Musowe ciasto czekoladowe z jabłkami i orzechami



Rozglądając się po przepisach publikowanych w dziale „kuchnia” w babskich gazetach, przeglądając rubryki o aktualnych hitach kulinarnych na popularnych stronach internetowych czy po prostu buszując po blogach można dojść do wniosku, że poza małymi wyjątkami wszyscy zamieszczający cokolwiek w sieci dzielą się na dwie grupy: gotujących z grzybami oraz pichcących z jabłkami. Oczywiście ja, nie pozostając oryginalną, również plasuję się w jednej z tych grup. A ponieważ grzyby raczej do ciast nie pasują – zgłaszam się do amatorów jabłek. To już kolejny wypiek z ich udziałem i kolejny udany. Jestem z niego tak samo zadowolona jak z poprzednich. I jeżeli ktoś obserwuje mój blog i regularnie zagląda na pojawiające się nowości, mogę obiecać, że na razie to już koniec działań z tymi owocami. Czas na przerwę. Ale dzisiaj jeszcze uraczę Was jabłkowym ciastem w moim wydaniu :-)
Jakie ono jest? Przede wszystkim: wytrawne. Bardzo mało słodkie, bardzo mocno czekoladowe, o konsystencji musu z chrupiącymi orzechami na wierzchu i jabłkami w środku. Tak, tak – ciasto przypomina mus, wszak do jego zrobienia dodałam jedynie 60 g mąki. Nie ma co oczekiwać więc pięknie wyrośniętego ciasta, jest to raczej placek, do zjedzenia którego niezbędna jest łyżeczka – ma niezwykle apetycznie mazistą konsystencję. Chrupkości dodają orzechy, a miękkie, choć nie rozpadnięto jabłka wszystko bardzo dobrze łączą. Smak ciasta jest bardzo mocno czekoladowy i – jak pisałam wyżej – wytrawny, mało słodki. Choć dla mnie jest to bardzo dobre zjawisko to wiem, że większość z Was może być niemiło zaskoczone jego smakiem, dlatego od razu proponuję dosłodzić masę.
Podsumowując: ciasto jest dla wszystkich, którzy tak jak ja uwielbiają ciasta mokre, maziste, bardzo czekoladowe, niezbyt słodkie, z niespodzianką w postaci innej konsystencji dodatków i....łatwe do przygotowania :-)


Składniki:
• 2 jabłka
• 40 g orzechów laskowych lub włoskich
• 250 g czekolady (ja użyłam 125 g mlecznej i 125 gorzkiej)
• 200 ml śmietany kremówki
• 3 jajka
• 60 g mąki ziemniaczanej
• 40 g cukru (od razu proponuję dać więcej – nawet 100 g)
• dodatkowe 10 g cukru


Jabłka obrać, pokroić w kostkę. Orzechy posiekać.
Jajka rozdzielić na żółtka i białka osobno (białka wlać do większej miski)
Czekoladę połamać na kawałki i przełożyć do miski.
Śmietankę kremówkę zagotować. Gdy zawrze zalać nią czekoladę, odczekać około 1 minutę, a następnie delikatnie wymieszać, aż do połączenia się i powstania jednolitej masy. Dodawać po jednym żółtku, miksując cały czas, a następnie wsypać mąkę. Zmiksować. Masa powinna być dość gęsta.
Z białek i cukru (40g) ubić sztywną pianę. Do masy czekoladowej dodać 1/3 piany, delikatnie wymieszać. Następnie dodać pozostałą część piany i ponownie, delikatnie wymieszać.
Ciasto przełożyć do naczynia wyłożonego papierem do pieczenia (u mnie o boku 20 cm). Ułożyć na wierzchu jabłka, a następnie posypać posiekanymi orzechami. Na końcu wszystko posypać łyżką cukru. Tak przygotowane ciasto wstawić do piekarnika nagrzanego do 190 stopni Celsjusza i piec 30 minut (do suchego patyczka). Gdyby orzechy się zbyt szybko rumieniły, należy ciasto przykryć folią aluminiową. Po upieczeniu ciasto wystudzić i wstawić na godzinę do lodówki.

Smacznego!



Tarta z jabłkami i mlekiem skondensowanym



Wrzesień sypnął jabłkami. W związku z tym również i u mnie w domu zrobiło się gęsto od tych owoców. A ponieważ jabłek w postaci surowej w swoim menu nie uwzględniam – mam duże pole do popisu w wymyślnych modyfikacjach i przeróbkach tych owoców, by móc cieszyć się ich smakiem i dostatkiem, a nie męczyć jedząc na siłę surowe owoce i udając, że uwielbiam jesień za jej dary :-)
Dzisiaj prezentuję Wam tartę, która chodziła mi już po głowie dość długo – ale zwlekałam z jej upieczeniem właśnie oczekując na jabłka. I cały czas myśląc, czy to połączenie będzie zjadliwe. Okazało się strzałem w dziesiątkę! Wszystko w tym cieście do siebie pasuje, wszystko się uzupełnia i razem tworzy przepyszną całość, która nie dość, że jest lekka, wcale nie zbyt słodka, to pozostawia w buzi przyjemny delikatny posmak jabłek.
Tartę przygotowuje się dość szybko, piecze także, ale niestety z konsumpcją należy poczekać do następnego dnia, aż masa całkowicie się zsiądzie, bo w innym wypadku zamiast zwartego kawałka pysznej tarty z kremem otrzymamy kruche ciasto z pieczonym jabłkiem polane mlecznym sosem. Dlatego czekanie jest niezbędne, ale warto!


Składniki:
• 250 g mąki
• 80 g cukru
• 20 g kakao
• ½ łyżeczki soli
• 60 g masła
• 100 ml mleka

• 400 ml mleka skondensowanego słodzonego
• kilka kropel aromatu waniliowego
• 2 jajka

• 2 jabłka
• szczypta cukru brązowego
• cukier puder do oprószenia

W dużym naczyniu wymieszać mąkę z cukrem, kakao i solą. Dodać pokrojone na kawałki masło i utrzeć między palcami do połączenia (powstanie konsystencja na kształt bardzo luźnej i suchej kruszonki). Dodać mleko – zmiksować. Powinna powstać zwarta, twarda ale plastyczna masa. Wylepić nią formę do tarty (wysmarowanej masłem) o średnicy 22 cm. Podpiec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 10 minut. Przestudzić.
W między czasie przygotować masę mleczną: W misce zmiksować mleko skondensowane z aromatem i jajkami.
Jabłka obrać, przekroić na pół i delikatnie wydrążyć gniazda nasienne. Każdą część pokroić na plasterki, utrzymując jednak kształt połówki jabłka.
Owoce układać na przestudzonym spodzie tarty a resztę miejsca delikatnie wypełnić masą mleczną. Każde jabłko posypać po wierzchu odrobiną cukru pudru, a następnie całość wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza i piec przez 30 – 35 minut aż cukier się skarmelizuje, a masa mleczna się zetnie (przy poruszaniu foremką jej środek będzie się trząsł, ale po schłodzeniu w lodówce zetnie się odpowiednio). Wyjąć ciasto z piekarnika, ostudzić i wstawić najlepiej na całą noc do lodówki. Przed podanie oprószyć cukrem pudrem.
Smacznego!



Kostka z krakersami i masłem orzechowym



W niedzielny wieczór, gapiąc się bez sensu w telewizor moje myśli zwykle krążą wokół jakiegoś zajęcia, które choć na chwilę wyrwałoby mnie z letargu przed poniedziałkiem. A ponieważ w niedziele mam tak niesamowicie nikczemny humor, to mało co jest w stanie mnie zainteresować – jeżeli film to musi być mega ciekawy, książka lub gazeta – też bardzo, bardzo wciągająca, Internet – odpada w przedbiegach. A pieczenie – no właśnie, niby ok., niby bardzo to lubię, ale tego dnia nie chce mi się bawić w wieloetapowe ciasta, mozolne zagniatanie, krojenie, obieranie, wylepianie i schładzanie. Jak już mam coś przygotować w niedzielny wieczór – to na szybko.
Przygotowałam więc krajankę orzechową, dosłownie 10-minutową, bo tyle zajmuje przygotowanie jej od zera do momentu wstawienia do lodówki. Deser bardzo, bardzo szybki, przepyszny, bardzo łatwy i bez pieczenia. Ale z chłodzeniem przynamniej pół godziny przed wykończeniem. A potem kolejne pół by polewa zastygła. Ale da radę wytrzymać – po łącznie około godzinnym oczekiwaniu krajanka jest gotowa do jedzenia, nie musi stygnąć jak w przypadku ciast pieczonych.
A jaka jest w smaku? Wspaniała: słodko – słona. Orzechowo – czekoladowa. Miękka, nie krusząca się, idealna. Ale dość tłusta – masło orzechowe robi swoje! Nie zmienia się w trakcie upływu dni – trzymana w lodówce piątego dnia jest tak samo pyszna jak pierwszego.
Ja polałam ją polewą z mlecznej czekolady, ale można dać gorzką, lub mieszankę ich obu. Zdecydowanie do powtórzenia!



Składniki:
• 150 g krakersów
• 220 g masła orzechowego
• 100 ml mleka
• 140 g cukru
• aromat waniliowy/ekstrakt

• 10 g masła
• 100 g czekolady

W misce pokruszyć krakersy – na małe kawałki, nie na pył jak przy spodach do ciast). Dodać masło orzechowe – wymieszać.
Mleko zagotować z cukrem. Pogotować minutę, aż cukier się rozpuści, wyłączyć. Stopniowo przelewać do mieszanki krakersowej, wlać najpierw połowę – wymieszać i jeżeli masa będzie dość sucha – dolewać jeszcze po trochu, aż będzie miała odpowiednią konsystencję – lepką, ale zwartą, bez widocznego mleka.
Formę o boku około 20 cm wyłożyć folią spożywczą. Przełożyć masę, wyrównać, poczekać aż przestygnie i schłodzić w lodówce przez pół godziny.
W niewielkim garnuszku rozpuścić masło, a następnie dodać połamaną na kawałki czekoladę. Na niewielkim ogniu podgrzewać cały czas mieszając aż powstanie gładka polewa. Polewę lekko przestudzić i polać nią schłodzoną orzechową masę. Ponownie odstawić do lodówki na około pół godziny, aż polewa zastygnie.
Kroić na kwadraty i podawać.
Smacznego!





Wpis bierze udział w akcji:

Karmelowo – czekoladowy deser



Jak tylko w tytule przepisu zobaczyłam słowo „gooey” wytężyłam wzrok, poprawiłam się na krześle i zaczęłam wnikliwie czytać przepis. Na samą myśl o konsystencji, mocno czekoladowym smaku i karmelowym posmaku zaczęło mi burczeć w brzuchu, moje kubki smakowe się uaktywniły, a głowa wyobrażała sobie końcowy efekt lekko ciepłego deseru. Natychmiast więc przepis wydrukowałam, odłożyłam na wierzch i powiedziałam sobie, że przy najbliższej okazji koniecznie ten deser zrobię.
Najbliższa okazja nadeszła szybko. Cieszyłam się jak dziecko biorąc do ręki poszczególne składniki, nie mogąc doczekać się efektu. Wreszcie – ciasto w piekarniku. Nerwowe 25 minut, ale na szczęście szybko minęło – wreszcie, można wyjmować. Efekt wizualny – niesamowicie apetyczny, choć buzujący po bokach karmel ewidentnie dawał znać, że lepiej z konsumpcją poczekać aż wszystko się uspokoi. Zapach nie pozwolił mi wyjść z kuchni – chodziłam obok ciasta, dmuchałam na nie, obserwowałam jak stygnie, aż w końcu udało się. Wystygło. Mogę spróbować. Smak? Nieziemski, słodki, bardzo czekoladowy, konsystencja taka jak chciałam – ciągnąca, miękka, rozpływająca się w ustach. Na ciepło boskie. Karmel wylewający się z wnętrza ciasta dodatkowo utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to idealny wypiek dla mnie. Niestety zdjęcie – mało apetyczne, nie oddaje tego, czym to ciasto było. Do momentu, aż ciasto zupełnie wystygło i chwilkę postało zimne. Wtedy czar prysł – wierzchnia część zrobiła się bardzo twarda, a spodnia sucha, karmel wsiąknął w ciasto, czekolada zastygła. W smaku nadal słodkie, nadal czekoladowe, nadal baaardzo dobre, ale konsystencja nie ta. Jak przepieczony murzynek. Za jakiś czas spróbuję ponownie je upiec, ale pamiętając o skróceniu czasu przebywania wypieku w piekarniku. Przepis stąd.


Składniki:
• 250 g mąki
• 110 g cukru
• 35 g kakao
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• ½ łyżeczki soli
• 60 g masła
• ¾ szklani mleka

• 120 g masła
• 140 g brązowego cukru
• ½ łyżeczki sody oczyszczonej

• 100 g czekolady mlecznej


W dużej misce wymieszać mąkę, cukier, kakao, sodę oczyszczoną i sól. Dodać pokrojone na kawałki masło (60 g) i palcami wyrobić aż powstanie masa podobna do kruszonki, choć bardziej sucha. Wlać mleko – zmiksować. Powinno się miksować bardzo trudno, powinno być bardzo gęste, jak kruche, ale wilgotne (nie lejące).

W garnku rozpuścić 120 g masła a następnie dodać cukier i sól. Zmniejszyć ogień i gotować około 5 minut aż powstanie masa zgęstnieje i powstanie karmel. Wmieszać ½ łyżeczki sody oczyszczonej i energicznie mieszać – masa zacznie się pienić, kipieć i zjaśnieje. Tak ma być. Mieszać dalej, aż osiągnie gładką konsystencję.

Czekoladę posiekać na kawałki.

W naczyniu (u mnie owalne 17 cm x 23 cm) dno wylepić połową ciasta. Rozłożyć na nie posiekaną czekoladę, a następnie wylać karmel. Na wierzch ułożyć pozostałą część ciasta (będzie trudno, można rwać je na kawałki i układać jeden obok drugiego). Wstawić do piekarnika rozgrzanego do temperatury 175 stopni Celsjusza i piec 20 – 25 minut.

Smacznego!

Muffinki z nadzieniem chałwowym



Dopadło mnie. Koniec lata, deszcz, zimno i wiatr skutecznie odgrywają swoją rolę w coraz mocniejszym naciskaniu na mnie, żebym rzuciła wszystko co robię, wzięła kubek gorącej herbaty, usiadła na kanapie, przykryła kocem i oglądała telewizję przez cały czas tej słoty. Ale ja walczę – staram się nie poddawać, postępować zgodnie z ustalonym planem na który pogoda nie ma wpływu, uśmiecham się mimo deszczu i walczę. Walczę o dobry humor, choć nie jest mi łatwo. I pomimo iż nienawidzę nudy, najlepiej odpoczywam jak mam cały dzień wypełniony co do minuty, to patrząc na padający deszcz, drzewa kołyszące się od wiatru i kompletną szarość za oknem musze przyznać, że czasami mam dość.
Nawet pieczenia. Nie myślałam, że i to mnie dopadnie, ale rzeczywiście czasem mi się nie chce. I wiem, że mieszanie składników, dosypywanie, odmierzanie i podgrzewanie zawsze wpływa na mnie kojąco i relaksująco – ciężko mi zacząć. Dlatego ostatnio wybieram dość proste przepisy, do wyrobu których nie potrzebuję mnóstwa czasu, mnóstwa energii, mnóstwa miejsca w kuchni, mnóstwa naczyń, łyżeczek i mnóstwa cierpliwości. Szybko, łatwo i przyjemnie.
Muffinki – takie właśnie są. Szybkie, łatwe i przyjemne. Zawsze na nie jest dobra pora, a ponieważ przygotowanie ich to kwestia maksymalnie kwadransa – można spokojnie uporać się w trakcie przerwy na reklamy podczas oglądania telewizji. Pieczenie też nie jest zbyt długie, 20 minut i już, a konsumpcja jeszcze ciepłych muffinek zawsze rozpromienia nawet najczarniejszy dzień.
Upiekłam muffinki z nadzieniem chałwowym i chociaż za samą chałwą nie przepadam, muszę przyznać, że to połączenie jest bombowe. Bardzo słodki wsad, kakaowe ciasto, które nie jest tak bardzo słodkie i czapeczka z samego serka homogenizowanego waniliowego komponują się na deser rewelacyjny.
Zdecydowanie polecam!


Składniki (na 9 sztuk):
• 150 g mąki
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• 60 g cukru
• 15 g kakao
• 1 jajko
• 200 g jogurtu naturalnego
• 10 ml oleju
• 200 g mleka kondensowanego słodzonego
• 60 g chałwy waniliowej
• 20 g mleka w proszku
• 200 g serka homogenizowanego
• kilka draży do ozdoby


Do miski wsypać pokruszoną chałwę, wlać mleko skondensowane i dokładnie zmiksować na gładką masę. Dodać mleko w proszku i ponownie zmiksować. Masa powinna być bardzo gęsta, wręcz twarda. Odstawić.
W drugiej misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, cukier i kakao.
W małym naczyniu roztrzepać jajko z jogurtem i olejem. Połączyć mokre składniki z suchymi. Formę na muffinki wyłożyć papilotkami. Na dno każdej papilotki wkładać małą łyżeczkę ciasta, na nie małą łyżeczkę masy i zakryć wszystko ciastem – pamiętając, by cała objętość ciasta nie wypełniała więcej niż ¾ wysokości foremki. Wstawić do piekarnika i piec 18 minut. Wyjąć, ostudzić.
Gdy muffinki ostygną, każdą udekorować kopiastą łyżeczką serka homogenizowanego a na wierzch kłaść po 2 – 3 draże.