Ciastka S’more



Sezon owocowy trwa w najlepsze. I ja – zagorzała przeciwniczka owczego pędu, działania na pokaz, na zapas, bo tak trzeba – chyba się jemu poddałam. Objadam się arbuzami, malinami, miksuję koktajle. I nie mam dość. Zmiksowane owoce z jogurtem to mój hit bieżącego sezonu. Wiem, że to oklepane połączenie, wiem, że wszyscy już je znają i wiem, że jak ktoś mądry, to zamiast owocowego jogurtu ze sklepu robi taki miks w domu. Ja też wiedziałam, że tak powinno się tworzyć owocowe jogurty, ale nigdy nie miałam na to ochoty. Bo kwaśne, bo trzeba potem zmywać, bo mało trwałe. Bo się nie chce. A sięgnąć po gotowiec w sklepie łatwiej i szybciej. Ale tego lata, całkiem przez przypadek połączyłam zmiksowane owoce z jogurtem i przepadłam. No po prostu rewelacja.
Ale bądźmy szczerzy – jakkolwiek bardzo kochałoby się owoce, każdy miłośnik słodyczy musi czasem zjeść coś innego, zupełnie z innego bieguna. Coś ciężkiego, sycącego, bardzo słodkiego. Można by rzec – amerykańskiego, bo tak właśnie kojarzą mi się zapychające i ulepkowate twory z cukrem w roli głównej.
A te batoniki, które poniżej przedstawiam są typowo amerykańskim produktem. Słodkim, ciągnącym, ciężkim, ale dobrym! Szybkie w przygotowaniu, bezproblemowe, szybkie w pieczeniu. Ciastka wychodzą duże, najlepsze jeszcze lekko ciepłe, żeby nadzienie było w formie półpłynnej i ciągnącej. Szybka przerwa od owoców, zmiana smaku i powrót do celebrowania sezonu letniego, który tak krótko trwa!


Składniki:
• 60 g masła
• 30 g cukru
• 20 g brązowego cukru
• 1 duże jajko
• 200 g mąki
• ½ łyżeczki sody oczyszczonej
• ½ łyżeczki soli
• 30 g czekolady gorzkiej/ deserowej – posiekanej
• 10 małych herbatników (typu Petit beurre)
• 10 kostek czekolady mlecznej
• 5 pianek marshmallow


Masło utrzeć z cukrami na puszystą masę. Dodać jajko i miksować do połączenia. Dodać mąkę, sodę i sól – zmiksować. Powinna powstać okruszkowa, ale bardzo plastyczna masa. Dodać posiekaną gorzką czekoladę. Wymieszać.
Przygotować resztę składników: herbatniki wyjąć z opakowania, czekoladę podzielić na kostki, a pianki przekroić na pół.
Nabrać pełną łyżkę masy, spłaszczyć na kształt dysku (tak, aby spokojnie można było położyć herbatnik i ciasto jeszcze „wystawało poza niego) i położyć na blacie, desce lub papierze do pieczenia. Na ciasto położyć jeden mały herbatnik. Na niego 2 kostki czekolady i pół pianki. Ponownie nabrać łyżkę ciasta, spłaszczyć i przykryć konstrukcję, dokładnie zlepiając brzegi ciastka – spód z górą. Odłożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Powtórzyć z pozostałym ciastem i resztą składników.
Ciasta wstawić do piekarnika nagrzanego do 175 stopni Celsjusza i piec około 15 minut, aż ciastka urosną i lekko zbrązowieją po bokach, a środek pozostanie nadal miękki. Po tym czasie wyjąć z piekarnika, przestudzić i jeść.

Smacznego!



Porzeczkowo – wiśniowa tarta z bezą



Zawsze zazdrościłam wszystkim posiadaczom małego, ale i całkiem dużego ogródka za to, że mają od początku do końca sezonu swoje owoce i warzywa, i zawsze, bez względu na porę dnia czy weekendu mogą iść i zerwać świeży towar. Maliny do ciasta – skończyły się w domu? Nic się nie stało, pójdę na zewnątrz po następną porcję. Ogórków do sałatki nie ma? Dobrze, że są na grządkach. Duże, małe, do wyboru. Podobnie z jabłkami, gruszkami i wszystkim innym co rośnie nie w warunkach laboratoryjnych. Jednakże od pewnego czasu mogę pochwalić się, że mam dostatek swoich własnych porzeczek i jabłek. Z jabłkami – jak to z nimi bywa – raz obradzają raz nie, ale na porzeczki można liczyć regularnie. W tym roku też obrodziły. Mocno. Z trzech niewielkich krzaczków można zebrać nie przesadzając kilka kilogramów owoców! Na szczęście jestem amatorem kwaśnych owoców – więc porzeczki z nieukrywaną przyjemnością podjadam albo prosto z krzaka, albo z miseczki – bez żadnych dodatków.
No i ciasto. Obowiązkowo słodko – kwaśne. Połączenie, które podbija moje serce za każdym razem mocniej. Tym razem słodka beza otulająca kwaśne porzeczki i wiśnie. Słodkie, kwaśne i chrupiące za sprawą kruchego spodu jednocześnie. Wyjątkowo letnie, bardzo lekkie, długo trzymające smak, dające możliwość dużych modyfikacji – spód może być kakaowy, porzeczki można zamienić na morele, do białek też można sypnąć kakao.
Ciasto jest pyszne. Wcale nie takie kwaśne, jakby mogło się wydawać po rodzaju użytych owoców i nie takie słodkie – patrząc na ilość wykorzystanego cukru. Pyszne! Zdecydowanie polecam!


Składniki:
• 60 g mąki
• 50 g płatków owsianych
• 1 żółtko
• 50 g masła
• 60 g cukru
• 1 łyżka zimnej wody

• 270 g owoców (wiśnie i czerwone porzeczki)
• 3 białka
• 130 g cukru
• szczypta soli


W misce umieścić mąkę i masło – posiekać. Dodać płatki owsiane, żółtko i cukier – zagnieść na jednolite i gładkie ciasto. Gdyby było zbyt suche – można dodać łyżkę wody.
Ciasto rozwałkować i wyłożyć formę do tarty o średnicy 22 cm. Podpiec 10 minut w piekarniku nagrzanym do 170 stopni Celsjusza. Wyjąć, wystudzić.

W dużej misce ubić białka z solą na prawie sztywno. Pod koniec ubijania zacząć dodawać partiami cukier, powoli – cały czas miksując. Masa powinna być ubita jak na bezę – lśniąca i sztywna.
Umyte i wydrylowane wiśnie jak i pozbawione gałązek porzeczki wymieszać razem i przełożyć do białek. Delikatnie wymieszać. Białka wyłożyć na podpieczony spód i całość wstawić do piekarnika nagrzanego do 160 stopni Celsjusza na ok. 50 minut (beza powinna ładnie zbrązowieć).
Smacznego!





Malinowe tiramisu



Czerpiąc garściami z mojego chwilowego uwielbienia malin i szczytu ich sezonu, poza podjadaniem ich z pudełeczka, staram się włączać je do różnych deserów, mieszać z jogurtami i generalnie objadać nimi na wszystkie sposoby – w końcu nie wiem, kiedy nadejdzie ten moment, że sama myśl o malinach przyprawi mnie o mdłości i kiedy to przejedzenie mi przejdzie. Teraz korzystam.
Nie przemawiają do mnie maliny z piekarnika – czyli stanowiące składnik ciasta pieczonego, dlatego w moich propozycjach pojawiają się w formie jak najmniej przetworzonej. W formie musu – tak, właśnie mus odpowiada mi najbardziej. Bez pestek, bez późniejszego dyskomfortu w mówieniu i uśmiechaniu się w obawie pestki między zębami, generalnie bez stresu. I bez opamiętania. Bo takie jest malinowe tiramisu.
Dodatek musu malinowego sprawił, że ciężki krem stał się jakby lżejszy, zdecydowanie mniej mdły. Kwaskowate maliny zaostrzyły smak, uwydatniły także kawowe biszkopty, które w połączeniu z malinami smakują wybornie! Generalnie przepis został bez zmian – choć w kremie zrezygnowałam z jednego żółtka i dodałam mus z przetartych malin. I odrobinę więcej cukru. Wystarczyło. Polecam!


Składniki:
• 300 g malin
• 500g serka mascarpone
• 3 żółtka
• 150 g cukru pudru
• 200 g podłużnych biszkoptów
• 50 ml amaretto
• 250 ml mocnej, zimnej kawy
• kakao

Maliny podgrzać cały czas mieszając, aż się całkowicie rozpadną i zmienią w mus. Przetrzeć przez sitko, by pozbyć się pestek. Odstawić.
Żółtka utrzeć mikserem z cukrem pudrem na bardzo gładką masę. Dodać stopniowo mascarpone, ubijając, aż krem zgęstnieje. Dodać mus malinowy (zostawiając 2 łyżki do dekoracji) zmiksować. Tutaj warto spróbować masę – jeżeli jest zbyt kwaśna, jest to jedyny moment by dosłodzić.
Kawę połączyć z amaretto i wlać do miski. Połowę biszkoptów moczyć krótko w kawie, tak żeby nasiąkły, ale się nie rozpadały. Ułożyć je na dnie formy (u mnie o boku 17 cm), posypać lekko kakao, następnie rozsmarować połowę kremu, posypać lekko kakao, na to znów ułożyć warstwę namoczonych biszkoptów, posypać kakao i położyć drugą połowę kremu. Na kremie dużą łyżką zrobić kilka kropek, a następnie wykałaczką lekko je rozprowadzić w dowolny wzór. Można podawać od razu, ale lepiej wstawić do lodówki na co najmniej 3-4 godziny (krem jest rzadszy niż przy klasycznym tiramisu, dlatego powinien chłodzić się dłużej).

Smacznego!



Malinowo – mleczny deser



Sama się nie mogę sobie nadziwić, jak obojętne dla mnie w tym roku były truskawki. Pyszniły się na straganach, czerwieniły w łubiankach, pachniały wysypane na skrzynkach. A ja przechodziłam obojętnie, zerkając w ich kierunku tylko w celu kontroli ceny, nie zatrzymując się nawet na chwilkę. Ale żeby nie było – oczywiście zjadłam ich trochę – bardziej z obowiązku niż z przyjemności, choć muszę przyznać, że te, które miałam okazję konsumować były pyszne. Słodkie, mocno truskawkowe, soczyste, jędrne i duże. Bo ja uwielbiam duże truskawki. Kiedyś tylko z cukrem – dziś saute, bez żadnych dodatków.
Ale ku mojemu zdziwieniu, jak nigdy dotąd, gdy przeminął sezon truskawkowy – ja zaczęłam mocno i nerwowo rozglądać się za malinami. W tym roku to jest mój hit. Nie tylko do jedzenia prosto z pojemniczka, ale przede wszystkim do wplatania ich w różne ciasta, desery czy napoje. Jestem zafascynowana nimi, choć maliny przecież znam nie od wczoraj! Ale chyba teraz odkryłam ich wszystkie dobrodziejstwa, ich cudowny delikatny, ale jednocześnie bardzo charakterystyczny smak oraz ich słodycz połączoną z kwaskowatością. Cudo.
Zrobiłam więc deser, w którym maliny grają prawie pierwsze skrzypce, a już na pewno odgrywają dominującą rolę w całości smaku. Dla równowagi słodko – kwaśnej połączyłam je z mleczną galaretką, do której dodałam białą czekoladę, by smak był jeszcze bardziej mleczny i słodki.
Warstwa malinowa jest kwaśna – ale za to pyszna! Natomiast mleczna – słodziutka. Biało czerwony deser, słodko – kwaśny, pięknie się prezentujący na każdą okazję. Zarówno dla gości, dla siebie po ciężki dniu, przy dobrej książce, ciekawym filmie lub tak po prostu – aby spróbować malin w innej formie, kształcie i rozmiarze niż tylko w postaci dobrze wszystkim znanych owoców! Polecam


Składniki (na 4 porcje):
• 500 ml mleka skondensowanego niesłodzonego
• 100 g białej czekolady
• 2 płaskie łyżeczki żelatyny
• 500 g malin
• 30 g cukru pudru
• 2 płaskie łyżeczki żelatyny


Mleko skondensowane wlać do garnuszka o grubym dnie, połamać do niego czekoladę i gotować na małym ogniu ok. 10 – 15 minut, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Wyłączyć gaz, odstawić na chwilkę. W malutkim garnuszku zagotować pół szklanki wody (do kąpieli wodnej). W tym czasie 2 łyżeczki żelatyny wsypać do szklanki zalać 1 łyżką gorącej wody i wymieszać. Szklankę wstawić do kąpieli wodnej i cały czas mieszając rozpuścić wszelkie kłaczki i niewymieszane grudki. Następnie wlać do mleka z czekoladą i dokładnie wymieszać. Wystudzić do temperatury pokojowej – mieszając co jakiś czas, aby żelatyna nie stężała. Masę rozlać do kieliszków (u mnie do wina, ale mogą być każde inne szklanki lub pucharki), lejąc po ściance i trzymając kieliszek pod kątem (jak przy nalewaniu piwa). Wypełnić tak połowę i cały czas trzymając pod kątem wstawić do lodówki – opierając kieliszek o coś (np. kartonik z mlekiem do kawy) aby masa mleczna zastygła w takiej właśnie pozycji. Poczekać aż masa zastygnie – około godziny.
W tym czasie przygotować mus – do małego garnuszka wsypać maliny, kilka odłożyć do dekoracji, dodać cukier i mieszając podgrzewać – dosłownie 5 minut, aż maliny zmienią się w mus. Przetrzeć je przez sitko, aby pozbyć się pestek. Teraz warto spróbować i ewentualnie dosłodzić masę. Z drugą porcją żelatyny postąpić tak samo jak przy masie mlecznej. Następnie masą malinową uzupełnić kieliszki, aby powstał dwu kolorowy mniej więcej w równych proporcjach malinowo – mleczny deser. Ponownie wstawić do lodówki (już w normalnej pozycji) i odczekać aż masa malinowa się zetnie.
Udekorować świeżymi malinami i podawać!

Smacznego!



Babka z bananami i masłem orzechowym



Podjęłam ryzyko ponownie. Zabrałam się za babkę – choć wiem, że takich ciast nie lubię, wiem, że są suche, mdłe, szybko czerstwieją i bardzo się kruszą. Ale co tam – jak to się mówi – albo wóz albo przewóz. Najwyżej zamrożę i będę się martwić później o jej losy. Albo przerobię. Albo oddam.
I chociaż sezon na letnie owoce jest w pełni, ja sięgnęłam po te zimowe, dostępne cały rok – banany. A żeby jeszcze tego było mało – dodałam do nich masło orzechowe. A co tam. Niech będzie bardziej ciężko i zimowo. I łudziłam się, żeby nie było suche i mocno bananowe.
Udało się! Ciasto wyszło przepyszne, bananowo – orzechowe. Tak samo bananowe jak i orzechowe. Bardzo wilgotne, bardzo kakaowe, bardzo aromatyczne. Świeżutkie nawet po 3 dniach. Nie kruszy się – ale rozpływa w ustach. Nie jest bardzo słodkie, dzięki dużej ilości masła orzechowego, mocnej pasty kakaowej, ale lekko smakuje karmelowo – za sprawą brązowego cukru, który pomimo dominacji bananów – lekko przebija i pozostawia na języku swój posmak.
Ciasto jest idealne na każdą okazję, każdą porę, jako dodatek do każdego posiłku, napoju, nastroju, spotkania, towarzystwa. Świetnie sprawdzi się w podróży – można nim zaspokoić głód, nie tylko słodyczowy. Ciasto nie zapycha, nie zasładza. Jest bombowe.


Składniki:
Syrop czekoladowy:
• 40 g kakao
• 50 g cukru
• 50 ml wody
• szczypta soli

Ciasto:
• 260 g mąki
• ¾ łyżeczki sody oczyszczonej
• ¾ łyżeczki soli
• 200 g masła orzechowego
• 40 g masła
• 100 g cukru brązowego
• 2 jajka
• 2 banany
• 100 g jogurtu naturalnego


Najpierw przygotować syrop: W małym garnuszku umieścić kakao, cukier, wodę i sól – zagotować ciągle mieszając. Gdy mieszanina zawrze, wyłączyć gaz i ostudzić.

Przygotować ciasto: W misce wymieszać mąkę, sodę oczyszczoną i sól.
W małym naczyniu banany zmiksować na puree i wymieszać z jogurtem.
W dość dużej misce utrzeć masło orzechowe z masłem. Dodać cukier i ubijać aż masa nabierze puszystości. Wbić jajka – miksując po każdym dodaniu. Dodać mieszaninę bananową i zmiksować. Wsypać mąkę i ponownie zmiksować.
Gdy masa będzie wymieszana 1/3 przełożyć do oddzielnego naczynia. Dodać do niego syrop czekoladowy – zmiksować.
Do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia włożyć połowę masy bananowej (bez kakao). Na nią połowę masy z kakao. Patyczkiem lub odwrotną stroną łyżki zrobić esy-floresy. Następnie ponownie wyłożyć drugą połowę masy bananowej a na wierzch drugą połowę masy kakaowej. Ponownie łyżką stworzyć esy-floresy.
Piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez ok.50 minut – do suchego patyczka.

Smacznego!