Kostka z krakersami i masłem orzechowym



W niedzielny wieczór, gapiąc się bez sensu w telewizor moje myśli zwykle krążą wokół jakiegoś zajęcia, które choć na chwilę wyrwałoby mnie z letargu przed poniedziałkiem. A ponieważ w niedziele mam tak niesamowicie nikczemny humor, to mało co jest w stanie mnie zainteresować – jeżeli film to musi być mega ciekawy, książka lub gazeta – też bardzo, bardzo wciągająca, Internet – odpada w przedbiegach. A pieczenie – no właśnie, niby ok., niby bardzo to lubię, ale tego dnia nie chce mi się bawić w wieloetapowe ciasta, mozolne zagniatanie, krojenie, obieranie, wylepianie i schładzanie. Jak już mam coś przygotować w niedzielny wieczór – to na szybko.
Przygotowałam więc krajankę orzechową, dosłownie 10-minutową, bo tyle zajmuje przygotowanie jej od zera do momentu wstawienia do lodówki. Deser bardzo, bardzo szybki, przepyszny, bardzo łatwy i bez pieczenia. Ale z chłodzeniem przynamniej pół godziny przed wykończeniem. A potem kolejne pół by polewa zastygła. Ale da radę wytrzymać – po łącznie około godzinnym oczekiwaniu krajanka jest gotowa do jedzenia, nie musi stygnąć jak w przypadku ciast pieczonych.
A jaka jest w smaku? Wspaniała: słodko – słona. Orzechowo – czekoladowa. Miękka, nie krusząca się, idealna. Ale dość tłusta – masło orzechowe robi swoje! Nie zmienia się w trakcie upływu dni – trzymana w lodówce piątego dnia jest tak samo pyszna jak pierwszego.
Ja polałam ją polewą z mlecznej czekolady, ale można dać gorzką, lub mieszankę ich obu. Zdecydowanie do powtórzenia!



Składniki:
• 150 g krakersów
• 220 g masła orzechowego
• 100 ml mleka
• 140 g cukru
• aromat waniliowy/ekstrakt

• 10 g masła
• 100 g czekolady

W misce pokruszyć krakersy – na małe kawałki, nie na pył jak przy spodach do ciast). Dodać masło orzechowe – wymieszać.
Mleko zagotować z cukrem. Pogotować minutę, aż cukier się rozpuści, wyłączyć. Stopniowo przelewać do mieszanki krakersowej, wlać najpierw połowę – wymieszać i jeżeli masa będzie dość sucha – dolewać jeszcze po trochu, aż będzie miała odpowiednią konsystencję – lepką, ale zwartą, bez widocznego mleka.
Formę o boku około 20 cm wyłożyć folią spożywczą. Przełożyć masę, wyrównać, poczekać aż przestygnie i schłodzić w lodówce przez pół godziny.
W niewielkim garnuszku rozpuścić masło, a następnie dodać połamaną na kawałki czekoladę. Na niewielkim ogniu podgrzewać cały czas mieszając aż powstanie gładka polewa. Polewę lekko przestudzić i polać nią schłodzoną orzechową masę. Ponownie odstawić do lodówki na około pół godziny, aż polewa zastygnie.
Kroić na kwadraty i podawać.
Smacznego!





Wpis bierze udział w akcji:

Karmelowo – czekoladowy deser



Jak tylko w tytule przepisu zobaczyłam słowo „gooey” wytężyłam wzrok, poprawiłam się na krześle i zaczęłam wnikliwie czytać przepis. Na samą myśl o konsystencji, mocno czekoladowym smaku i karmelowym posmaku zaczęło mi burczeć w brzuchu, moje kubki smakowe się uaktywniły, a głowa wyobrażała sobie końcowy efekt lekko ciepłego deseru. Natychmiast więc przepis wydrukowałam, odłożyłam na wierzch i powiedziałam sobie, że przy najbliższej okazji koniecznie ten deser zrobię.
Najbliższa okazja nadeszła szybko. Cieszyłam się jak dziecko biorąc do ręki poszczególne składniki, nie mogąc doczekać się efektu. Wreszcie – ciasto w piekarniku. Nerwowe 25 minut, ale na szczęście szybko minęło – wreszcie, można wyjmować. Efekt wizualny – niesamowicie apetyczny, choć buzujący po bokach karmel ewidentnie dawał znać, że lepiej z konsumpcją poczekać aż wszystko się uspokoi. Zapach nie pozwolił mi wyjść z kuchni – chodziłam obok ciasta, dmuchałam na nie, obserwowałam jak stygnie, aż w końcu udało się. Wystygło. Mogę spróbować. Smak? Nieziemski, słodki, bardzo czekoladowy, konsystencja taka jak chciałam – ciągnąca, miękka, rozpływająca się w ustach. Na ciepło boskie. Karmel wylewający się z wnętrza ciasta dodatkowo utwierdził mnie w przekonaniu, że jest to idealny wypiek dla mnie. Niestety zdjęcie – mało apetyczne, nie oddaje tego, czym to ciasto było. Do momentu, aż ciasto zupełnie wystygło i chwilkę postało zimne. Wtedy czar prysł – wierzchnia część zrobiła się bardzo twarda, a spodnia sucha, karmel wsiąknął w ciasto, czekolada zastygła. W smaku nadal słodkie, nadal czekoladowe, nadal baaardzo dobre, ale konsystencja nie ta. Jak przepieczony murzynek. Za jakiś czas spróbuję ponownie je upiec, ale pamiętając o skróceniu czasu przebywania wypieku w piekarniku. Przepis stąd.


Składniki:
• 250 g mąki
• 110 g cukru
• 35 g kakao
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• ½ łyżeczki soli
• 60 g masła
• ¾ szklani mleka

• 120 g masła
• 140 g brązowego cukru
• ½ łyżeczki sody oczyszczonej

• 100 g czekolady mlecznej


W dużej misce wymieszać mąkę, cukier, kakao, sodę oczyszczoną i sól. Dodać pokrojone na kawałki masło (60 g) i palcami wyrobić aż powstanie masa podobna do kruszonki, choć bardziej sucha. Wlać mleko – zmiksować. Powinno się miksować bardzo trudno, powinno być bardzo gęste, jak kruche, ale wilgotne (nie lejące).

W garnku rozpuścić 120 g masła a następnie dodać cukier i sól. Zmniejszyć ogień i gotować około 5 minut aż powstanie masa zgęstnieje i powstanie karmel. Wmieszać ½ łyżeczki sody oczyszczonej i energicznie mieszać – masa zacznie się pienić, kipieć i zjaśnieje. Tak ma być. Mieszać dalej, aż osiągnie gładką konsystencję.

Czekoladę posiekać na kawałki.

W naczyniu (u mnie owalne 17 cm x 23 cm) dno wylepić połową ciasta. Rozłożyć na nie posiekaną czekoladę, a następnie wylać karmel. Na wierzch ułożyć pozostałą część ciasta (będzie trudno, można rwać je na kawałki i układać jeden obok drugiego). Wstawić do piekarnika rozgrzanego do temperatury 175 stopni Celsjusza i piec 20 – 25 minut.

Smacznego!

Mus czekoladowy



Kompletnie nie boję się surowych jajek. Wręcz przeciwnie – utarte żółtka z cukrem, czy pianę na bezę potrafię wyjadać łyżkami i nie mieć dość. I nawet przez myśl mi nie przejdzie, że może się to skończyć jakąś zarazą. Ciasto przed włożeniem do piekarnika też muszę spróbować – i używając słowa „spróbować” mam na myśli wyjedzenie połowy masy :-) prosto z miski. Nie wiem skąd takie moje uwielbienie do surowych mas. Może właśnie dlatego, że mają one półpłynną konsystencję, którą uwielbiam. Lekko ciągnąca, powolnie spływająca z łyżki – dla mnie ekstra. Gęsta, bardzo aromatyczna, bardzo wyrazista w smaku. Pycha.
W związku z tym postanowiłam przygotować coś, co ma taką konsystencję w końcowym, finalnym efekcie, a nie jest tylko etapem przejściowym, który ma swój finał w piekarniku. I tak powstał w mojej kuchni mus czekoladowy. Z surowymi jajkami, a co! Do przygotowania w dosłownie 5 minut, do zjedzenia w 7. Niestety na ten mus trzeba długo czekać, bo on musi uzyskać odpowiednią konsystencję w lodówce i to trwa około 2 – 3 godzin.
A jaki jest w smaku? Wytrawny – co mnie zdziwiło, ale za dostawiłam mu duży plus. Oczywiście jest słodki – jak na mus przystało, ale gorzka czekolada z kawą nadają dekadenckiej nuty, przełamują tę słodycz i zdecydowanie wzbogacają smak. Każdemu, kto nie boi się jeść jajek na surowo zdecydowanie go polecam – wykwintny, pyszny, absolutnie na jesienne wieczory przy dobrej książce, telewizorze, pod kocem. Tylko ostrzegam – uzależnia i pokonuje wszelkie hamulce przyzwoitości. Nie zasładza, więc wszystko spokojnie da się zjeść na raz, a potem poprawić jeszcze ciastem! Przepis stąd.


Składniki na trzy porcje:
• 170 g gorzkiej czekolady
• 25 g cukru
• szczypta soli
• ½ łyżeczki kawy rozpuszczalnej
• 1 jajko
• 227 g śmietanki kremówki
• aromat waniliowy

W malakserze/ blenderze umieścić połamaną na kawałki czekoladę, cukier, sól i kawę. Blendować wszystko, aż czekolada wyraźnie się “zmieli”. Następnie dodać jajko i zblendować ponownie, aż masa będzie dość gładka i jednolita (na tyle, ile pozwala na to zblendowana czekolada).
Kremówkę przelać do garnuszka i zagotować, tylko do momentu wrzenia.
Następnie, przy włączonym malakserze (na najmniejszej mocy) wlewać ostrożnie gorącą śmietankę do masy. Dodać aromat. Miksować jeszcze przez chwilkę. Masę przelać do miseczek i wstawić do lodówki na przynajmniej 2 godziny aż stężeje.

Smacznego!