Rustykalny chlebek



Znowu któregoś dnia postanowiłam wystawić na próbę moje kubki smakowe i dokonałam zakupu chleba. Przyznam, że decyzja była mocno spontaniczna – będąc w sklepie trafiłam akurat na wyciąganie z pieca gorących bochenków, a ponieważ byłam dość głodna to zapach mnie skutecznie przyciągnął do działu z pieczywem. Wzięłam do ręki, gorący, mięciutki bochenek z chrupiącą skórką i ten zapach…. wzięłam. I nie żałowałam, dopóki nie wystygł. Zaraz potem zaczął tracić swoją świeżość, najpierw stał się gumowy, potem powoli zaczął się kruszyć a następnego dnia rano….bardzo, bardzo stwardniał. Próba uratowania go w piekarniku podziałała tylko jeden raz i to na chwilkę. Zaraz potem z chlebem było coraz gorzej…dlatego postanowiłam chleb upiec samodzielnie. Chciałam coś małego, prostego i smacznego. Poszukałam na różnych blogach, poczytałam i wybrałam.
Efekt? Wizualnie może nie jest okazały (jak sklepowy…), ale dla nie liczy się smak i świeżość. Ten chleb ma i jedno i drugie. Już wgryzając się w niego czułam, że jem chleb a nie watę, że jest konkretny i zwarty. Przyjemny w teksturze, chrupiący. A dodatkowo dość długo utrzymuje świeżość. Oczywiście nie jest to chleb „wieczny”, ale przez dwa-trzy dni można go jeść bez obaw. Oczywiście, pod warunkiem, że nie zostawimy go na blacie bez przykrycia. Chlebek jest płaski, ale nadaje się dobrze jako dodatek do zupy, do sałatek (jeżeli ktoś preferuje zakąszać je chlebem), nawet na kanapki byłby dobry – gdyby wyrósł bardziej w górę niż na boki. Ogólnie – smaczny i znacznie lepszy od tych sklepowych bochenków. Przepis znalazłam na tym blogu.



Składniki (w oryginale na dwa bochenki, ja robiłam jeden bochenek z połowy i takie podaję ilości):
• 150 g mąki pszennej
• 130 g pszennej pełnoziarnistej
• 250 ml wody o temperaturze pokojowej)
• łyżeczka suszonych drożdży
• 1 łyżeczka soli
• 20 ml oliwy


Wszystkie składniki (oprócz oliwy) połączyć razem. Odstawić na 20 minut.
Następnie, najlepiej w robocie kuchennym, wyrabiać ciasto do czasu, aż zrobi się jednolite i elastyczne. Cały czas będzie się lepić, nie będzie sztywne, ale powinno być rzadkie i płynne. Dobrze wyrobione ciasto powinno stać się nieco bardziej "sztywniejsze" i mniej się lepić. Dużą miskę nasmarować oliwą i przełożyć do niej ciasto. Przykryć folią i wstawić na noc do lodówki. Kolejnego dnia ciasto powinno przynajmniej podwoić swoją objętość.
Wyłożyć ciasto na podsypany mąką blat i bardzo delikatnie (jak pisze autorka: by zachowało jak najwięcej „bąbelek”) zawinąć boki do środka. Ja po prostu uformowałam bochenek, obracając ciasto na blacie wokół własnej osi, przytrzymując je dłońmi, aby nabrał owalnego kształtu.
Chleb delikatnie przykryć i odstawić do napuszenia na 45 minut (powinien podwoić objętość)
W między czasie nagrzać piekarnik do 230 stopni Celsjusza. Na dno piekarnika wstawić blachę wypełnioną wodą (wystarczy 1-2 szklanki). Chleb piec pierwsze 20 minut w 230 stopniach Celsjusza a następnie zmniejszyć temperaturę do 200 stopni i piec 15 – 20 minut (mojemu chlebkowi wystarczyło 15 minut). Chleb powinien być rumiany z każdej strony.

Smacznego!





Biała Pavlova



Pisałam już kiedyś, że porażki działają na mnie bardzo destrukcyjnie. Nie lubię, kiedy coś mi nie wychodzi i bardzo często daję spokój z kolejnymi próbami, rzucając w kąt materiały, przepisy i obrażona siadam w kącie wkurzając się na siebie za takie niepowodzenie. I mówię sobie: nigdy więcej! Oczywiście nie jest to regułą, ale częstym przypadkiem. Staram się z tym walczyć, uspokajać, ale ile można? Ile razy można ponosić porażki i starać się wychodzić z nich z podniesioną głową? Po prostu mam dość. Na jakiś czas. Potem, po kilkunastu innych udanych działaniach niepewnie wracam do porażkowego przepisu, lub bardzo podobnego i zanim go przygotuję czytam, myślę i dumam gdzie poprzednio mogłam popełnić błąd. Gdy widzę na zdjęciach ciasto, a potem patrzę na wytwór mojego miksera, moich rąk i mojego piekarnika nie mam pojęcia dlaczego innym tak ładnie wszystko wychodzi a mi nie. Choć postępuję zgodnie z przepisem. Zdjęcia „oryginalne” a moje są jak niebo i ziemia, jak czarne i białe – kompletnie inne, zupełnie nie podobne bardzo, bardzo dziwne. Ale staram się, naprawdę! Generalnie mogę przyznać, że takimi trudnymi przepisami są dla mnie wszelakie bezy torty bezowe. W nich, jak w żadnych innych trzymam się przepisu co do grama, robię wszystko dokładnie tak jak trzeba, a pomimo wszystko klapa. Bezy opadają lub w ogóle nie rosną, przypalają się lub w ogóle nie rumienią, za bardzo wysychają lub rozlewają. Ehhh….ale ponieważ przez jakiś czas inne wypieki były takie jak powinny – postanowiłam podjąć kolejną próbę z bezą, jednocześnie wykorzystując białka, których miałam naprawdę dużo.
Tort Pavlovej, biała Pavlova, beza Palvlova – jakkolwiek się to nazywa postanowiłam ten chyba najpopularniejszy bezowy tort upiec i ja. Podchodziłam do niego z ogromną rezerwą, czytałam chyba wszystkie możliwe komentarze, dyskusje na jej temat aby dotrzeć do idealnego przepisu, a dokładnie – do optymalnej temperatury i czasu pieczenia. Bo cały sekret w tym torcie polega właśnie na odpowiednim wysuszeniu bezy, by w środku zachowała się specyficzna pianka. I – jak się okazało – znalazłam. Upiekłam idealną białą Pavlovą. Z dużą ilością pianki, z chrupiącym wierzchem i spodem. Taka jak powinna być.
Chrupiąca, ale w środku mięciutka. Słodka, ale bez przesady. Bardzo lekka, pianka rozpływa się wręcz na języku więc można zjeść jej naprawdę dużo. Pomimo dużej ilości cukru, nie odczuwa się takiej słodyczy. Na wierzch koniecznie ubita śmietana – bez cukru, oraz owoce. Kwaskowate. Dla wyrównania smaku. Obłęd. Poezja i po prostu cudo.


Składniki:
• 6 białek
• 300 g cukru
• 1 łyżeczka octu winnego
• 1 łyżeczka mąki kukurydzianej, lub ziemniaczanej
• 500 ml śmietany kremówki (ja dałam 200 ml i wystraczyło)
• dowolne owoce: kiwi, nektarynka, winogrona

W dużej misce białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania, stopniowo, po łyżce dodawać cukier. Piana powinna być bardzo gęsta, sztywna i lśniąca. Dodać ocet winny oraz mąkę – wymieszać.
Piekarnik nagrzać do 150 stopni Celsjusza. Włączyć termoobieg. Blachę do pieczenia wyłożyć papierem do pieczenia (ja podsypałam jeszcze kaszą manną). Na nią wyłożyć masę bezową, tworząc okrąg o średnicy około 20 cm. Wstawić bezę do piekarnika na 5 minut, a następnie obniżyć temperaturę pieczenia do 100 stopni Celsjusza i suszyć, cały czas z termoobiegiem, przez 1,5 godziny – do 1 godziny i 40 minut. Następnie wyłączyć piekarnik i zostawić bezę, bez otwierania drzwiczek do wystygnięcia (kilka godzin, najlepiej na całą noc). Beza popęka i lekko zapadnie się w środku.
Wysuszoną bezę przełożyć na paterę, duży talerz lub tacę.
Śmietanę ubić na sztywno i wyłożyć na bezę.
Owoce dowolnie pokroić i udekorować wierzch.

Smacznego!








Kakaowe muffinki z serowo-jabłkowym wsadem



Dawno nie robiłam muffinek. I gdyby nie fakt, że robiąc porządki w szafkach i na półkach w kuchni wpadły mi w ręce – dosłownie spadając z piramidy innych przyborów – formy na muffinki – pewno nieprędko ten rodzaj wypieku przyszedłby mi do głowy. Ale ponieważ sam się pchał, a ja wydedukowałam, że dawno żadnych nie piekłam, postawiłam przed sobą propozycję nie do odrzucenia. Chwilę tylko myślałam jakie tym razem upiec, lub co zmienić w tych już istniejących na blogu, żeby nie powielać znanych smaków. Pomysł przyszedł dość szybko – wiedziałam, że dysponuję świeżutkimi przetworami, choćby prażonymi jabłkami, w lodówce zawsze mam serek homogenizowany, a w szafce kakao i czekoladę. Wiem, że robiłam już kakaowe muffinki z serem białym, ale tym razem dodałam to i owo, i po 20 minutach uzyskałam muffinki w całkiem nowej odsłonie.
Co mnie w nich bardzo pozytywnie zaskoczyło? Że nie są muffinkowe – nie są puszyste, tylko ciężkie, jak brownie. Są wilgotne, gliniaste i wcale nie lekkie, choć dodatek serka przełamuje czekoladowość i ich ciężkość, jednak pomimo tego pozostają w konwencji „lekko niedopieczonych”. Oczywiście upieczone są, ale nie są suche. Nie spodziewałam się takiego efektu i bardzo, bardzo mi się on podoba. Ser trochę wsiąka w ciasto, dlatego muffinki są inne, takie ciężkie, ale zdecydowanie ta inszość mi przypadła do gustu. Do ciasta dodałam także białą czekoladę – dla kontrastu i przełamania smaku. A do serka – cały słoiczek prażonych jabłek. Wyszło wyśmienite. Jabłka są przyjemnie kwaskowe, wyczuwalne, choć delikatnie. Wszystko razem łączy się w naprawdę pyszny wypiek. Polecam!



Składniki (na ok. 10 muffinek):
• 200 g mąki
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• 120 g cukru
• 20 g kakao
• 60 g białej czekolady
• 1 jajko
• 100 ml mleka
• 20 ml oleju
• 200 g serka homogenizowanego
• 400 g prażonych jabłek
• 30 g cukru
• 100 g śmietany kremówki

Białą czekoladę pokroić na małe kawałeczki. W misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia i cukier. W oddzielnym naczynku roztrzepać jajko z mlekiem i olejem. Mokre składniki dodać do suchych i wymieszać (można zmiksować, można użyć widelca). Dodać pokrojoną czekoladę i ponownie wymieszać.
W miseczce wymieszać serek homogenizowany z jabłkami i cukrem (30 g) na jednolitą masę (aby uzyskać prażone jabłka należy je obrać, pokroić na małe kawałeczki i dusić z odrobiną wody pod przykryciem aż się prawie całe rozpadną. Można dodać cukier do smaku).
Formę na muffinki wyłożyć papilotkami. Na dno każdej wykładać 1 kopiastą, lub nawet 1,5 łyżki masy kakaowej. Na nią po łyżce masy serkowej a na wierzch, na środek ponownie, ale tym razem po 1 łyżce (już nie czubatej, zwykłej) masy kakaowej.
Tak przygotowane muffinki włożyć do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza i piec 20 minut. Po tym czasie wyjąć, całkowicie wystudzić.

Kremówkę ubić na sztywno, przełożyć do rękawa cukierniczego i ozdobić górę każdej muffinki. Gotowe muffinki najlepiej przechowywać w lodówce – ze względu na serek i ich dużą wilgotność.

Smacznego!



Mleczne batoniki z markizami i czekoladą



Zabawy z mlekiem skondensowanym ciąg dalszy. Niestety tak mam, że jak już zacznę jakiś składnik eksploatować i widzę, że z jego udziałem wszystko wychodzi pyszne – ciężko mi przestać. A szczególnie jeżeli jest nim owo mleko.
Nie zawsze mam chęć na pieczone ciasta, choć uwielbiam je i pieczenie niezwykle mnie uspokaja, nawet jeżeli coś nie idzie po mojej myśli, bywają takie chwile, w których nie po prostu nie mam siły na włączanie piekarnika. Chcę zrobić coś szybko, by efekt był już po schłodzeniu, a nie dopiero po upieczeniu i wystygnięciu. Bierze się to głównie stąd, że za przygotowywanie ciast biorę się dopiero wieczorem i kiedy po włożeniu masy do formy wystarczy je umieścić w lodówce i mogę spokojnie iść spać, a nie czekać jeszcze na upieczenie – stanowi to dla mnie duże ułatwienie. A następnego dnia mam gotowe, schłodzone dzieło prosto do degustacji. Choć skłamałabym, gdybym powiedziała, że oczekiwanie na upieczenie ciasta, podglądanie jak rośnie i zmienia się w piekarniku, potem próbowanie jeszcze na gorąco, gdy parzy w język nie jest dla mnie wyjątkowe i na swój sposób emocjonujące. A ponieważ zawsze wyjadam surowe ciasto prosto z miski, mogę porównać jak inny jest smak gotowca i mieć niespodziankę po przekrojeniu – czy wyszło jak należy, czy jest zakalec, czy owoce nie opadły. Obie formy przygotowywania mają swoje niepodważalne zalety. Tym razem postanowiłam dać odpocząć piekarnikowi. I nie żałuję.
Batoniki, które postanowiłam stworzyć są, choć z całej puszki mleka skondensowanego, mało mleczne. Śmiesznie to brzmi, ale naprawdę. Po spróbowaniu oczekiwałam eksplozji smaku w ustach, ale otrzymałam niezwykle pyszną mieszankę, w której smak mleka jest bardzo subtelny. Może dlatego, że batonik zawiera także jeszcze trzy rodzaje czekolad, markizy i wafle, ale głównym spoiwem jest przecież to mleko… Nie ujmuje mu to jednak smaku ani punktów, nadal uważam, że jest pyszny. Bardzo słodki, kruchy, lekko twardawy – po wyjęciu z lodówki trzymany przez cały dzień na blacie zachowuje kształt, ale zdecydowanie mięknie. Ciasteczka są wyczuwalne, przyjemnie łamią się pod zębami i nadają odrobinę innego smaku bardzo słodkiej masie. Gorzka czekolada na wierzchu zwiększa dystans między słodkim batonikiem a ulepkowatą masą. Wszystko łączy i komponuje się bardzo dobrze, choć może zamiast kawałków czekolady na wierzchu powinny być wiórki? Nie twardniałaby aż tak bardzo po przechowaniu w lodówce. Ale to detal. Całość jest pyszna. Naprawdę. Polecam!



Składniki:
• 530 mleka skondensowanego słodzonego
• 120 g białej czekolady
• 70 g mlecznej czekolady
• 70 g gorzkiej czekolady
• 120 g markizów kakaowych
• 30 g wafelków kakaowych


Do garnuszka przelać mleko i dodać połamaną białą czekoladę. Mieszając (masa łatwo się przypala) podgrzewać mleko, aż czekolada się rozpuści i połączy w jednolitą masę. Zdjąć z ognia schłodzić. Masa ma być naprawdę zimna – gdy wystygnie do temperatury pokojowej włożyć do lodówki na przynajmniej pół godziny, mieszając co kilka minut, by nie stężała.
W między czasie posiekać na małe kawałeczki mleczną czekoladę i gorzką, a markizy i wafelki pokroić. Nie musi być drobno, aby kawałki się nie rozpadły podczas mieszania.
Mleczną czekoladę, markizy przełożyć do większej miski. Gdy masa mleczna będzie już zupełnie zimna wlać ją do miski z markizami i wszystko dokładnie, ale delikatnie wymieszać. Tak przygotowaną mieszaninę przełożyć na formy (o boku 17 cm) wyłożonej papierem do pieczenia lub folią spożywczą. Wyrównać wierzch i posypać po nim kawałkami gorzkiej czekolady, wklepując je lekko w masę. Wszystko wstawić do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. Masa powinna być na tyle twarda, by można było bez problemu kroić ją nożem. Gotową masę wyjąć z formy i pokroić na batoniki dowolnej wielkości.

Smacznego!

Malezyjskie ciasto…jak plaster miodu?



Wiecie już, że podejmując decyzję o upieczeniu ciasta, babeczek, muffinek lub tart bardzo często sugeruję się składnikami – i nie chodzi mi o ich gramaturę, choć to także odgrywa jakąś rolę w wyborze (nauczyłam się już, że ilość tłuszczu można spokojnie zmniejszyć i nie wpłynie to na konsystencję i finalny smak dzieła, a cukier w większości przypadków też jest według mnie podany w zbyt dużej ilości, ale jeżeli go zmniejszam to bez skrupułów o tym piszę). Do dziwnych z pozoru połączeń także przywykłam, jak i do dużej ilości tzw. Drobnych czynności – tu wymieszać, tam stopić, podgrzać, ostudzić, oddzielić, przelać lub dosypać. Już nawet zmywanie po takim szaleństwie przestało mnie przerażać. Dlatego wybierając przepisy czytam składniki i zastanawiam się, czy wszystko razem zadziała. Zwykle działa. Wiecie też, że jeżeli przepis zawiera jeden określony składnik, zaznaczam przepis do zrobienia natychmiast i nie zastanawiam mocno nad całą pozostałą otoczką niezbędną do powstania ciasta. Najwyżej coś pominę, coś zastąpię, coś dodam lub odejmę. Ale ten jeden składnik jest decydujący - przechyla szalę zwycięstwa nad innymi przepisami. A co nim jest? Oczywiście słodzone mleko skondensowane. Nie będę się rozpisywać jak bardzo je lubię, jak mogłabym je non stop wyjadać łyżeczką prosto z puszki…To wszystko już wiecie. Na szczęście przepisów z użyciem tego mleka jest naprawdę mnóstwo i mam w czym wybierać.
Dzisiaj prezentuję Wam malezyjskie ciasto, o wyglądzie (podobno) jak plaster miodu. Przyglądając się, szukając wspólnych cech mogę stwierdzić, że podobna do plastra miodu jest tekstura ciasta. Trochę ażurowa, trochę „z kanałami”, ale to wszystko. Kolor – kompletnie nie ten, a smak to już w ogóle. Warto chyba także zaznaczyć, że w składnikach nie ma nawet kropli miodu, ale jak tak ktoś je nazwał – niech mu będzie.
Ciasto nie należy do pracochłonnych, ale dzieli się je na etapy, więc nie można nazwać go „jednogarnkowym” – więc trochę zmywania po nim zostaje. Co mnie w nim zauroczyło? Mega długość bycia świeżym i mokrym (bo ono nawet nie jest wilgotne, tylko mokre). Po 6, tak sześciu dniach jest takie jak zaraz po wyjęciu z piekarnika i ostygnięciu. Nic kompletnie się nie zmienia. Nie twardnieje, nie pleśnieje, nie kruszy się. Wręcz jest ciągnące – ciężko jest sobie to wyobrazić, ale naprawdę, ciasto jest ciągnące. Bardzo, bardzo miękkie, bardzo lekkie – chyba najlżejsze, najmiększe i najdłużej świeże spośród wszystkich, które są na blogu. Smak? Ciężko określić. Żaden konkretny. Nie czuć mleka skondensowanego, a dodatkowo przez to, że nie ma dodatków, nie smakuje nimi, nie jest bardzo słodkie, ale jest naprawdę bardzo dobre. Takie inne. Może lekko karmelowe, ale lekko. Warto spróbować, żeby samemu się przekonać jak ono smakuje. Mnie przekonało. Zdecydowane polecam.



Składniki:
• 210 g cukru
• 240 g wody
• 80 g masła
• 6 jajek
• 160 g słodzonego mleka skondensowanego
• 180 g mąki
• 2 ½ łyżeczki sody oczyszczonej
• cukier puder do oprószenia


Do garnuszka o grubym dnie wsypać cukier i podgrzewać go na średnim ogniu, aż rozpuści się i nabierze złoto – brązowego koloru (powstanie karmel). Następnie dodać, bardzo ostrożnie, wodę i mieszając cały czas podgrzewać, aż wszystko się połączy i karmel znowu rozpuści. Zdjąć z ognia, dodać masło i odstawić do rozpuszczenia i wystygnięcia mieszaniny.
Mąkę przesiać z sodą.
W naczyniu zmiksować całe jajka z mlekiem skondensowanym. Dodać przesiana mąkę, zmiksować na gładką masę. Wlać wystudzony karmel i ponownie dokładnie wymieszać. Przelać ciasto do naczynia (u mnie owalne 17 cm x 23 cm) i odstawić na 10 minut by odpoczęło i soda zaczęła działać. Po tym czasie wstawić ciasto do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza i piec 45 – 60 minut (do suchego patyczka). Mojemu ciastu wystarczyło 45 minut, ale każdy piekarnik inaczej piecze – dlatego podaję dość dużą rozbieżność czasową.
Ciasto wyjąć, ostudzić całkowicie i oprószyć cukrem pudrem.


Smacznego!