Tort Dobosza



Ostatnio zamiast skomplikowanych przepisów zaczęłam szukać czegoś prostego, szybkiego i z powszechnie dostępnych składników. To chyba notoryczny brak czasu, który sprawia, że nie mam możliwości, by godzinami stać w kuchni – choć bardzo to lubię i przelewać, mierzyć, mieszać, podgrzewać, chłodzić i patrzeć jak ciasto rośnie. Im pogoda bardziej sprzyja spędzaniu czasu poza domem – ja mam go mniej na pieczenie. Może też dlatego, że naprawdę wcześnie kończę dzień i w godzinach, o których większość osób świetnie się bawi (a może nawet zaczyna zabawę) lub kończy wcześniej rozpoczęte zajęcia – ja już prawie śpię. A niestety nie umiem wydłużyć doby, ani uszczknąć kilku godzin z dnia następnego. Zabierając się za tort Dobosza, na który zdecydowałam się chyba tylko ze względu na dostępność składników, nie myślałam, że pójdzie mi tak szybko i łatwo. Pomimo, iż nazwa sugeruje nieskończoną ilość pracy, niezliczoną ilość brudnych miseczek i łyżeczek do odmierzania ilości, talerzy, ścierek i mikserów – ta wersja tortu jest błyskawiczna i nie aż taka brudząca jak początkowo myślałam.
Ku mojemu zdziwieniu bardzo szybko przygotowuje i piecze się samo ciasto – raptem po kilkunastu minutach wszystko jest już gotowe do pieczenia, a po kolejnych dosłownie kilku minutach – elegancko stygnie. Krem także robi się szybciutko, choć on musi lekko przestygnąć, zanim trafi do tortu. Ale to też chwila. Mogę więc powiedzieć, że cały tort można zrobić mając jedynie godzinkę czasu, co w dzisiejszej codzienności jest chyba jednym z najważniejszych kryteriów wyboru – liczy się czas.
A smak? Dobry, jak na tort dobry. Jednakże niestety już po kilku dniach ciasto twardnieje, przez co staje się suche i bardzo kruche. Nie wilgotnieje od kremu – co ma swoje dobre, jak i złe strony, jednak ja wolę jak choć troszkę warstwy się połączą. Sam krem jest dobry – odpowiednio słodki, o dobrej konsystencji. A wierzchni karmel – dodatkowo słodzi, przyjemnie chrupie i jest fajnym wykończeniem! Przepis z książki „czekolada” z serii Z kuchennej półeczki.


Składniki:
• 3 jajka
• 100 g cukru
• 100 g mąki
• 5 ml ekstraktu waniliowego

• 175 g czekolady deserowej
• 100 g masła (w oryginale 175 g)
• 10 ml mleka (powinno być 20 ml ale dałam mniej masła)
• 200 g cukru pudru (w oryginale 350 g)

• 100 g cukru
• 40 ml wody (4 łyżki)
• kremówka do dekoracji


Mąkę przesiać.
Do dużej miski wbić jajka i miksować z cukrem przez 10 minut, aż masa będzie bardzo puszysta, a po wyjęciu z niej łopatki miksera przez kilka sekund pozostanie wgłębienie. Dodać ekstrakt waniliowy – wymieszać. Delikatnie wsypać mąkę i ostrożnie wymieszać łyżką.
Dwie blachy wyłożyć papierem do pieczenia. Na każdym narysować 2 okręgi o średnicy ok. 18 cm, wypełnić taką samą ilością masy, wyrównać i jedną blachę wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza na 5 – 8 minut, aż ciasto urośnie i nabierze złoto – brązowej barwy. Wyjąć i wstawić drugą blachę z ciastem. Po upieczeniu wszystkie placki wystudzić.
W między czasie przygotować krem: czekoladę roztopić na parze, wystudzić. W misce ubić masło, mleko i cukier puder na gładką masę. Wlać czekoladę i zmiksować.
Do garnuszka o grubym dnie wsypać cukier, dodać wodę i gotowana wolnym ogniu, aż powstanie złocisty karmel. Natychmiast wylać go na jeden z placków i odstawić do zastygnięcia. Można nożem zanurzonym w oleju narysować linie podziału na porcje.
Zdjąć jeden z placków z papieru do pieczenia i położyć na talerzu. Wyłożyć na niego 1/4 kremu, rozsmarować. Przykryć drugim plackiem, który również posmarować kolejną ¼ kremu. Na niego położyć trzeci placek – posmarować trzecią ¼ kremu. Na wierzch położyć placek z karmelem. Boki posmarować pozostałą ¼ kremu.
Wierzch ozdobić kleksami z ubitej kremówki. Ciasto jest bardzo łatwe do przenoszenia, nie rozpada się, więc można przygotować je na innym naczyniu niż to, na którym zostanie podane.

Smacznego!



Babeczki czekoladowe z musem fistaszkowym



Bardzo lubię smak słodki, a jeszcze bardziej lubię go łączyć z czymś kwaśnym lub słonym i wydawać by się mogło, że kiedy do takiego połączenia dojdzie – ciężko będzie uznać je za przesłodzone, ale amerykańskie przepisy to już lekka przesada. Ilość cukru, jaką według tamtejszych kucharzy należy dodawać do ciasta, by było ono smaczne doprowadziłby do cukrzycy nawet największego twardziela. Nierzadko przepis nakazuje wsypanie większej ilości cukru niż mąki! Często przeglądam blogi zagraniczne i gdy widzę przepis na 400 g cukru, to choćby mąki było kilka kilogramów zapala mi się czerwona lampka. I co widzę? Mąka – 300 maksymalnie 400 g. Podobnie sprawa ma się z sernikami. Nigdy chyba nie dodałam do masy takiej ilości cukru jak powinnam. I zawsze, ale to zawsze ciasta wychodziły pyszne. Nie za słodkie, z nutą kwaskowości (o ile powinny) lub z lekko słonym posmakiem – również, jeżeli pozostałe składniki na to wskazywały. Naprawdę, pomimo mojego uwielbienia do słodyczy, nie jestem sobie w stanie wyobrazić smaku takiego ciasta. A gdy do tego proponowany jest jeszcze słodki sos, lukier, kawa z cukrem. O matko! Już mam dość. Od samego myślenia.
Tak właśnie postąpiłam z poniższymi babeczkami. Wiedząc, że jednym z ich składników jest masło orzechowe, a przepis jest autorstwa amerykańskiej „cukierniczki” od razu założyłam, że cukru będzie co najmniej dwa razy za dużo. I nie pomyliłam się – chociaż nie jest to kilkaset gramów, patrząc całościowo i tak wychodzi dużo. Poza tym bardzo zależało mi na mocno wyczuwalnym smaku masła orzechowego, więc z dodatkowego cukru zrezygnowałam całkowicie. I bardzo dobrze.
Babeczki wyszły pyszne – do kruchego (naprawdę kruchego!) spodu dodałam więcej kakao, przez co są mocno kakaowe, tylko leciutko słodkie. Świetnie wytrawne. A nadzienie? Słodkie, bo spodnia warstwa czekoladowa jest dość słodka ale także orzechowo – słone, dzięki niesłodkiemu serkowi i maśle orzechowemu. Całość jest lekko posłodzona mlekiem skondensowanym i bardzo dobrze, że nie dodałam cukru pudru (aż ¾ szklanki!) do masy orzechowej – mleko zdecydowanie wystarczy. Pycha, pycha i jeszcze raz pycha! Przepis z programu „Na słodko”, dostępny tutaj.


Składniki z moimi modyfikacjami (na 12 sztuk):
Kruchy spód:
• 30 g niesolonych, prażonych orzeszków ziemnych
• 40 g cukru
• 130 g mąki
• 30 g kakao
• ¼ łyżeczki soli
• 60 g schłodzonego masła
• 3 żółtka
• 1 łyżeczka ekstraktu wanilii

Sos czekoladowy:
• 150 g śmietany kremówki
• 100 g gorzkiej czekolady
• 70 g mlecznej czekolady

Mus fistaszkowy:
• 250 g masła orzechowego
• 200 g szklanki serka śmietankowego
• 20 g mleka skondensowanego
• 200 g szklanki śmietany kremówki
• 1 łyżka ekstraktu wanilii
• niesolone orzeszki ziemne do dekoracji


Kruchy spód:Wsypać orzeszki, cukier, mąkę, kakao i sól do malaksera z i miksować pulsacyjnie aż orzeszki zostaną drobno posiekane. Pokroić masło w kostkę i dodać do sypkich składników, miksować pulsacyjnie aż masa zacznie tworzyć grudki. Dodać żółtka i ekstrakt wanilii, miksować pulsacyjnie aż składniki się połączą, do uzyskania miękkiego, jednolitego ciasta. Ciasto zawinąć w folię i chłodzić 30 minut.
Po tym czasie formę na muffinki natłuścić i wylepić ciastem. POnakłuwac widelcem i piec w piekarniku nagrzanym do 280 stopni Celsjusza przez 12 minut (aż ciasto zmatowieje). Odstawić do ostygnięcia.

Aby przygotować sos czekoladowy należy czekolady połamać na małe kawałki i umieścić w misce. Śmietanę doprowadzić niemal do wrzenia i wylać na czekoladę. Odczekać minutę i wymieszać do uzyskania gładkiej masy. Odstawić do przestygnięcia.

Do przygotowania musu fistaszkowego najpierw należy utrzeć masło fistaszkowe z serkiem śmietankowym i wmieszać mleko skondensowane.
W oddzielnej misce ubić śmietanę z ekstraktem wanilii na sztywno, dodać połowę do masy fistaszkowej i dobrze wymieszać żeby masa się trochę „rozluźniła”, a następnie dodać resztę masy.

Na dno babeczek wyłożyć po łyżce sosu czekoladowego (zachować nieco do dekoracji),
Napełnić resztę babeczek do pełna musem fistaszkowym. Wierzch babeczek resztą sosu czekoladowego i położyć orzeszki. Schłodzić w lodówce około 30 minut.

Smacznego!





Sernikobrownie z wiśniami



Rzadko kiedy mam tak ogromną ochotę na coś, jak na serniki. Te mogłabym jeść non stop. Oczywiście nie te same, nie z tymi samymi składnikami, ale nie oszukujmy się – do sernika wszystko pasuje i każdy sernik jest pyszny. I jak tylko jeden się skończy już marzy mi się kolejny. I tym razem dałam upust moim pragnieniom i upiekłam dwa serniki prawie pod rząd. Z jednym małym odskokiem. Najpierw świąteczny – pyszny, a teraz cięższy, bardziej konkretny, ale równie wspaniały. Sernik i brownie. Mokre, ciężkie i czekoladowe ciasto z również ciężkim, konkretnym sernikiem, przełamane owocami wiśni powtykanymi na wierzchu. Bomba. Dla wszystkich. Słodko czekoladowo – kwaskowo wiśniowo – wykwintnie serowy smak. Długo świeży, wilgotny, ale zapychający. Idealny do...wszystkiego! Polecam!
Źródła przepisu nie podaję – bo chyba każdy bloger ma go na swoim koncie!


Składniki:
• 200 g gorzkiej czekolady
• 200 g masła
• 400 g cukru pudru (chociaż piszą, że niezbyt dużo – ja dałam 300 g)
• 5 jajek
• 110 g mąki
• 400 g sera kremowego lub twarogu 3-krotnie zmielonego
• cukier wanilinowy
• 200 g wiśni (dałam mrożone)


Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, ostudzić.
W misce umieścić masło i 175 g cukru pudru i zmiksować na gładką masę. Następnie dodać 3 jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać czekoladę, zmiksować. Wsypać mąkę. Wymieszać. ¾ masy wlać do formy (moja miała średnicę 22 cm) wyłożonej papierem do pieczenia. Resztę odstawić.
W drugiej misce utrzeć ser, pozostały cukier, cukier wanilinowy i jajka na gładką masę. Wylać ją do formy na masę czekoladową, a wierzch pokryć pozostałą odłożoną ¼ masy czekoladowej. Na wierzchu poukładać wiśnie.
Piec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni Celsjusza przez około godzinę. Po upieczeniu lekko przestudzić w piekarniku z otwartymi drzwiczkami, a potem wyjąć i całkowicie wystudzić na blacie.

Smacznego!

Podwójnie orzechowe ciasto Jamiego Olivera



Jamie Oliver nigdy mnie nie przekonywał. Rzeczywiście przygotowywał ciekawe dania, ale ta nonszalancja w obróbce składników – mieszanie rękami, wyciskanie miąższu z pomidorków koktajlowych rękami, wylewanie, rozlewanie i to próbowanie palcami absolutnie nie jest w moim stylu. Oryginalne, ciekawe podejście do gotowania, ale szału nie ma. Zdecydowanie wolę iście laboratoryjne warunki, w których nawet małemu okruszkowi nie da się ujść z życiem.... Nie żebym w domu miała taki sterylny ład, ale w telewizji wolę oglądać wymuskanie i szyk.
Chociaż przepisy Jamiego są inspirujące – proste, efektowne, takie domowe. I chyba taki miał zamiar tworząc wszystkie swoje programy.
Jednym z przepisów, który mnie absolutnie urzekł jest podwójnie orzechowe i jednocześnie czekoladowe ciasto. Co w nim innego? Zastępstwo orzechów za mąkę, niesamowita wilgotność wypieku, intensywność smaku, ale przede wszystkim – koncentracja na poszczególnych składnikach, a nie na cukrze i słodkości, która wszystko potrafi zabić. Tutaj cukru jest TYLKO 100 g, co mnie wprawiło w osłupienie – inni kucharze do takiej ilości pozostałych składników i gorzkiej czekolady daliby ze 4 razy więcej...a tu taka niespodzianka!
Co mogę powiedzieć o cieście? Pyszne. Absolutnie wilgotne, bardzo, bardzo orzechowo – czekoladowe. Mało słodkie. Długo świeże. Banalne w przygotowaniu. Idealne do kawy, herbaty, kubka mleka, napoju gazowanego lub wody. Na przyjęcie, do pracy, jako drugie śniadanie, podwieczorek, kolacja, przeprosiny, poczęstunek – po prostu do wszystkiego!
Zdecydowanie polecam!
PS. Przepis albo widziałam w telewizji, albo na stronie Jamiego – nie pamiętam skąd go mam.



Składniki:
• 150 g migdałów
• 150 g orzechów włoskich (dałam laskowe)
• 300 g gorzkiej czekolady
• 10 g kakao
• 200 g masła (dałam znacznie mniej – ok. 100 g)
• 100 g cukru
• 6 jajek
• szczypta soli

Białka oddzielić od żółtek.
Orzechy i migdały zmielić w blenderze. Nie musi być na mąkę, ale ważne, żeby były drobniutkie. Dodać czekoladę i kakao – ponownie zmielić.
W misce utrzeć masło z cukrem na jasną, puszystą masę. Po kolei wbijać żółtka, miksując po każdym dodaniu. Dodać zmielone orzechy z czekoladą. Zmiksować.
W oddzielnej misce ubić białka ze szczyptą soli na sztywną pianę. Delikatnie dodawać ją (w partiach) do masy maślano – orzechowej. Ciasto przelać do keksówki (o długości ok. 18 cm) wyłożonej papierem do pieczenia i piec przez 50 – 60 minut, do suchego patyczka. Wyjąć ciasto z piekarnika, ostudzić całkowicie przed krojeniem.

Smacznego!



Blondies z masłem orzechowym



Od jakiegoś czasu staram się – choć nie, ja czuję taką konieczność (nie potrafię tego niczym sensownym wytłumaczyć), żeby mieć cały czas w domu słoiczek masła orzechowego. Masło robię sama, tak wychodzi znacznie taniej i lepiej – dzięki temu ja decyduję jaką chcę mieć konsystencję i wersję produktu – czy gładkie, czy z kawałeczkami orzechów. Mogę je dowolnie dosładzać lub dosalać (choć ja tego nie robię, po prostu blenduję orzechy bez żadnych dodatków). Nie jestem skazana na poddawanie się preferencjom smakowym panującym w firmach produkujących takie masła. Wszystko zależy ode mnie. I to mi się bardzo podoba, choć nie powiem – jest dość niebezpieczne. Posiadanie słoiczka non-stop w domu skutkuje nadprogramowym podjadaniem (wyjadaniem?) tych pyszności i przez to koniecznością dłuższego biegania, większego wysiłku, żeby spalić rezultaty tych cudownych dla moich kubków smakowych chwil beztroskiego próbowania, smakowania i delektowania się zblendowanym produktem. Mając w domu zabukowany słoiczek masła orzechowego postanowiłam je wykorzystać sensowniej niż bezczelnie wyjeść. Wiedziałam, że przepis na ciasto z jego użyciem mam, wiedziałam też, że wszystkie pozostałe składniki także są w domu – wszak recepturę tego wypieku czytałam już mnóstwo razy, tylko jakoś nigdy nie miałam masła w odpowiedniej ilości.... Ale tym razem się uparłam. Gdy miałam gotowe masło – zabrałam się za pracę. Kwadrans miksowania, pół godziny pieczenia a potem....niecierpliwe czekanie aż przestygnie, skubanie nierównych, wystających kawałeczków, sprawdzanie czy już jest na tyle chłodne by można je było przekroić i próbowanie. Pycha. Pycha, pycha, pycha. Świeżutkie, z kawałkami miękkiej jeszcze czekolady. Po wystygnięciu – podobnie. Słodko – słone, z wyczuwalną nutą masła, połączonego z białą i gorzką czekoladą. Naprawdę wyśmienite. Niestety szybko traci na wartości – bardzo szybko wietrzeje, zsycha się i twardnieje. Trzeciego dnia po upieczeniu ciasto nie jest już typem blondie, ale zwykłego, ucieranego ciasta, które zostało upieczone kilka dni temu i zostawione na blacie bez przykrycia. Pomimo tego, polecam! Przepis zaczerpnięty z książki A. Olson „Back to baking”.


Składniki:
• 100 g masła
• 100 g cukru białego
• 100 g cukru brązowego
• 200 g masła orzechowego
• 2 jajka
• 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
• 130 g mąki
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• ¼ łyżeczko sody oczyszczonej
• 70 g białej czekolady
• 70 g gorzkiej czekolady

Czekoladę białą i gorzką posiekać na małe kawałeczki.
Do średniej miski przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia i sodą oczyszczoną. Odstawić.
W misie miksera utrzeć masło z cukrami na puszysta masę. Dodać masło orzechowe – zmiksować. Po kolei wbijać jajka, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wlać ekstrakt.
Wsypać mieszankę mączną i delikatnie zmiksować masę do połączenia składników. Wmieszać posiekane czekolady.
Tak przygotowane ciasto przelać do formy o boku (lub średnicy w przypadku okrągłej formy) 20 cm i piec w piekarniku rozgrzanym do 175 stopni Celsjusza przez około 30 minut aż boki się zezłocą, a na patyczku wbitym w środek ciasta zostaną tylko pojedyncze okruszki ciasta (uwaga aby nie przepiec!). Upieczone wyjąć z piekarnika, przestudzić w formie, po czym wyjąć i ostudzić do temperatury pokojowej.

Smacznego!