Owsianka w postaci ciasta?



Dlaczego najnieprzyjemniejsze doświadczenia związane ze spożywaniem posiłków zostają nam najdłużej w pamięci i najbardziej zrażamy się do ich ponownego spróbowania? Jeżeli ileś tam lat temu jedliśmy coś, co nam kompletnie niesmakowało, lub co gorsza – odebrało apetyt na resztę posiłku, skutecznie zniechęciło do danego miejsca albo obrzydziło jakiś produkt do końca życia – wiem (z własnego doświadczenia), że będziemy się bronić rękami i nogami zanim odważymy się spojrzeć na znienawidzone danie, a nim włożymy ociupinkę do ust – miną lata świetlne. O ile w ogóle się to uda. Każdy z nas ma listę rzeczy, których przysiągł sobie, że z własnej woli nigdy nie tknie. I tak zdecydowany prym wiodą: brejowaty, rozwodniony i rozgotowany szpinak podany w postaci zielonej luźnej papki, mający służyć jako jarzyna do obiadu, tłusta, żylasta szynka rzucona na kawałek czerstwego chleba, bez smaku, bez możliwości normalnego pogryzienia i najedzenia się, a także owsianka. Glutowata, rozgotowana, w kolorze szaro-brązowym zawartość talerza z pięknie mieniącym się na wierzchu kożuchem u niejednego dziecka wzbudziła niechęć, lub nawet szczere znienawidzenie dla zup mlecznych do końca życia. Bo jak można polubić niesłodkie, rozgotowane płatki, rozmiękłe w gorącym mleku na którym tworzy się co chwila niemożliwy do rozmieszania kożuch? Takich produktów, posiłków można wymieniać bez końca. Ja też mam swoich „faworytów”, lecz do niektórych z upływem lat się przekonałam – jednak tylko w moim wykonaniu i z moimi dodatkami. Ale, gdyby tak podać ten sam posiłek, lecz w innym stanie skupienia? Czy zjedlibyście? Gdyby zamiast talerza pełnego gorącej owsianki podano Wam na deserowym talerzyku porcję ciasta, które tak naprawdę jest owsianką ale w stałej postaci? Co prawda – jest ono przeznaczonej do jedzenia na zimno, ale skład ma typowy: płatki owsiane, mleko i owoce. Inna jest tylko forma podania.
Mnie przepis tak zadziwił, że postanowiłam upiec – nie musiałam się w ogóle do tego przygotowywać, bo ja uwielbiam płatki owsiane, owsiankę także, ale jedynie gorącą i słodką. Dlatego ciasto wzbudziło moją ciekawość i od razu z uśmiechem na twarzy stwierdziłam, że jest ono chyba najzdrowszym ciastem na blogu – mnóstwo błonnika z płatków, witaminy z owoców, wapń i witaminy z mleka i białko z jajka – idealny wręcz zestaw śniadaniowy. Brawo.
Jakie wyszło ciasto? Baaardzo dziwne ale dla mnie – pyszne. Przede wszystkim nie można nazwać go ciastem, bo poza tym, że da się je pokroić, z typowym wypiekiem ma niewiele wspólnego – płatki owsiane pozostają w całości, lekko miękną, ale bardzo dokładnie je czuć pod zębami. Ciasto jest mało słodkie, a owoce nie dodają aż tyle słodyczy, by można było spokojnie przymknąć na to oko. Ja dodałam brzoskwinie, banany i porzeczki, więc dość kwaśny zestaw, ale bardzo wyraźny w smaku, dzięki czemu cały wypiek miał swój, kwaskowaty, charakter. Ciasto jest miękkie, łatwo się je gryzie, ale jest mocno owsiane i „grudkowate” przez płatki. Alternatywa dla owsianki – wspaniała, pomysł na ciasto na niedzielę – nietrafiony. Przepis stąd.


Składniki:
• 100 g cukru
• 220 g płatków owsianych
• ½ łyżeczki soli
• 5 g proszku do pieczenia (1 łyżeczka)
• 500 ml mleka
• 1 jajko
• 30 g masła
• 1 brzoskwinia
• 1 banan
• 100 g porzeczek
• 5 ml ekstraktu waniliowego

Masło rozpuścić i ostudzić.
Brzoskwinię umyć, obrać i pokroić na 8 – 10 części. Banana pokroić na plastry, a porzeczki umyć i odszypułkować.
W misce wymieszać razem cukier, płatki owsiane i proszek do pieczenia.
W drugiej misce połączyć mleko, jajko, ostudzone masło i ekstrakt waniliowy.
Naczynie do zapiekania (owalne 17 cm x 23 cm) wysmarować masłem i na dno ułożyć owoce. Na nie wyłożyć mieszankę z płatków owsianych i cukru, pokrywając dokładnie wszystkie owoce. Na końcu ostrożnie wylać mleko z jajkiem i wanilią, w taki sposób aby rozlać je po całej powierzchni płatków. Warto lekko, w kilku miejscach nakłuć ciasto odwróconą końcówką noża lub patyczkiem – by mieć pewność, że mleko dostało się do wszystkich płatków, a nie zatrzymało na powierzchni lub tuż pod nią. Można także potrząsnąć naczyniem by płyn się odpowiednio rozlał. Tak przygotowane ciasto wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni Celsjusza i piec przez 40 minut, aż wierzch ciasta się zetnie i uzyska brązowo – złoty kolor. Po upieczeniu ciasto wyjąć z piekarnika, wystudzić i wstawić do lodówki, by się dobrze ścięło przed krojeniem.

Smacznego!




Muffinki z wafelkami



Ponieważ całkiem niedawno przekonałam się do ciast, w których pierwsze skrzypce grają owoce – nie mogę jeść ich non-stop, muszę raz na jakiś czas zrobić sobie przerwę na coś mocno słodkiego, bez żadnego elementu kwaskowatego – z obawy przed „przejedzeniem” się owocowych wypieków. Takie przyjemności muszę sobie dozować. Dlatego też zdecydowałam się na upieczenie czegoś zgoła innego od różnokolorowych, pysznych, bogatych i prześlicznych ciast owocowych. Nie dość, że wybrałam muffinki, to jeszcze nie mają w sobie kompletnie nic sezonowego. Wszystkie składniki dostępne są cały rok, zapewne każdy z Was ma je w swojej kuchni. Planowałam je już dość dawno, ale zawsze wybierałam wypieki sezonowe, w których składniki się niedługo skończą lub już są na finiszu. Ale co za dużo to niezdrowo. Opanowałam się w końcu i efekt prezentuję Wam dzisiaj.
Muffinki. Z wafelkami. Pyszne. Miękkie, chrupiące, słodkie i szybkie. Bez problemowe w wykonaniu, bez zakalca i niespodzianek w postaci niedopieczonego środka, wypłyniętego nadzienia czy niezjadliwego połączenia. Można by rzec – wypiek idealny. Bo rzeczywiście muffinki są pyszne, ale jednocześnie bardzo słodkie. Ale dobrze – czasami potrzebujemy takiej dawki energii. Muffinki są mięciutkie, puszyste, z lekko chrupiącym wafelkiem w środku. Wafelek tylko lekko chrupie, bo poprzez pieczenie mocno mięknie, oddając swoją czekoladę którą jest oblany okalającemu go ciastu, przez co muffinka jest jeszcze lepsza!
Polecam!



Składniki (na 10 muffinek):
• 250 g mąki
• 1 czubata łyżeczka proszku do pieczenia
• 70 g cukru
• 250 ml mleka
• 30 ml oleju
• 1 jajko
• 5 ml ekstraktu waniliowego
• 70 g wafelków oblanych czekoladą
• kilka kawałków wafelka na wierzch
• ubita śmietana kremówka do ozdoby

Wafelki pokroić na mniejsze części (około 12 – 15 kawałków).
W naczyniu wymieszać mąkę, proszek do pieczenia i cukier.
W drugiej misce zmiksować mleko, olej, jajko i ekstrakt waniliowy. Przelać je do mieszaniny mąki z proszkiem i cukrem – wymieszać. Lekko, do połączenia się składników. Dodać pokrojone wafelki, delikatnie wymieszać. Formę na muffinki wyłożyć papilotkami i wypełnić nie ciastem, wlewając je do wysokości około ¾ papilotki. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 20 minut. Wyjąć, ostudzić.
Gdy muffinki ozdobić je kleksem ubitej kremówki oraz kawałkiem wafelka.

Smacznego!



Brzoskwiniowo–porzeczkowy placek z migdałami



Mam zdecydowanie ograniczone moce przerobowe. I choć staram się wykorzystać obecna porę roku i bogactwo owoców i warzyw do maksimum – nie jestem w stanie wszystkim darom ziemi sprostać. Gdy jestem na bazarze i widzę stragany uginające się od przepięknych owoców, widać, że świeżutkich warzyw – mam ochotę wszystko od razu kupić. Czasami udaje mi się opanować i ominąć kilka stoisk, ale zwykle ulegam i kupuję, kupuję i kupuję. A potem w domu z przerażeniem myślę co z tymi zakupami zrobić. Nie jestem w stanie zjeść wszystkiego, a owoce trzeba szybko przecież przerobić. No to ciasto. No to muffinki. No to koktajl. No to deser owocowy. Wieloowocowy, bo mam dużo owoców. Na szczęście moja niechęć do ciast z owocami przeminęła – najlepsze są z sezonowymi pysznościami, ale trzeba się z nimi spieszyć, bo szybko przemijają. Muszę przyznać że po części z konieczności zużycia zgromadzonych zapasów owoców, po części z ciekawości smaku, po części z bardzo ciekawego połączenia smaków postanowiłam upiec właśnie to ciasto. Sama go nie wymyśliłam – wzorowałam się na tym przepisie i muszę przyznać, że wyszło super.
Ciasto nie jest zbyt słodkie, dodatkowo owoce nadają mu swój słodko – kwaśny smak. Powodują, że ciasto nie wysycha, jest cały czas wilgotne i miękkie. Migdały – jako że są słodkie i dość mdłe rekompensują kwaśność porzeczek. Wierzch smakuje wybornie – prażone płatki migdałowe są chrupiące, acz miękkie, słodkie i posypane dodatkowo cukrem pudrem…. W cieście prawdę mówiąc ich nie czuć, choć gdyby porównać taki sam wypiek z samą mąką pewno różnica byłaby wyczuwalna. Reasumując – ciasto typowo letnie, bo leciutkie, nie przesłodzone, orzeźwiające, a dzięki migdałom, przypieczonym z wierzchu, lekko chrupiące. Zdecydowanie polecam!!!



Składniki:
• 150 g masła
• 200 g białego cukru (dałam 100 g)
• 50 g brązowego cukru
• 3 jajka
• 130 g mąki
• 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
• 30 g mielonych migdałów
• ¼ łyżeczki soli
• 1,5 łyżeczki ekstraktu waniliowego
• 2 dorodne brzoskwinie
• 120 g porzeczek (w oryginale maliny – 60 g ale to zdecydowanie za mało)
• 30 g migdałów w płatkach
• cukier puder do oprószenia

Brzoskwinie umyć, nie obierać i każdą pokroić na 8 – 10 części. Porzeczki odszypułkować i także umyć, odcedzić z nadmiaru wody.
W garnuszku rozpuścić masło i lekko przestudzić.
W tym czasie w naczyniu zmiksować oba cukry, wanilię i jajka na gładką i gęstą masę. Nie przerywając ubijania powoli dolewać rozpuszczone masło. Dodać mąkę, proszek do pieczenia, mielone migdały i sól. Zmiksować do połączenia składników. Tak przygotowane ciasto wylać na blachę o boku 20 cm wyłożoną papierem do pieczenia. W ciasto „włożyć” bardzo gęsto plastry brzoskwiń skórką do góry. Posypać wierzch porzeczkami i migdałami. Wstawić ciasto do piekarnika nagrzanego do 175 stopni Celsjusza i piec przez 50 minut do 1 godziny (do suchego patyczka). Gdyby migdały zaczęły się zbyt szybko rumienić – można ciasto przykryć kawałkiem foli aluminiowej lub papieru do pieczenia. Po tym czasie ciasto wyjąć z piekarnika, ostudzić i posypać cukrem pudrem.

Smacznego!

Kakaowe batoniki jak krówki



Jak widzę przepis z dodatkiem mleka skondensowanego słodzonego to nie zastanawiam się w ogóle, tylko w pierwszej wolnej chwili wyjmuję z szafki miski, garnki, włączam piekarnik, kuchenkę, składam mikser i przystępuję do dzieła. Pełna nadziei i wygórowanych oczekiwań – bo to w końcu mleko skondensowane, więc nie ważne co by było – wynik mojej pracy i tak będzie przepyszny. Nie zastanawiam się czy bardzo podobną rzecz już robiłam, czy znam jej smak, czy nie porywam się na coś mało-zjadliwego, jedynie dlatego bo jednym ze składników jest moje ukochane mleko.
Tak było i tym razem – przeglądając jakiś zagraniczny blog trafiłam na całkiem interesujące zdjęcie czegoś w kształcie batonika. Spojrzałam na składniki i oniemiałam. Wyrób ten składał się głównie z mleka skondensowanego słodzonego. Ha! I fajnie wygląda i zapewne wspaniale smakuje….a ponieważ ja mam zawsze mleko skondensowane w szafce…. Rzuciłam okiem na resztę składników – dosłownie trzech – i w pełni szczęścia stwierdziłam, że jestem w ich posiadaniu, więc spisałam szybko składniki, technologie wykonania i pognałam do kuchni. Ciekawym był fakt, że batonika się nie piecze, więc szybciej będzie gotowy!
To zaczynamy. Garnek – wyjęty, na kuchenkę. Mleko skondensowane – stoi na blacie. O, przepis mówi o 400 g, ja mam dużą puszkę, to na dobry początek upiję łyka. Okej, dwa. Już. Wlewam mleko do garnka. Co następne? Kakao. Proszę. Do mleka. I przyprawy – w przepisie jest przyprawa 5 smaków, ja jej nie miałam – dodałam gałkę muszkatołową i cynamon. Dużo dałam – wystarczyło. Po 10 minutach masa stygła. A ja, oczywiście po spróbowaniu na gorąco zastanawiałam się czy przypadkiem już jej kiedyś gdzieś nie jadłam. Oczywiście mocno wyczuwalne są przyprawy, ale wygląd, konsystencja – już po wystygnięciu i zastygnięciu bardzo mi coś przypominała. Przejrzałam więc dokładnie bloga i znalazłam. Brigadeiro. O rany – składniki praktycznie identyczne, technologia wykonania też. Tylko ten przepis jest bogatszy o przyprawy i wierzchnią warstwę orzechów. Ale co tam – zrobione, zjedzone. Smak – w porządku. Mocno kakaowy, z nutą cynamonu i specyficznym aromatem gałki. Orzechy nadają chrupkości, a ponieważ dałam solone – przyjemnie przełamują słodko – gorzki smak batonika. Konsystencja – wybitnie krówkowa. Ugryziony lekko się ciągnie i przykleja do zębów. Kakaowy ulepek.



Składniki:
• 400 g (ja dałam prawie całą puszkę – 533 g) mleka skondensowanego słodzonego
• 30 g kakao
• 10 g masła
• 100 g orzechów arachidowych solonych
• ½ łyżeczki cynamonu – powinno się zastąpić przyprawą 5 smaków w ilości 1,5 łyżeczki
• ½ łyżeczki gałki muszaktołowej


Do garnuszka o grubym dnie wlać mleko skondensowane. Dodać masło, kakao, przyprawy i wszystko gotować na małym ogniu, cały czas mieszając (masa łatwo się przypala). Po około 10 minutach masa powinna bardzo mocno zgęstnieć. Tutaj warto ją spróbować – czy przyprawy są wyczuwalne – jeżeli nie, to teraz jeszcze można je dodać. Gdy masa lekko przestygnie należy przełożyć ją do naczynia wyłożonego folia spożywczą lub wysmarowanego masłem, wyrównać powierzchnię i posypać, dociskając, na wierzchu orzechami. Tak przygotowany deser, włożyć do lodówki na około pół godziny – by porządnie zastygł. Po tym czasie pokroić na kawałki.

Smacznego!



Brownie z surowym wierzchem



A teraz mały test – niech podniosą ręce wszyscy, którzy przy okazji robienia ciasta wyjadają surową masę przed upieczeniem. I nie chodzi mi o lekkie spróbowanie na czubku noża celem oszacowania stopnia słodyczy lub kwaskowości wypieku. Myślę raczej o celowym, z pełną świadomością wyjadaniu CAŁYMI łyżkami surowej masy i delektowaniu się jej smakiem, który jak wiadomo zwykle jest lepszy niż po upieczeniu. Ja tak mam. Choćby nie wiem co – muszę się najeść na surowo ciasta i będę jeść go tak dużo, aż doprowadzę się do stanu, w którym przez najbliższe kilka godzin (nawet cały dzień) nie będę mogła myśleć nie tylko o słodyczach, ale jakimkolwiek jedzeniu. I kompletnie nie obchodzi mnie, że jem surowe jajka, surową mąkę i proszek do pieczenia. Wszystko razem smakuje tak obłędnie, że ptasia grypa czy inne potencjalne choroby, które mogłabym złapać – w danej chwili dla mnie nie mają znaczenia. Teraz, odkąd prowadzę bloga, wypiekam regularnie i surowe ciasto mam przed sobą kilka razy w tygodniu – nie jest ono dla mnie aż takim rarytasem, choć nie powiem – zawsze, zawsze te dwie czy trzy łyżki zjem. Najlepsze są czekoladowe, z kawałkami posiekanej białej lub mlecznej czekolady, z orzechami lub wiórkami kokosowymi. Ochhh, ma ktoś chusteczkę? Bo na samą myśl o tej gęstej, zostającej na języku i słodkiej masie mój przewód pokarmowy zaczął intensywniej pracować…
Na szczęście znalazłam przepis, który zaspokoi moje uzależnienie od surowego ciasta zawsze wtedy, kiedy będę miała na niego ochotę. To Amerykanie wymyślili i rozpowszechnili jedzenie ciasta na surowo. Nie dodają do niego jajek, ale za to nie żałują mąki, a co! Gdy tylko przeczytałam, zobaczyłam i wydedukowałam, że góra tego ciasta jest serwowane bez wcześniejszego upieczenia – natychmiast zaznaczyłam przepis do wypróbowania i zrobienia.
Efekt? Nie do końca taki jak się spodziewałam. Chyba dodatek jajek dużo dodaje do smaku, bo ten wierzch był niezły, ale powiedzmy….niepowalający. Nadal wolę surowego murzynka, ciasto pisakowe, ucierane czy sernik. Sam pomysł ciasta – wspaniały, po moich przeróbkach, całość wyszła bardzo dobra – spód brownie, mocno czekoladowy, a góra kwaskowa, z wyraźnym kontrastem do spodu. I przede wszystkim surowa. Mhm – fajna, ale tylko dla fanów surowego ciasta. Po kilku dniach całe ciasto twardnieje, zsycha się i mocno traci na smaku. Dlatego – jak ktoś się zdecyduje na ten przepis, ostrzegam – w dobrej formie jest maksymalnie przez 2 – 3 dni. Przepis z tej strony, z moimi zmianami.



Składniki:
Spód brownie:
• 120 g gorzkiej czekolady
• 120 g masła
• 240 g brązowego cukru (zdecydowane zbyt dużo – dałam maksymalnie połowę)
• 4 jajka
• 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
• 130 g mąki
Wierzch:
• 100 g masła
• 100 g brązowego cukru (dałam 70 g)
• 100 g białego cukru (dałam 30 g)
• 30 ml mleka (dałam 80 g jogurtu naturalnego, może być kefir lub maślanka – byle kwaśne)
• 1,5 łyżeczki ekstraktu waniliowego
• 160 g mąki
• 100 g mlecznej czekolady (może być też nadziewana)
• sok z 1 cytryny


W małym garnuszku stopić gorzką czekoladę. Wystudzić.
W oddzielnym naczyniu zmiksować masło z cukrem na puszystą masę. Dodawać po jednym jajku, dokładnie miksując po każdym dodaniu, na końcu wlać ekstrakt waniliowy. Dodać ostudzoną czekoladę i dokładnie zmiksować. Wmieszać mąkę – jedynie do połączenia się jej z resztą masy. Przełożyć do wyłożonej papierem do pieczenia formy – o boku ok. 23 cm i piec w piekarniku nagrzanym do 160 stopni Celsjusza przez 25 – 35 minut, aż patyczek wbity w ciasto nie będzie oblepiony surowym ciastem, ale pozostaną lekkie okruszki a naciśnięte po środku ciasto będzie dość miękkie. Wyjąć z piekarnika, całkowicie wystudzić.
Przygotować wierzch: Czekoladę posiekać na małe kawałki.
W naczyniu zmiksować masło z cukrami, na bardzo puszystą i jasną masę. Dodać mleko (jogurt, kefir, maślankę), wanilię i miksować dalej (tu masa może się zważyć, ale nie należy się tym przejmować). Zmniejszyć obroty miksera i dodać mąkę a następnie sok z cytryny. Zmiksować do połączenia składników. Wsypać posiekaną czekoladę – wymieszać. Masa powinna być na tyle gęsta by nie rozlewała się na boki i stawała w niej łyżka.
Tak przygotowaną masę rozprowadzić po wystudzonym spodzie brownie, wyrównać i wstawić do lodówki, aż się schłodzi i stężeje – około godziny, dwóch.


Smacznego!