Ciasto drożdżowe z budyniem i kokosowym wierzchem



Zawsze gdy przechodzę lub przejeżdżam obok bazarku, który niedaleko moich rodziców istnieje chyba od czasu wyginięcia dinozaurów, przypominam sobie mały sklepik z pieczywem – z brzegu bazaru, po prawej stronie od wejścia, w którym zakupy dokonywało się przez okienko (jak w kiosku), które skierowane było na „zewnątrz”, na ulicę. Pamiętam brązowo – beżowy kolor ścian tej budki, ciemno brązowe framugi okien i nawet okulary pani sprzedawczyni! Ale oczywiście najbardziej w pamięci utkwiły mi drożdżówki – gdy jeszcze jadałam kupne – tam były absolutnie najlepsze. Drożdżówki z budyniem – słodkie, z dużą ilością nadzienia, zawsze świeżutkie. Wyglądały one inaczej niż typowe tego typu bułeczki – nie były okrągłe z żółtym plackiem budyniowym na środku, ale kwadratowe, gdzie po przegryzieniu widać było, że ciasto najpierw było wałkowane na prostokąt, smarowane obficie nadzieniem i potem składane jak kartka papieru, jak ciasto francuskie przed wałkowaniem. Bardzo mi się to podobało, bo w każdej części bułki, z każdym gryzem dostawałam wszystko to, co drożdżówka oferuje – pyszne ciasto i nadzienie. No i lukier. Bomba. Nie wiem czy jeszcze gdzieś później udało mi się tak pyszny wypiek dostać. Dzisiaj po wielu latach budka z pieczywem nadal jest. Nadal ma ten sam kolor (choć nieco przyblakły), nadal stoi w tym samym miejscu, ma też to słynne okienko – ale ja już go nie odwiedzam. W dobie prześcigających się o sympatie i popularność piekarni, które niedługo będą oferowały pieczenie chleba u klienta w domu, by wypiek był jak najświeższy i by tylko u danego producenta kupować chleb, budki, do których dostarcza się pieczone nocą pieczywo powoli odchodzą w zapomnienie. Dodając jeszcze do tego coraz większą liczbę osób piekących chleb w domu – mogę być pewna, że „moja budka” nie będzie miała racji bytu i zostanie brutalnie zamknięta.
A skąd takie obszerne wspomnienie o budce z pieczywem? Mianowicie przypomniało mi się o niej, podczas przygotowywania kolejnego wypieku. Wypieku, który można powiedzieć, że składał się z tych samych elementów co rzeczona wcześniej drożdżówka – czyli z ciasta drożdżowego i budyniu.
Ciasto to jest znakomite, musze to przyznać – długo świeże, słodkie, z budyniem, więc nie suche, utrzymujące wilgoć, ale także z pysznie chrupiącą warstwą kokosową na wierzchu. Drożdżowe – bardzo wysoko rośnie, lepiej jest zrobić dość dużej blaszce, ale efekt – powalający. Najlepsze jeszcze lekko ciepłe, ze szklanką mleka lub filiżanką kawy. Warstwa kokosowa jest słodka, jest pyszna, lekko ciągnąca – cudna. Jednym słowem pycha. Przepis z forum Cin – Cin.



Składniki:
• 250 ml mleka
• 400 g mąki
• 100 g cukru (proponuję dać mniej)
• 1 zółtko
• 1 jajko
• 80 g masła
• 25 g drożdży świeżych lub 7 g suszonych
• 1 cukier wanilinowy

• 800 ml mleka
• 2 opakowania budyniu śmietankowego lub waniliowego

• 200 g wiórek kokosowych
• 200 g cukru (ja dałam 100 g)
• 200 g masła (dałam 100 g)
• 20 ml wody
• 1 jajko


Mleko podgrzać. Do niewielkiej miseczki wlać połowę mleka, dodać drożdże, łyżeczkę cukru i łyżkę mąki – wszystko razem wymieszać i odstawić aż drożdże ruszą.
Masło stopić.
W dużej misie utrzeć razem jajko, żółtko, resztę cukru i cukier waniliowy. Dodać wyrośnięte drożdże, resztę mąki i pozostałe ciepłe mleko. Dokładnie wyrobić, aż ciasto zacznie odchodzić od brzegów miski – wtedy dodać roztopione masło i jeszcze trochę powyrabiać. Odstawić w ciepłe miejsce przykryte ściereczką aż podwoi swoja objętość (niecałą godzinę).
W między czasie przygotować budynie według przepisu na opakowaniu, zmniejszając ilośc melka o 100 ml. Odstawić do ostygnięcia.
Wodę, masło, cukier i wiórki kokosowe umieścić w garnku – wymieszać i zagotować. Odstawić do wystygnięcia i wbić jajko. Następnie bardzo dokładnie wymieszać, aż wszystko się połączy.
Ciasto drożdżowe, gdy wyrośnie – ponownie lekko wyrobić. Podzielić na dwie części – ¾ i ¼. Większą część wyłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (20 cm x 30 cm). Na nią rozłożyć budyń, potem pozostałą (¼) ilość ciasta i na wierzch miksturę z wiórków kokosowych. Tak przygotowane ciasto odstawić na 10 minut, a następnie piec około 35 minut w temperaturze 180 stopni Celsjusza, do tzw. suchego patyczka.

Smacznego!




Murzynek z dżemem



Ostatnio mam parcie na wymyślanie przepisów. Oczywiście nie jest to wymyślanie kompletnie od zera, a bardziej dodawanie nowych składników, zastępowanie jednych innymi. Bo w końcu co innego można wymyślić zamiast połączenia mąki, cukru i jajek? To podstawa, a reszta jest ograniczona jedynie naszą wyobraźnią. I zasobnością szafek, lodówki lub ewentualnie pobliskiego sklepu. Miała ochotę na jakieś nieskomplikowane, ale…..kwaskowate ciasto. Oczywiście nie kwaśne, ale z wyraźną nutą smaku kompletnie przeciwnego do słodyczy. I biszkopt przekładany masą z owocami wcale mnie nie satysfakcjonował. Zastanawiając się jak ugryźć kompletnie nie sprecyzowany zamysł mojej wyobraźni przyszedł mi do głowy kształt i wygląd ciasta – w prostokątnej keksówce. Do krojenia w plastry. A myśląc o keksówce widzę w niej jedynie dwa ciasta – drożdżowe i murzynka. To pierwsze odpadło od razu w przedbiegach, gdyż nie miałam ani czasu ani ochoty na zabawę w wyrastanie, wyrabianie, odgazowywanie i kolejne rośnięcie ciasta, dlatego gdy mój umysł zarejestrował murzynka – od razu wiedziałam, że na jego podstawie zrobię mój miks.
Jednakże wcale nie był on szaleńczo inny od podstawowej wersji – dodałam raptem jeden składnik, ale za to jaki! Składnik, który spowodował, że ciasto z puszystego i lekkiego w podstawowej wersji stało się mokre, ciężkie, płaskie – w typie brownie. Jest wyraźnie kakaowe, dość słodkie, ciężkie i wilgotne, ale przede wszystkim kwaskowe. Nie kwaśne, ale kwaskowe, owocowo – kwaskowe. Z wyczuwalnymi kawałkami owoców. Pyszne, choć ciężkie. Tym składnikiem jest….banalny dżem. Choć w zasadzie nie banalny – bo domowej roboty, z kawałkami nierozgotowanych w trakcie jego przyrządzania owoców. Ja dałam wiśniowy. Ale Wy możecie dać jaki tylko będziecie chcieli – bardzo interesujący smak może być z jagodami. Istotne, by dżem był z kwaśnych owoców, wtedy będzie je znacznie lepiej czuć. Ciasto ma wygląd zakalca – ale wierzcie mi, warto je zrobić, warto poeksperymentować, bo według mnie taka wersja murzynka jest znacznie lepsza niż oryginał!
Polecam!


Składniki:
• 200 ml mleka
• 150 g cukru
• 15 g kakao
• 100 g masła
• 350 g mąki
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• 2 jajka
• 400 g dżemu kwaskowatego

Ponadto:
• 200 g serka homogenizowanego waniliowego
• 150 g owoców

Do garnka wlać mleko, dodać masło i cukier. Zagotować. Następnie wsypać kakao i ponownie doprowadzić do wrzenia i pogotować dosłownie pół minuty. Zdjąć z ognia, wystudzić.
Białka oddzielić od żółtek, mąkę z proszkiem do pieczenia przesiać.
Białka ubić na sztywną pianę.
Gdy mikstura mleczno – maślano – kakaowa osiągnie temperaturę pokojową dodać do niej żółtka, przesianą mąkę z proszkiem oraz dżem. Bardzo dokładnie wszystko zmiksować. Następnie delikatnie dodać 1/3 piany z białek i wymieszać – by mikstura się rozluźniła. Dodać pozostałe 2/3 piany i bardzo delikatnie wymieszać wszystko razem.
Ciasto przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia keksówki (o wymiarach 23 cm x 8 cm) i piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez około 45 minut do prawie suchego patyczka. Ciasto wyjąć z piekarnika (najpierw urośnie, ale potem szybko opadnie) i wystudzić. Udekorować serkiem homogenizowanym i owocami.


Smacznego!

Muffinki rabarbarowo – truskawkowe z bezą



Trzeba korzystać! Póki lato, póki sezon na owoce, póki wszystko co wyrasta z ziemi nie jest traktowane hektolitrami chemicznych polepszaczy wyglądu, smaku i wzrostu. Szkoda tylko, że człowiek nie ma dwóch żołądków – aby po totalnym zapełnieniu jednego można było przeskoczyć na ten drugi, jeszcze pusty. Bo sezonowymi plonami natury trzeba się najeść. Przejeść aż do znudzenia, by starczyło na cały rok. A co teraz na tapecie? Truskawki i rabarbar. Truskawki lubię, rabarbar – jak się okazało także, a ich połączenie wręcz ubóstwiam! Truskawki najbardziej mi smakują same, bez cukru, bez dodatków. Tylko umyte i odszypułkowane. A rabarbar – surowy, w pojedynkę jest dal mnie za kwaśny dlatego muszę połączyć go z czymś słodkim, co zrównoważy smaki. Ciasto rabarbarowo – truskawkowe już robiłam, więc tym razem postanowiłam zrobić muffinki.
Muffinki ze słodką bezą na wierzchu. Z rabarbarem i truskawkami. Eksperymentowałam, ale udanie! Słodkie są mocno – rabarbar jedynie lekko przebija swoim smakiem, można dodać go ciut więcej, ale nie jest to konieczne. Muffinki są mięciutkie, długo świeże, aromatyczne i wilgotne od owoców, które wtapiają się w ciasto. Wierzchnia beza nadaje pyszną słodycz. Lekko opada, ale wcale nie ujmuje smaku. Przyjemnie komponuje się z owocami, gdy ugryzie się muffinkę „od góry” słodki smak bezy wymiesza się z kwaskowatością owoców i powstaje wyśmienity duet!


Składniki (na 8 sztuk):
• 130 g mąki
• 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
• 60 g cukru
• 1 jajko
• 1 żółtko
• 100 ml maślanki
• 10 ml oleju
• 60 g truskawek
• 25 g rabarbaru
• 1 białko
• 50 g cukru


Truskawki odszypułkować, umyć, pokroić na małe kawałki. Rabarbar również umyć, obrać i pokroić na kawałki wielkości pokrojonych truskawek.
W misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia i cukier.
W drugiej misce roztrzepać jajko, żółtko, olej i maślankę. Połączyć z suchymi składnikami. Wymieszać.
W małej miseczce ubić białko na pianę, pod koniec ubijania dodać cukier i bardzo dokładnie ubijać, aż cukier się rozpuści.
Formę na muffinki wyłożyć papilotkami. Do każdej papilotki wkładać ciasto – do połowy wysokości papilotki. Na ciasto ułożyć owoce, lekko wciskając je w masę. Na nie kłaść po jednej łyżce pianę z białka. Tak przygotowane muffinki piec 20 – 22 minuty w piekarniku nagrzanym do 160 stopni Celsjusza. Muffinki powinny urosnąć a beza się zarumienić. Po tym czasie wyjść muffinki z piekarnika i dokładnie wystudzić,

Smacznego!




Sernik czekoladowy na spodzie a'la blondies



Temperatura iście tropikalna – wspaniała. Słońce razi w oczy już od samego rana, a do pracy wreszcie mogę wyjść bez kurtki, swetra, kamizelki czy bluzy będąc spokojna o ciepło. Wystarczy sama bluzka. Cudnie jest. W taką pogodę, gdy zamykam oczy widzę siebie w letniej sukience, widzę soczyste, czerwone i słodkie arbuzy, widzę truskawki w siatkach innych przechodniów. Gdy wciągam powietrze czuję zapach jeziora nad którym co roku wypoczywam, czuję zapach lasu, w którym zbieram grzyby, czuję zapach świeżego pieczywa w jednej z piekarenek w najbliższej mojego miejsca wypoczynku mieścinie, czuję zapach ogniska, mięs pieczonych na grillu, czuję smak świeżych pomidorów jedzonych do śniadania przed domkiem, w lesie i w promieniach przebijającego słońca, który jest absolutnie nie do przebicia.
Chyba potrzebuję odpoczynku. Ale nie dnia wolnego, w którym będę załatwiać wszystkie zaległe sprawy. Muszę się zregenerować, a w miejskim zgiełku najlepiej odpoczywam będąc w kuchni i piekąc ciasta, ciasteczka czy robiąc desery. Udaje mi się wtedy nie myśleć o niczym innym, jedyna rzecz, nad którą główkuję to ilość cukru lub rodzaj czekolady dodawanej do ciasta. Nic innego mnie nie obchodzi. I chociaż nieczęsto zdarza mi się wymyślać przepisy, czasami chodzi mi po głowie coś, co mogłoby być dobre, co mogłoby dobrze smakować, a jednocześnie oderwałoby mnie od tej codziennej monotonii, nudy, nieskończonej powtarzalności zdarzeń.
Zdecydowałam się na sernik. Na czekoladowy sernik, na spodzie i wierzchu mającym ciasto jak na blondies – więc miękkie, maślane i słodkie. Sam ser nie jest bardzo mocno czekoladowy, aż gorzki. Czekoladę czuć w nim wyraźnie, ale nadal bardzo mocno przebija się nuta serowa. Czekolada stanowi uzupełnienie, ale nie dominuje. Sernik jest słodki i ciężki, choć wcale nie zapycha. Nuta czekolady łagodzi słodycz spodu i wierzchu i miło dla oka z nim kontrastuje. Polecam!



Składniki:
Warstwa ciasta:
• 75 g masła
• 120 g cukru
• 2 jajka
• 300 g mąki
• 5 g proszku do pieczenia
• 170 ml maślanki
• 5 ml ekstraktu waniliowego
Warstwa serowa:
• 400 g sera na serniki, twarożku
• 120 g cukru
• 2 jajka
• 10 g mąki ziemniaczanej
• 70 g gorzkiej czekolady


Przygotować ciasto: W misce utrzeć miękkie masło z cukrem na puszysta masę. Dodać po jednym jajku, za każdym razem dokładnie miksując. Dodać ekstrakt waniliowy, zmiksować. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i dodać do masy maślanej na zmianę z maślanką – zaczynając i kończąc na mące. Połowę ciasta przełożyć do włożonej papierem do pieczenia formy (u mnie owalna o wymarach 17 cm x 23 cm) i odstawić na czas przygotowania sera.

Czekoladę rozpuścić na parze. Wystudzić. W misie miksera umieścić ser i cukier – utrzeć na gładką masę. Dodać jajka i mąkę ziemniaczaną. Utrzeć. Na koniec wlać rozpuszczoną czekoladę, miksując (ucierając) cały czas, aż czekolada zostanie dobrze wmieszana w ser.
Tak przygotowaną masę wlać na odstawiony wcześniej spód i przykryć drugą połową ciasta. Ciasto jest dość gęste i ciężko się rozprowadza, dlatego nie trzeba dokładnie rozprowadzać go po wierzchu – można kupkami jedna obok drugiej ułożyć, w trakcie pieczenia i tak się wszystko wyrówna. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza około 50 minut.


Smacznego!



Lekko kakaowe, mocno kokosowe ciasto



Do tej pory uważałam, że ciasta czekoladowe lub kakaowe powinny być bardzo intensywne w smaku. Dużo kakao, dużo czekolady – by wyraźnie było czuć je w smaku, by kolor był również wyrazisty. Często do rozpuszczonej czekolady (według zaleceń) dodawałam jeszcze gorzkie kakao, by wzmocnić smak i barwę, albo sól – by uwypuklić czekoladowość wypieku.
Aż to nagle, leniwie gapiąc się w internetowe przepisy znalazłam ciasto, w którym jest jedna łyżeczka kakao. Łyżeczka od herbaty. 5 g. Szok. Ciekawe jak i czy w ogóle kakao w tak małej ilości zmienia smak ciasta? Co prawda warstwa wierzchnia ma także kakao, ale także w zatrważającej ilości – 1 łyżki stołowej. Nie zwróciłabym na ten przepis uwagi, bo akurat w głowie miałam wizję innego wypieku, ale to co mnie do niego przekonało (poza tak skąpą ilością kakao) to mleko skondensowane słodzone. Tak dawno już nic z nim nie piekłam, że aż wręcz nie mogłam się powstrzymać. Ciasto jest ciekawe, bo głównym jego atutem jest wierzchnia warstwa – gdzie oprócz mleka słodzonego i kakao jest także kokos. Z przepisu wychodzi go bardzo mało – na okrągłą malutką foremkę o średnicy 13 cm. Przepis zaczerpnięty ze strony Tasty Kitchen.



Składniki (na okrągłą formę - 13 cm):
Ciasto:
• 130 g mąki
• 5 g proszku do pieczenia
• 250 g cukru (dałam 160 g)
• 5 g kakao
• ½ łyżeczki soli
• 90 g masła
• 30 g wiórków kokosowych
Wierzch:
• 30 g (3 łyżki) mleka skondensowanego słodzonego
• 30 g masła
• 10 g kakao
• 120 g wiórków kokosowych
• 200 g cukru pudru (dałam niecałe 100 g)
• 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego


Mąkę z proszkiem do pieczenia przesiać. Wsypać do miski, dodać cukier, kakao i sól. Wymieszać.
W garnuszku rozpuścić masło, lekko przestudzić. Wlać je do mąki, wsypać wiórki kokosowe i zmiksować. Masa będzie gęsta, ciężka do zmiksowania, ale tak powinno być. Przełożyć ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia i piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 25 minut.
Po tym czasie wyjąć ciasto z piekarnika i odstawić do przestygnięcia na 10 minut. W tym czasie przygotować warstwę wierzchnią. W naczyniu dokładnie zmiksować wszystkie składniki i wyłożyć je na ciepłe ciasto (po 10 minutach od wyjęcia z piekarnika). Rozsmarować dokładnie i odstawić do wystygnięcia.

Smacznego!