1 łyżeczkę soli. Wymieszać.
W garnuszku stopić masło.
Do misy miksera wsypać cukier i wlać rozpuszczone masło. Zmiksować około 2 – 3 minut, aż oba składniki się połączą do konsystencji mokrego piasku. Następnie dodać jajka oraz wanilię i ponownie wszystko dokładnie zmiksować, aż masa będzie bardzo gładka i jednolita. Dodać całą mąkę i miksować tylko do momentu połączenia się składników. Ciasto przelać do wyłożonej papierem do pieczenia formy o bokach 22 x 32 cm i piec około 25 minut w piekarniku nagrzanym do 175 stopni Celsjusza do tzw. suchego patyczka. Po tym czasie ciasto wyjąć i wystudzić. Aby przyspieszyć ten proces można ciasto włożyć do lodówki – wtedy szybko wystygnie.
Gdy spód ciast będzie zimny, przygotować wierzch. W garnuszku na niewielkim ogniu stopić krówki.
Precelki posiekać na mniejsze kawałki i wymieszać w misce z orzechami. Gdy krówki będą już rozpuszczone, przemieszać masę by była jednolita i dodać do niej mieszankę orzechową. Bardzo dokładnie wszystko wymieszać, by wszystko było dokładnie pokryte masą. Gotowa masa powinna być gęsta, ale możliwa do rozsmarowania. Przełożyć ją na wystudzony spód, rozprowadzić równomiernie i wygładzić. W tym momencie można posypać łyżeczką soli. Odstawić na chwilkę.
Czekoladę stopić na parze. Gdy będzie już całkiem płynna polać po wierzchu ciasta. Wszystko odstawić do wystygnięcia i zastygnięcia. Można wstawić do lodówki na około 45 minut. Po tym czasie pokroić na dowolnej wielkości kawałki.


Smacznego!




Tarta cytrynowo - bezowa



Tak to jest jak decyzja o upieczeniu ciasta podejmowana jest tylko na podstawie zdjęcia i listy składników. Otwieram książkę, przekładam kartki, oglądam zdjęcia, wyobrażam sobie smak i zerkam na listę składników. Jeżeli produkty znajdujące się na niej mogę bez większego problemu kupić lub ewentualnie czymś zastąpić – zaznaczam przepis i przy najbliższej okazji piekę. Czasami jednak zmieniam zdanie, rezygnuję z upatrzonego wcześniej przepisu, lub odkładam go na „wieczne nigdy” – bo akurat znalazłam coś fajniejszego, apetyczniejszego, lepszego. A poniższa tarta zapisała się u mnie w głowie pod zupełnie odwrotnym kierunkiem. Wcale nie chciałam jej zrobić. Wcale nie miałam ochoty na ciasto z kremem i to tym bardziej cytrynowym. Nie, nie, nie! Ale spojrzałam na zdjęcie w książce. Przeczytałam składniki. Wszystko proste, jeden zamiennik – na sok z cytryny, więc łatwy. Znowu zerknięcie na obrazek, potem na składniki. Obrazek. Składniki. Chwila namysłu….robię! Tarta cytrynowa, z bezą – może i będzie dobre? Może nie będzie zbyt kwaśne, może beza nie opadnie. Zostawiłam sobie przygotowanie ciasta na sobotę wieczór. Miałam wtedy czas, mogłam spokojnie bez pośpiechu zagłębić się w ciasto. Tak więc około godziny 19 wzięłam książkę do kuchni, otworzyłam na odpowiedniej stronie, podciągnęłam rękawy i zaczęłam przygotowania. Mając w jednym ręku trzepaczkę a w drugim trzymając jajka zaczęłam czytać przepis. Pierwszy raz. I się przeraziłam. Postępując według niego, każda warstwa powinna być porządnie chłodzona przed użyciem, a przed nałożeniem ubitej bezy – dodatkowo jeszcze dwie godziny. O matko! Pracy na co najmniej 5 godzin, a ja miałam jedynie trzy. Ale przynajmniej z bezą nie będzie problemu. I nie było – dopóki nie przeczytałam jak należy z nią postępować. Bo to nie jest zwykła beza: białka + cukier. To jest beza włoska do ubicia której trzeba wlać wrzący syrop ugotowany z cukru i wody, oczywiście uważając, by przy łączeniu z białkami zbyt dużo gorącego płynu nie dostało się na raz, bo wszystko pójdzie na marne. A potem jeszcze ubijać aż masa wystygnie…. Po przeczytaniu przepisu usiadłam z wrażenia. Wszystko zapowiadało się pysznie, ale choćbym nie wiem jak się starała przez świtem nie uda mi się wszystkiego ugnieść, zmiksować, schłodzić i upiec. Musiałam więc skrócić czas przygotowań – oczywiście obcinałam jak mogłam czas chłodzenia – z przepisowych dwóch godzin u mnie zostało 45 minut, a temperatura pokojowa to taka, która nie parzy w place. Pomimo tych wszystkich skracań ciasto wyszło wspaniałe!
Miękki, kruchy maślany spód, intensywnie cytrynowy, zwarty ale z nutą słodyczy krem o konsystencji budyniu, nie rozpływający się, idealnie poddający się działaniu noża. No i beza – lekko krucha z wierzchu, ale natychmiast mięknie, w środku – mięciutka, zwarta, ale leciutka jak piórko. Środek nie oddziela się od wierzchu, następnego dnia skórka jest już na tyle miękka, że tworzy razem ze swoim wnętrzem idealne wykończenie tarty. Całe ciasto nie jest za słodkie, pomimo, iż w składzie jest łącznie dużo cukru to sok z cytryn jest na tyle kwaśny, że niweluje zbytnią słodycz a nadaje przyjemną kwaskową nutę. Połączenie ze słodką bezową czapeczką jest ujmujące. Przepis z – jak dla mnie niezawodnej – książki Anny Olson „Back to baking”. Zdecydowanie polecam!


Składniki:
Kruche, maślane ciasto:
• 125 g masła
• 150 g mąki
• 20 g cukru
• ½ łyżezki soli
• 1 małe jajko
• 5 ml zimnej wody
• 10 ml soku z cytryny
• 1 białko

Cytrynowy krem:
• 435 ml wody
• 250 g cukru
• 1 łyżeczka skórki otartej z cytryny (ja pominęłam)
• 130 g mąki ziemniaczanej
• 160 ml świeżego soku z cytryny (około 3 dużych cytryn – ja dałam więcej soku, prawie 200 ml)
• 5 żółtek
• 20 g masła

Włoska beza:
• 5 białek
• 200 g cukru
• 1 łyżeczka soku z cytryny
• 60 ml wody

Przygotować maślany spód: Do miski przełożyć mąkę, cukier i sól – wymieszać. Dodać masło, pokrojone na kawałki i połączyć aż mieszanina będzie przypominała kruszonkę.
W oddzielnym naczyniu wymieszać jajko, wodę i sok z cytryny. Dodać do mąki – wyrobić gładkie ciasto. Gdy będzie zbyt luźne – należy dosypać około łyżkę mąki, aż z ciasta będzie można uformować gładką kulę, którą należy owinąć folią i schłodzić w lodówce godzinę. Po tym czasie ciasto należy rozwałkować i przełożyć na okrągłą formę do tart o średnicy 23 cm, wysmarowanej uprzednio masłem i obsypanej mąką. Włożyć do lodówki na 20 minut. Po tym czasie powierzchnię ciasta przykryć folią aluminiową, lub kawałkiem papieru do pieczenia, na który wysypać równomiernie suchy ryż lub fasolę (aby obciążyć ciasto, by się nie wybrzuszało w trakcie pieczenia) i włożyć do piekarnika nagrzanego do 190 stopni Celsjusza na 20 minut. Następnie delikatnie usunąć obciążenie i dopiec kolejne 10 – 12 minut, aż boki ciasta lekko zbrązowieją. Upieczone ciasto wyjąć z piekarnika i jeszcze gorące posmarować białkiem. Odstawić do całkowitego wystygnięcia.
Przygotować krem cytrynowy: Do dość dużego garnka o grubym dnie wlać wodę, wsypać 200 g cukru oraz skórkę cytrynową. Zagotować, doprowadzić do wrzenia.
W drugim naczyniu wymieszać pozostały cukier (50 g) z mąką ziemniaczaną. Dodać sok z cytryny oraz żółtka. Bardzo dokładnie zmiksować. Delikatnie (ja cały czas mieszam) przelać gotującą wodę z cukrem i skórką cytrynową do masy żółtkowej, następnie całą mieszaninę z powrotem przelać do garnka i cały czas mieszając gotować na małym ogniu aż masa zgęstnieje (około 5 minut). Połączyć ugotowany budyń z masłem (ja miksowałam aż masło się rozpuściło), przykryć naczynie folią spożywczą tak, by folia leżała na powierzchni budyniu (nie powstanie wtedy kożuch) i postawić masę do wystudzenia, do temperatury pokojowej. Następnie przełożyć ją na upieczone wcześniej ciasto, wyrównać powierzchnię i schłodzić w lodówce przez 2 godziny. Wyjąć na 30 minut przed przygotowaniem bezy.
Przygotować bezę: Piekarnik nastawić na 190 stopni Celsjusza. Do garnuszka wlać wodę i 150 g cukru. Doprowadzić do wrzenia i gotować, aż masa uzyska temperaturę 115 stopni Celsjusza – około 3 minut. W między czasie ubić białka z pozostałym cukrem na sztywną masę. Dodać sok z cytryny i jeszcze chwilę miksować. Następnie bardzo powoli, po ściance naczynia, cały czas miksując wlewać wrzącą wodę z cukrem do białek. Miksować, aż beza ostygnie. Przełożyć masę na krem cytrynowy i wstawić do piekarnika na około 6 minut – aż wierzch bezy apetycznie się zezłoci, lekko zbrązowieje.
Gotowe ciasto wyjąć z piekarnika, ostudzić i przechowywać w lodówce.


Smacznego!






Kruche ciasto z owocami i budyniową pianką



Wiosna? Mam nadzieję, że już naprawdę przyszła. Słońce, które bezczelnie rozświetla moją kuchnię, duszny pokój, śmiech dzieci bawiących się na dworze, ogrzewający wiatr i przede wszystkim niebieskie niebo. Długie dni, młode listki na drzewach, pierwsze warzywa i owoce nie z importu. Oby jak najszybciej przyszedł i jak najdłużej ten czas trwał! A ponieważ ostatnio słońce pojawia się u mnie codziennie, nie jest mi już koszmarnie zimno gdy tylko zdejmę zimową kurtkę, nie muszę się non-stop rozgrzewać od środka i od zewnątrz, zdecydowałam się na wiosenny wypiek.
Dlaczego właśnie ma on być wiosennym? Bo jest lekki, bo z wiśniami (choć mrożonymi) – a owoce w cieście już chyba zawsze będą mi przypominać letnie pory roku, bo ma jasny, piaskowy kolor, bo nie zapycha. Taki ot, placek ku wiośnie.
Ale nie jest to zwykłe ciasto z owocami, ma bowiem piankę, która jest fundamentem tego wypieku. Z pozoru zwykła, prosta, na kruchym cieście, pod owocami. Ale gdyby nie ona, ciasto nie byłoby takie wyjątkowe. Właśnie dzięki niej jest ono takie lekkie. Spód i wierzch ciasta nie jest prawie w ogóle słodki, owoce również dają kwaskowatość – a pianka mocno cały wypiek osładza. Dlatego warto dać cały przepisowy cukier – wszak to ciasto i ma być słodkie. A gdy dwie z trzech warstw są niesłodkie….jedna musi je zrównoważyć. Konsystencja ciasta też jest przyjemna – wypiek nie jest twardy, ale posypana po wierzchu część spodniego ciasta tworzy lekką kruszonkę pod którą pyszni się budyniowa pianka o konsystencji ptasiego mleczka, a na samym dnie jest kruchy spód. Ani nie zbyt twardy, ani nie za miękki, zwarty, nie kruszący się, pyszny. Całość uwieńczają owoce – u mnie wiśnie, które wyraźnie czuć w smaku i konsystencji. Nie rozpadają się, pozostają w całości, nie puszczają soku, nie zabarwiają ciasta. Przepis – bez okazji i na każdą okazję. Bardzo dobrze się kroi, długo pozostaje świeży, a pianka nie zmienia swojej postaci nawet przy kilkugodzinnym cieszeniu oczu gości na stole w gorącym pokoju! Przepis z tej strony – z moimi modyfikacjami, który zdecydowanie polecam!



Składniki:
Ciasto kruche:
• 400 g mąki pszennej
• 250 g masła
• 2 łyżeczki proszku do pieczenia
• 30 g cukru pudru
• 5 żółtek

Budyniowa pianka:
• 5 białek
• 200 g drobnego cukru (lub cukru pudru)
• 1 cukier waniliowy
• 80 g budyniu waniliowego, lub śmietankowego bez cukru (2 opakowania)
• 100 ml oleju

Dodatkowo:
• 500 g wiśni (w oryginale maliny, ale mogą być także borówki, jagody; zamrożonych owoców nie rozmrażać)
• cukier puder do oprószenia


Przygotować kruche ciasto: Masło pokroić w kostkę, szybko zagnieść z pozostałymi składnikami ciasta. Jeżeli będzie zbyt sypkie można dodać odrobinę wody. Podzielić na 2 części - około 60% i 40%, każdą zawinąć w folię spożywczą, zamrozić. Tą czynność można zrobić dzień wcześniej.
Blachę o wymiarach 33 x 20 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Na spód zetrzeć na tarce większą część ciasta (60%), lekko przyklepać dłonią i wyrównać. Podpiec na złoty kolor w temperaturze 190ºC przez około 20 minut. Odstawić do całkowitego wystudzenia.
Przygotować budyniową piankę: Kiedy podpieczony spód jest wystudzony, zacząć ubijać białka. Po ubiciu na sztywno, powoli, łyżka po łyżce wsypywać drobny cukier i cukier wanilinowy, cały czas ubijając na najwyższych obrotach. Następnie powoli wsypywać proszek budyniowy, cały czas miksując, by dobrze się rozpuścił. Strużką wlewać olej, miksując do połączenia.
Na podpieczony, zimny spód ciasta wyłożyć ubitą pianę. Wyrównać i układać gęsto owoce. Łopatką lekko wepchnąć w pianę. Na wierzch zetrzeć resztę zamrożonego ciasta (40%).
Piec w temperaturze 190 stopni Celsjusza przez około 30 - 40 minut. Wyjąć, przestudzić, oprószyć cukrem pudrem.

Smacznego!