Ciasto czekoladowe z gruszkami



Jakiś czas temu zostałam bardzo mile obdarowana gruszkami. Całą siatą gruszek. Malutkich, z przydomowego drzewka, o które nikt tak naprawdę za bardzo nie dba. Drzewko sobie rośnie, samo ustala swoją wielkość, a gdy obrodzi nie czeka na uwagę gospodarzy, tylko samo zrzuca dojrzałe owoce na ziemię. A ponieważ jest to drzewko „domowego użytku” nikt również nie stara się wykrzesać z niego owoców dorodnych, rumianych, które ucieszyłyby potencjalnych kupców. Dlatego też owoce grusza daje malutkie, wielkości może połowy zwykłej gruszki. Z tego względu, że nikt nie stara się na siłę jej sztucznie ulepszyć – owoce szybko się psują, już kilka dni po zebraniu należy je zjeść, bo inaczej zgniją. Bałam się zaglądać w gniazdo nasienne czy ma robaki, ale biorąc pod uwagę, że nikt niczym jej nie pryska – pewno kilka bym znalazła. Ale na szczęście nasion nikt nie je. Mając więc całą siatę gruszek i wiedząc, że szybko muszę coś z nimi zrobić, by nie zgniły (ile można je jeść…) postanowiłam zrobić ciasto. Czekoladowe, a jakże. Ale nie chciałam, aby gruszki były głównym składnikiem – to miało być ciasto czekoladowe z gruszkami a nie gruszki obłożone cienką warstwą ciasta. Dlatego położyłam je tylko na wierzch. I zamierzony efekt uzyskałam. Ciasto wyszło bardzo puszyste, czekoladowe, słodkie ale z wyczuwalnymi gruszkami. Gruszek dałam dużo, dlatego każdy kęs łączy w sobie wszystko czym ciasto jest bogate. Czekolada w tym przypadku jest bardzo wskazana – choć można ją zastąpić kakao, jednak wtedy smak będzie już inny, bardziej gorzki, mdły, a dzięki czekoladzie jest głęboki, naprawdę dobry!


Składniki:
• 120 g gorzkiej czekolady
• 80 g masła
• 120 g cukru
• 2 jajka
• 150 g mąki
• ½ kopiastej łyżeczki proszku do pieczenia
• 200 g gruszek


Gruszki obrać, usunąć gniazda nasienne, dowolnie pokroić. Ja podzieliłam na połówki i każdą połówkę pokroiłam w piórka nie docinając ich do końca (dzięki temu połówki gruszki można było ułożyć w wachlarzyk, zachowując jej kształt).
W misce, na parze stopić czekoladę z masłem. Dodać cukier – zmiksować, a następnie ostudzić. Gdy czekolada osiągnie temperaturę pokojową dodawać jajka, miksując po każdym dodaniu. Na końcu wsypać mąkę oraz proszek do pieczenia. Zmiksować dokładnie i wylać ciasto do formy (o boku 17 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzchu ułożyć gruszki. Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez około 50 – 60 minut, aż patyczek włożony do ciasta, po wyjęciu będzie suchy. Po tym czasie ciasto wyjąć i wystudzić.

Smacznego!









Przepis dodaję do akcji:

Ciasto czekoladowe lekkie jak chmurka





Zawsze bardzo ciekawiły mnie przeciwności. Suche i na dodatek ciepłe lody, sucha woda, wirtualna rzeczywistość i te sprawy. Śmieszne to i zaskakujące. Takie oksymorony można tworzyć bez końca. Czasami nawet sami je używamy nie zdając sobie sprawy z ich dosłownej absurdalności, ale w kontekście dłuższego zdania są już ok. Nawet w dziedzinie kulinarnej istnieje taki oksymoron i ma się bardzo dobrze. Oczywiście, domyślacie się, że są to ciepłe lody – hit dzieciństwa, ale nie mojego. Ja takiego wynalazku nigdy nie lubiłam. Pamiętam ten widok – w małym wafelku, jak do typowych lodów, ale na sklepowej półce a nie w zamrażarce stały w rzędzie, dość wysokie, z wyglądu przypominające te z automatu, ale całkowicie oblane czymś czekoladopodobnym ciepłe lody. Spróbowałam dwa razy. I dwa razy całe wyrzuciłam. Dla mnie – niejadalne. Choć kto wie – może takie lody przygotowywane po domowemu a nie na masową skalę okazałyby się pyszne? Kto wie, może kiedyś…. W każdym razie nadal intrygują mnie słowne sprzeczności. Toż to dlatego rzuciłam się na przepis zatytułowany „Ciasto czekoladowe lekkie jak chmurka” – mhm, pomyślałam, akurat. Ciasto czekoladowe i lekkość? Niemożliwe. Te dwie rzeczy wzajemnie się wykluczają, chyba, że ciasto czekoladowe jest napuszoną babką. Ale tutaj nie. Jak to możliwe? Dzięki malutkiej ilości mąki i dużej ilości piany z białek. Gdy czytałam przepis wyobrażając sobie wygląd poszczególnych etapów produkcji za każdym razem lądowałam z głową w lodówce, by ostudzić emocje i rządzę zjedzenia czegokolwiek czekoladowego.
A gdy zrobiłam to ciasto – aż usiadłam z wrażenia. Ono naprawdę jest lżejsze niż chmurka, ale bardzo, bardzo intensywne w smaku. Mocno czekoladowe, wręcz skoncentrowane, ale mokre i jednocześnie lekkie. Nie próbowałam zjeść więcej niż jeden kawałek na raz, choć jestem pewna, że nawet po trzech możnaby jeszcze coś ugryźć. Ciasto jest bardzo kremowe, zdecydowanie do jedzenia łyżeczką. Polewa, równie pyszna, tylko „doczekoladowuje” całość, co sprawia, że wszystko razem jest jeszcze bardziej czeko i jeszcze bardziej poprawia humor! A może tak zacząć leczyć niedobory magnezu? Jestem za! Przepis stąd. Polecam!



Składniki:
• 260 g cukru (ja dałam 200 g)
• 200 ml świeżo zaparzonej kawy
• 200 g gorzkiej czekolady (min. 62% kakao)
• 60 g ciemnego kakao
• ¼ łyżeczki soli
• 10 ml Brandy (dałam aromat waniliowy)
• 3 żółtka jajek
• 6 białek jajek
• 50 g mąki
Polewa:
• 170 g czekolady deserowej
• 120 g śmietany kremówki
• 20 g miodu (2 łyżki)


Czekoladę drobno posiekać.
Do dużego garnka wlać kawę i 200 g cukru (ja wsypałam 150 g). Zagotować ciągle mieszając, aż cukier się rozpuści. Zmniejszyć płomień na minimalny i dodać posiekaną czekoladę. Znów mieszając – doprowadzić do jej rozpuszczenia. Następnie mieszankę należy zdjąć z ognia, wsypać kakao – wymieszać trzepaczką, aby dokładnie się rozpuściło i powstała jednolita masa. Dodać brandy, zamieszać i odstawić do wystygnięcia.
Następnie dodać kolejno żółtka, miksując po każdym dodaniu, na końcu wsypać mąkę. Zmiksować. Odstawić.

W dużym naczyniu ubić pianę z 6 białek z solą, pod koniec ubijania dosypując pozostałą ilość cukru (50g). Piana powinna być mocno sztywna. Delikatnie, łopatką wmieszać ją do czekoladowej masy aż wszystko się dobrze połączy i będzie miało jednolity kolor.
Tak przygotowane ciasto wlać do tortownicy o średnicy 25 cm (ja robiłam w mniejszej formie 17 cm x 23 cm, dlatego wyszło takie wysokie), wyłożonej na spodzie papierem do pieczenia a po bokach posmarowanej masłem. Wyrównać wierzch ciasta. Tortownicę wstawić do większego naczynia i nalać do niego gorącą wodę do wysokości około 1,5 – 2 cm. Piec w kąpieli wodnej około 35 minut, w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza. Włożona w środek ciasta wykałaczka powinna być lekko oblepiona ciastem (nie czekać do suchości patyczka, bo ciasto starci swoja delikatną, musową konsystencję).
Aby przygotować polewę należy w rondelku zagotować śmietanę, wmieszać miód i dodać czekoladę. Wszystko razem mieszać aż do rozpuszczenia czekolady i połączenia składników. Gdy polewa będzie jednolita – należy zdjąć ją z ognia i odczekać aż wystygnie – wtedy mocno zgęstnieje i będzie można ją polać ciasto.
Wystudzone ciasto ostrożnie wyjąć z tortownicy (pomagając sobie ostrym nożem) i obficie polać polewą.
PS. Polewy wychodzi bardzo dużo, można spokojnie zmniejszyć jej ilość o 1/3.

Smacznego!










Mini serniczki z winogronami



Małe rzeczy są bardzo często zdradliwe. Mała sprawa do załatwienia w pracy tuż przed wyjściem zawsze urasta do rangi gigantycznego problemu, w który zaangażowana jest połowa pracowników. Małe pieski – słodkie i piękne, ale jak tymi małymi i ostrymi ząbkami wgryzą się w naszą nogę – bez problemu są w stanie przebić się przez spodnie i skarpetki by ot tak, zostawić trwały ślad na naszej kostce. Małe gadżety elektroniczne – może i ładne, ale aby dojrzeć co jest akurat na wyświetlaczu trzeba zawsze w pobliżu mieć szkło powiększające lub okulary. Nie wspominając jak takie małe rzeczy łatwo się gubią…Małe cukierki i ciasteczka – pyyycha, ale kosztując jednego ciężko jest wydobyć smak. Dlatego więc na raz bierze się kilka sztuk – o ile kalorii więcej niż po zjedzeniu jednego, normalnej wielkości wyrobu? O ile szybciej znika zawartość paczki. Poza tym małe wciąga – któż z nas nie zjadł całej paczki orzeszków przed telewizorem, mini pączuszków – podczas ulubionej książki, czy kilku garści cukiereczków zanim się opanował? A ze zwykłymi pączkami moglibyście tak? Albo zamiast paczki orzeszków zjeść całą skrzynkę, powiedzmy, pomarańczy? Lub kilkanaście czekolad na raz? No właśnie.
Moja propozycja na zapobieżenie popołudniowemu spadkowi cukru we krwi jest również z grupy ryzyka. Mini serniczki. Mini – pieczone w papilotkach muffinkowych, dosłownie na dwa gryzy. I jak to z sernikiem bywa – jest słodki, wilgotny, dość zwarty i ciężki ale moja propozycja jest bardzo kremowa, naprawdę bardzo – dodałam do sera rozpuszczoną białą czekoladę, która na swój sposób osłodziła masę i wygładziła jej strukturę. Dodałam winogrona – twarde i słodkie, by oprócz kremowej konsystencji można było także coś pogryźć. I te winogrona odświeżają sernik. Dodatkowo go nawilżają i dosładzają. Winogrona mają to do siebie, że nawet po upieczeniu zachowują kształt, kolor i teksturę. Nie rozpadają się jak inne miękkie owoce, po wystygnięciu są bardziej miękkie, ale nie rozpróżone. Polecam wszystkim, którzy mają ochotę na małe co nieco, nie tylko sernik-żercom!



Składniki (na 8 sztuk):
• 100 g ciasteczek, lub herbatników
• ok. 20 g masła
• 400 g sera na sernik lub twarożku zmielonego
• 60 g cukru
• 60 g białej czekolady
• 1 jajko
• 32 sztuki winogron

Czekoladę rozpuścić na parze, ostudzić. 8 winogron przekroić na pól (można wydłubać pestki).
W rondelku rozpuścić masło, a w misce pokruszyć herbatniki. Rozpuszczone masło dodać do herbatników i dokładnie wymieszać – do uzyskania konsystencji mokrego piasku.
W naczyniu utrzeć ser z cukrem na gładką masę. Dodać jajko i szybko zmiksować. Dodać ostudzoną czekoladę – zmiksować tylko do połączenia składników (zbyt długie miksowanie napowietrza sernik, przez co on potem opada).
Do formy na muffinki włożyć 8 papilotek. Na dno każdej wyłożyć łyżkę masy miasteczkowej i wgnieść w spód (najlepiej robić to palcami). Na ciasteczka włożyć po dwie połówki winogron – rozcięciem do dołu, a na nie wyłożyć masę serową, wypełniając prawie całą papilotkę (należy zostawić maksymalnie pół centymetra brzegu). Następnie na środek każdego serniczka wkładać pionowo po 3 sztuki winogron, lekko wciskając w masę serową, ale aby przynajmniej 1/3 winogron wystawała ponad masę serową. Serniczki włożyć do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza i piec przez 20 minut. Studzić w uchylonym piekarniku. Gdy wystygną należy je włożyć do lodówki przynajmniej na godzinę, by stężały i nabrały odpowiedniej konsystencji. Serniczki najpierw urosną a potem opadną, dzięki czemu staną się zwarte i skoncentrowane w smaku.


Smacznego!




Bezowy torcik kawowo-migdałowy



Jak już Wam pisałam kiedyś – gdy ktoś wypowiada przy mnie słowo „tort” dostaję drgawek. Nie lubię takich specyfików i nigdy nie jem. Nawet te misternie przyrządzane w cukierniach nie są dla mnie apetyczne. Wiecie – zbyt mokry biszkopt, tłusty krem, jakieś dziwne ozdoby na wierzchu – to zdecydowanie nie dla mnie. Nawet torty robione w domu, choć są o niebo lepsze od kupnych, nie rzucają mnie na kolana. Nie mój smak, nie moja struktura, nie moja konsystencja. Ale kto wie – może się kiedyś przełamię i polubię te wielopiętrowe, bogato zdobione wypieki? Póki co zdecydowanie zadowalam się innymi ciastami, które absolutnie nie są jak tort. Jedyny wyjątek jaki robię dla ciast, które nazywają się tortami, przypada ciastom bezowym. Oczywiście nazwanie ich tortem jest absolutnie słuszne – blaty (w tym przypadku bezowe) przełożone kremem w ilości większej niż dwa (spód i wierzch). Już raz robiłam podobne ciasto, ale zdecydowałam się ponownie, gdyż przepis, na który wpadłam całkowicie mnie pochłonął. Różni się on od tortu, który jest już na blogu, ale głównie smakiem – ten jest mocno kawowy i nie ma w składzie czekolady, którą w poprzednim przepisie były oblane blaty.
A jaki jest ten tort? Nie chrupiący. Niestety beza szybko nasiąka kremem, co powoduje, że cały tort jest raczej miękki, ale nie zmienia faktu, że jest przepyszny. Wcale nie za słodki, gdyż krem jest mocno kawowy i przez to lekko gorzkawy. Na tyle lekko ile swojej specyficznej goryczy ma kawa. Poza tym karmelki, którymi posypane są poszczególne warstwy też mają tu duże znaczenie. Ja dałam alkoholowe kukułki i muszę powiedzieć, że to był rewelacyjny pomysł. Lekki alkoholowy posmak wyrównuje mdłość bezy i podnosi wytrawność kremu. Przepis zaczerpnięty z forum Cin-Cin, polecam!


Składniki:
Migdałowa beza (3 blaty)
• 5 białek
• 150 g cukru
• 110 g migdałów zmielonych razem ze skórką
• 12 g (1 czubata łyżka) mąki ziemniaczanej
Krem kawowy
• 250 ml mleka
• 5 żółtek jaj
• 20g kawy rozpuszczalnej
• 50 g cukru
• 200 g miękkiego masła
Dodatkowo
• 100 g twardych karmelków – u mnie kukułki
• 30 g zmielonych migdałów, podprażonych na patelni (pominęłam)


Karmelki pokruszyć w robocie kuchennym lub wałkiem w woreczku.

Piekarnik rozgrzać do 170 stopni. Na papierze do pieczenia narysować 3 koła o średnicy 20 cm każde.
Białka ubić na sztywną pianę stopniowo wsypując cukier. Kiedy cały cukier będzie wsypany i rozpuści się w białkach, ubijać jeszcze 3-4 minuty. Stopniowo wsypywać migdały i mąkę, miksując mikserem na najniższych obrotach.
Ciasto rozsmarować równomiernie na wyrysowanych kołach.
Piec ok. 15 minut, następnie wyłączyć piekarnik i dosuszyć bezy przy uchylonych drzwiczkach. Beza odklejona od papieru powinna być od spodu sucha (jeżeli nie będzie, można ją ułożyć na kratce i wstawić do piekarnika na kilka minut).

Aby przygotować krem należy 150 ml mleka zagotować z kawą i cukrem. Pozostałe zmiksować z żółtkami. Wlewać do gotującego się mleka, cały czas mieszając. Zagotować na małym ogniu i gotować stale mieszając przez ok. 10 minut, aż masa zgęstnieje. Wystudzić.
Masło zmiksować na jasną, kremową masę. Nadal miksując dodawać po 2-3 łyżki kawowego kremu.

Wykonanie
Każdy spód pokryć 1/3 masy i posypać 1/3 cukierkowych okruszków. Ułożyć piętrowo, wierzch dodatkowo pospać podprażonymi migdałami, wstawić do lodówki na ok. 2-3 godziny.


Smaczngo!




Bananowo – nutellowy shake



Może wydawać się to dziwne, również dla mnie, ale nie zawsze mam ochotę na coś słodkiego w postaci ciasta, muffinek, babeczek, pralinek, cukierków czy czekolady. I chociaż jestem absolutną fanką i dozgonną miłośniczką mleka skondensowanego i wszelakich jego odmian zdarza się, że i na tą formę czystych, pustych kalorii nie mam ochoty. Kręcę się wtedy po kuchni, grzebię po szafkach, przeszukuję lodówkę – jakbym nie wiedziała co w niej mam – z nadzieją, że może w jakiś cudowny sposób zmaterializowało się coś, na co akurat mam ochotę. Niestety tak się nie dzieje. I myśląc co mogłabym stworzyć z dostępnych w mojej kuchni składników, co nie byłoby w typowej dla mnie postaci, zatrzymałam wzrok na Nutelli. Nie zawsze mam ten krem w domu, kupuję go tylko do konkretnych kulinarnych celów, ale prawie nigdy nie wykorzystuję całego słoiczka i – patrząc na niego zaczęłam dumać jak mogłabym go wykończyć nie wyjadając po prostu łyżeczką prosto z opakowania. Ciasto, jak pisałam wyżej – odpada, zresztą miałam zbyt mało kremu, muffinki – zbyt suche, na pralinki trzeba czekać aż się zsiądą a ja chciałam coś ja już i najlepiej w lekkiej postaci. I wtedy mnie olśniło – wymyśliłam banał, który Wy wszyscy na pewno już milion razy robiliście, a ja dopiero teraz. Pierwszy raz. Shake mleczno-nutellowy. Z bananem, bo też miałam. Przygotowanie zajmuje dosłownie minutę. Cztery minuty z myciem miksera. Ależ byłam z siebie dumna za wymyślenie czegoś tak pospolitego. I jakie było moje zdziwienie jak po spróbowaniu rozpłynęłam się z zachwytu nad smakiem koktajlu. To było to na co miałam ochotę. I już teraz wiem co będę robić ze zbyt dużą ilością Nutelli, czy podobnego kremu. Zdecydowanie polecam!


Składniki (na dwie wysokie szklanki):
• 300 ml mleka
• 80 g Nutelli (lub więcej jak ktoś woli bardziej intensywne)
• 1 średni banan (ok. 100 g)
• kostki lodu


Banana pokroić na kawałki. Do kielicha miksera włożyć banana, wlać mleko i dodać Nutellę. Zmiksować dokładnie. Jeżeli chodzi o konsystencję – dowolna. Można dowolnie żonglować składnikami – dolać mleka, gdy shake wyjdzie zbyt gęsty, Nutellę albo banana, jeżeli zbyt rzadki. Gotowy napój przelać do wysokich szklanek, dodać kostki lodu i można delektować się pysznym smakiem.


Smacznego!