Malinowe tiramisu



Czerpiąc garściami z mojego chwilowego uwielbienia malin i szczytu ich sezonu, poza podjadaniem ich z pudełeczka, staram się włączać je do różnych deserów, mieszać z jogurtami i generalnie objadać nimi na wszystkie sposoby – w końcu nie wiem, kiedy nadejdzie ten moment, że sama myśl o malinach przyprawi mnie o mdłości i kiedy to przejedzenie mi przejdzie. Teraz korzystam.
Nie przemawiają do mnie maliny z piekarnika – czyli stanowiące składnik ciasta pieczonego, dlatego w moich propozycjach pojawiają się w formie jak najmniej przetworzonej. W formie musu – tak, właśnie mus odpowiada mi najbardziej. Bez pestek, bez późniejszego dyskomfortu w mówieniu i uśmiechaniu się w obawie pestki między zębami, generalnie bez stresu. I bez opamiętania. Bo takie jest malinowe tiramisu.
Dodatek musu malinowego sprawił, że ciężki krem stał się jakby lżejszy, zdecydowanie mniej mdły. Kwaskowate maliny zaostrzyły smak, uwydatniły także kawowe biszkopty, które w połączeniu z malinami smakują wybornie! Generalnie przepis został bez zmian – choć w kremie zrezygnowałam z jednego żółtka i dodałam mus z przetartych malin. I odrobinę więcej cukru. Wystarczyło. Polecam!


Składniki:
• 300 g malin
• 500g serka mascarpone
• 3 żółtka
• 150 g cukru pudru
• 200 g podłużnych biszkoptów
• 50 ml amaretto
• 250 ml mocnej, zimnej kawy
• kakao

Maliny podgrzać cały czas mieszając, aż się całkowicie rozpadną i zmienią w mus. Przetrzeć przez sitko, by pozbyć się pestek. Odstawić.
Żółtka utrzeć mikserem z cukrem pudrem na bardzo gładką masę. Dodać stopniowo mascarpone, ubijając, aż krem zgęstnieje. Dodać mus malinowy (zostawiając 2 łyżki do dekoracji) zmiksować. Tutaj warto spróbować masę – jeżeli jest zbyt kwaśna, jest to jedyny moment by dosłodzić.
Kawę połączyć z amaretto i wlać do miski. Połowę biszkoptów moczyć krótko w kawie, tak żeby nasiąkły, ale się nie rozpadały. Ułożyć je na dnie formy (u mnie o boku 17 cm), posypać lekko kakao, następnie rozsmarować połowę kremu, posypać lekko kakao, na to znów ułożyć warstwę namoczonych biszkoptów, posypać kakao i położyć drugą połowę kremu. Na kremie dużą łyżką zrobić kilka kropek, a następnie wykałaczką lekko je rozprowadzić w dowolny wzór. Można podawać od razu, ale lepiej wstawić do lodówki na co najmniej 3-4 godziny (krem jest rzadszy niż przy klasycznym tiramisu, dlatego powinien chłodzić się dłużej).

Smacznego!



Malinowo – mleczny deser



Sama się nie mogę sobie nadziwić, jak obojętne dla mnie w tym roku były truskawki. Pyszniły się na straganach, czerwieniły w łubiankach, pachniały wysypane na skrzynkach. A ja przechodziłam obojętnie, zerkając w ich kierunku tylko w celu kontroli ceny, nie zatrzymując się nawet na chwilkę. Ale żeby nie było – oczywiście zjadłam ich trochę – bardziej z obowiązku niż z przyjemności, choć muszę przyznać, że te, które miałam okazję konsumować były pyszne. Słodkie, mocno truskawkowe, soczyste, jędrne i duże. Bo ja uwielbiam duże truskawki. Kiedyś tylko z cukrem – dziś saute, bez żadnych dodatków.
Ale ku mojemu zdziwieniu, jak nigdy dotąd, gdy przeminął sezon truskawkowy – ja zaczęłam mocno i nerwowo rozglądać się za malinami. W tym roku to jest mój hit. Nie tylko do jedzenia prosto z pojemniczka, ale przede wszystkim do wplatania ich w różne ciasta, desery czy napoje. Jestem zafascynowana nimi, choć maliny przecież znam nie od wczoraj! Ale chyba teraz odkryłam ich wszystkie dobrodziejstwa, ich cudowny delikatny, ale jednocześnie bardzo charakterystyczny smak oraz ich słodycz połączoną z kwaskowatością. Cudo.
Zrobiłam więc deser, w którym maliny grają prawie pierwsze skrzypce, a już na pewno odgrywają dominującą rolę w całości smaku. Dla równowagi słodko – kwaśnej połączyłam je z mleczną galaretką, do której dodałam białą czekoladę, by smak był jeszcze bardziej mleczny i słodki.
Warstwa malinowa jest kwaśna – ale za to pyszna! Natomiast mleczna – słodziutka. Biało czerwony deser, słodko – kwaśny, pięknie się prezentujący na każdą okazję. Zarówno dla gości, dla siebie po ciężki dniu, przy dobrej książce, ciekawym filmie lub tak po prostu – aby spróbować malin w innej formie, kształcie i rozmiarze niż tylko w postaci dobrze wszystkim znanych owoców! Polecam


Składniki (na 4 porcje):
• 500 ml mleka skondensowanego niesłodzonego
• 100 g białej czekolady
• 2 płaskie łyżeczki żelatyny
• 500 g malin
• 30 g cukru pudru
• 2 płaskie łyżeczki żelatyny


Mleko skondensowane wlać do garnuszka o grubym dnie, połamać do niego czekoladę i gotować na małym ogniu ok. 10 – 15 minut, aż masa wyraźnie zgęstnieje. Wyłączyć gaz, odstawić na chwilkę. W malutkim garnuszku zagotować pół szklanki wody (do kąpieli wodnej). W tym czasie 2 łyżeczki żelatyny wsypać do szklanki zalać 1 łyżką gorącej wody i wymieszać. Szklankę wstawić do kąpieli wodnej i cały czas mieszając rozpuścić wszelkie kłaczki i niewymieszane grudki. Następnie wlać do mleka z czekoladą i dokładnie wymieszać. Wystudzić do temperatury pokojowej – mieszając co jakiś czas, aby żelatyna nie stężała. Masę rozlać do kieliszków (u mnie do wina, ale mogą być każde inne szklanki lub pucharki), lejąc po ściance i trzymając kieliszek pod kątem (jak przy nalewaniu piwa). Wypełnić tak połowę i cały czas trzymając pod kątem wstawić do lodówki – opierając kieliszek o coś (np. kartonik z mlekiem do kawy) aby masa mleczna zastygła w takiej właśnie pozycji. Poczekać aż masa zastygnie – około godziny.
W tym czasie przygotować mus – do małego garnuszka wsypać maliny, kilka odłożyć do dekoracji, dodać cukier i mieszając podgrzewać – dosłownie 5 minut, aż maliny zmienią się w mus. Przetrzeć je przez sitko, aby pozbyć się pestek. Teraz warto spróbować i ewentualnie dosłodzić masę. Z drugą porcją żelatyny postąpić tak samo jak przy masie mlecznej. Następnie masą malinową uzupełnić kieliszki, aby powstał dwu kolorowy mniej więcej w równych proporcjach malinowo – mleczny deser. Ponownie wstawić do lodówki (już w normalnej pozycji) i odczekać aż masa malinowa się zetnie.
Udekorować świeżymi malinami i podawać!

Smacznego!