Kajmakowe bajaderki



Pieczenie ciast ma głównie dobre strony – uspokaja, pobudza wyobraźnię, wymaga dobrej organizacji pracy, zmusza do ścisłego trzymania się proporcji – w cukiernictwie nie ma określenia „na oko”. Zbyt dużo mąki? Zamiast wypieku o konsystencji puddingu wyjdzie ciasto. Zbyt długo pieczone – zamiast brownie z piekarnika wyjmiemy murzynka. Za dużo proszku do pieczenia – ciasto wyrośnie jak szalone, niewykluczone, że nierówno. Zbyt mało cukru – nie będzie dobre. Listę konsekwencji po niedokładnym wykonaniu ciasta można mnożyć, a i tak przez nieuwagę można okryć coś nowego... Ale trening czyni mistrza – dlatego ja staram się regularnie piec (w przeciwnym razie po co byłby ten blog?), łączyć, zmieniać i dobierać proporcje w celu osiągnięcia efektu idealnego. Nie zawsze mi wychodzi, nie zawsze mam się czym chwalić i nie zawsze jestem w stanie wszystko rozdać lub zjeść. Co wtedy robię? Mrożę – to nie nowość, ale zdecydowanie ten sposób przechowywania ciast na później jest absolutnie niezawodny. Takie ciasta mogą dość długo czekać na chwile kryzysu, a po rozmrożeniu smakują jak dopiero upieczone.
Ale co zrobić jak ilość ciast w zamrażalniku przybywa a na wyjadanie ich nie ma chętnych? Odpowiedź jest bardzo prosta – bajaderki.
Owszem, wiem, że już takie Wam prezentowałam – tym razem jednak zmieniłam to i owo, zmniejszyłam ilość składników i trochę je pozamieniałam. Okruchy ciast oczywiście pozostają, ale zamiast kremu czekoladowego i dżemu jest kajmak. Ryzyko przesłodzenia? Nie ma szans – wszystko smakuje wybornie, nie jest zbyt słodkie, nie jest zbyt ciężkie wręcz przeciwnie. Każda kuleczka jest wilgotna, pełna smaku, cudowna. Pokryta gorzką czekoladą, co nadaje jej charakteru i trochę ogranicza słodycz, przełamując ją i cudownie się z wnętrzem ciastka łącząc.


Składniki:
• 300 g ciast (mogą być każde, byle bez kremu, galaretki i innych mas)
• 300 – 400 g kajmaku
• 1/3 łyżeczki soli
• 200 g gorzkiej czekolady


Do dużej miski pokruszyć ciasta.
Do garnuszka przełożyć kajmak i podgrzewając na małym ogniu mieszać, aż masa zrobi się bardziej rzadka i płynna. Dodać sól, wymieszać. 300 g kajmaku przełożyć do okruchów ciast – wymieszać. Masa powinna być lepka, umożliwiająca lepienie kulek. Jeżeli będzie zbyt sucha – dodać więcej kajmaku. Z masy formować kulki dowolnej wielkości, układać na folii aluminiowej i schłodzić w lodówce około 2 godzin (ja włożyłam swoje na godzinę do zamrażarki).
Po tym czasie, na parze rozpuścić czekoladę. Każdą kulkę zanurzać w czekoladzie, obtaczając ją dokładnie i odkładać na folię. Ponownie włożyć do lodówki aż czekolada zastygnie.

Smacznego!



Zawijane drożdżówki z masłem czekoladowym i bananami



Jak już wiecie ciasto drożdżowe nie jest moim ulubionym typem wypieku. Nie dość, że trzeba długo czekać aż wyrośnie, to jeszcze wyrabianie – u mnie podwójnie upierdliwe, bo mikser, który posiada funkcję wyrabiania ciasta – uporczywie i za każdym razem zamiast je wyrabiać, wciąga w każdą szczelinę, pod nakładkę wyrabiającą i ogólnie rzecz biorąc: nie miesza. Muszę więc zaangażować w tę pracę ręce, a wyrabianie ciasta rękami jest czynnością, której wybitnie nienawidzę. Ale czasem się poświęcam. I zwykle jestem zadowolona z efektu. Szczególnie, jeżeli uda mi się trafić na naprawdę dobry przepis – z proporcjami składników niewymagającymi dosypywania mąki, dodawania masła lub dodatkowo dolewania mleka w celu uzyskania odpowiedniej konsystencji. I udało mi się – przepis z forum Cin – Cin okazał się idealny – po zmieszaniu składników, wyrabianie trwa króciutko, a ciasto łączy się idealnie, nic się nie klei, nie odpada, nie trzeba nic uzupełniać. Takie ciasta lubię. I takie mogę piec. Dlatego, póki mam pozytywne wrażenia z pracą z drożdżami – piekę.
Dziś – zawijane bułeczki do odrywania. Autorka przepisu, który okazał się idealnym, proponuje nadzienie z cukru i cynamonu, ja dałam masło czekoladowe i banany.
Efekt? Przeszedł moje oczekiwania. Bułeczki wyszły niezwykle miękkie, leciutkie, delikatne, a paradoksalnie dodatek masła czekoladowego i bananów podkreślił lekkość ciasta. Smak nadzienia nie przyćmił smaku ciasta, wręcz pomaga utrzymać jego świeżość i miękkość.
Ja bułeczki ułożyłam obok siebie, by można było je odrywać, ale spokojnie można uformować z nich oddzielne drożdżówki. Pyszne, pyszne, pyszne. Przepis stąd.


Składniki – podaję na szklanki i łyżeczki, bo proporcja jest idealna (przepis na około 10 bułeczek):
• 1 szklanka mleka
• 1 jajko
• 1/4 szklanki cukru
• 3 łyżki masła
• 1/4 łyżeczki soli
• 2 szklanki maki
• 1 ½ łyżeczki suchych drożdży

• 150 g masła czekoladowego
• 1 duży banan pokrojony w plasterki

• 100 g cukru pudru
• 15 ml wody

W małym garnuszku lekko podgrzać mleko. W małej miseczce wymieszać drożdże, łyżeczkę cukru, łyżkę mąki i wlać ¼ szklanki mleka. Odstawić na około 10 minut aż zaczną „bąblować”. W tym czasie rozpuścić masło i ostudzić. Następnie w misce wymieszać resztę składników – pozostałą ilość mleka, jajko, cukier, mąkę, sól, rozczyn drożdżowy oraz roztopione masło. Wyrobić ciasto (powinno być miękkie i gładkie), po czym odstawić do wyrośnięcia, na około 1,5 godziny, do podwojenia objętości. Po tym czasie z ciasta rozwałkować na prostokąt o grubości niecałego centymetra. Rozsmarować na nim masło czekoladowe, rozłożyć plasterki banana. Zwijać jak roladę i delikatnie pokroić na 2 – 3 cm plastry. Ułożyć je w tortownicy (blaszce) wyłożonej papierem do pieczenia, pamiętając, że będą rosły, więc trzeba zachować odstęp. Przykryć folią i wstawić do lodówki na przynajmniej 2 godziny (w lodówce leciutko powinny urosnąć). Wyjąć na pół godziny przed pieczeniem. Piekarnik rozgrzać do temperatury 200 stopni Celsjusza i piec bułeczki 10 minut. W tym czasie przygotować lukier: do miseczki wsypać cukier puder i wlać wodę – rozetrzeć składniki na dość rzadki lukier. Gdyby okazał się zbyt gęsty – dodać wody, a jeżeli będzie zbyt rzadki – dosypać cukru pudru.
Po tym czasie wyjąć, wystudzić i polukrować.

Smacznego!



Dyniowo – kakaowa babka



Dałam się ponieść szałowi jesieni. Kupiłam dynię z zamiarem ugotowania zupy. Ale ponieważ zaszalałam i zamiast kawałka, wzięłam całą dynię – poza obiadem starczyło jeszcze na pasztet z kaszy jaglanej i dyni oraz na ciasto. Nad tym ostatnim zastanawiałam się najbardziej – w końcu na blogu już jest kilka dyniowych smakołyków, a pieczenie kolejnego sernika lub placka wydawało mi się zbędne (choć jeszcze pewno upiekę i Wam przedstawię). Jednakże pomyślałam sobie – a co tam! Tyle mam przepisów na ciasta czekoladowe, na wykorzystanie mleka skondensowanego, dlaczego nie mogę piec ciast z dynią, nawet jeżeli będą do siebie podobne? No właśnie, dlaczego? Przecież dyniowe wypieki są naprawdę pyszne, mają fantastyczny kolor i są długo świeże, właśnie dzięki wmieszaniu do masy puree z tego warzywa. A przyprawami można się bawić dowolnie – dodać, odjąć, zmodyfikować. To, że w skład ciasta wchodzi dynia nie oznacza przecież, że obowiązkowo trzeba dodać cynamon, goździki czy imbir. Ja dodałam gałkę muszkatołową. I jestem bardzo zadowolona.
Jakie jest to ciasto? Przede wszystkim bardzo miękkie i bardzo długo świeże. Nawet po 4 dniach od upieczenia jest mięciutkie, sprężyste, aromatyczne i nie kruszące się. Dwu smakowe, z kakao – świetne. Lekko muszkatołowe, ale tylko leciutko, podkreślające jesienny charakter ciasta. Wcale nie za słodkie – wszak jest niewiele cukru, sporo kakao, jogurt. Zdecydowanie najlepsze ciasto dyniowe jakie jadłam. Absolutnie polecam!!


Składniki:
Ciasto dyniowe:
• 260 g mąki
• ½ łyżeczki gałki muszkatołowej
• 1 ¼ łyżeczki sody oczyszczonej
• ½ łyżeczki proszku do pieczenia
• ¼ łyżeczki soli
• 30 g masła
• 100 g cukru
• 2 jajka
• 1 szklanka puree dyniowego
• 100 g jogurtu naturalnego

Ciasto kakaowe:
• 120 ml wody
• 30 g kakao
• 150 g mąki
• ¾ łyżeczki sody oczyszczonej
• ½ łyżeczki proszku do pieczenia
• ¼ łyżeczki soli
• 20 g masła
• 100 g cukru
• 1 jajko
• 100 g jogurtu naturalnego
• 50 g czekolady gorzkiej

Ciasto dyniowe: W misce wymieszać mąkę, gałkę muszkatołową, sodę, proszek do pieczenia i sól. Odstawić.
W drugiej misce utrzeć masło z cukrem na gładką i jasną masę. Wbijać jajka po jednym – miksując po każdym dodaniu.
W trzeciej miseczce wymieszać dyniowe puree z jogurtem naturalnym.
Połowę mieszanki mącznej dodać do masła – zmiksować. Dodać całe puree (z jogurtem), znowu zmiksować. Wsypać resztę mąki – zmiksować. Odstawić.
Ciasto kakaowe: W niewielkim rondelku zagotować wodę. Dodać kakao, wymieszać, pogotować przez chwilę – odstawić do wystygnięcia. Następnie dodać jogurt i wymieszać na gładką i jednolitą masę.
W misce wymieszać mąkę sodę oczyszczoną, proszek do pieczenia i sól. Odstawić.
W kolejnej misce utrzeć masło z cukrem na gładka i jasną masę. Dodać jajko i zmiksować do wymieszania. Wsypać połowę mieszanki mącznej, zmiksować. Wlać kakao z jogurtem, zmiksować i na końcu drugą połowę mąki. Wszystko dokładnie zmiksować.

Formę do pieczenia (u mnie owalna 17 cm x 23 cm ale polecam większą, co najmniej 23 – 23 cm) wyłożyć papierem do pieczenia. Na dno wylać połowę masy dyniowej, na nią całą masę kakaową i na wierzch drugą połowę masy dyniowej. Wstawić do piekarnika rozgrzanego do 175 stopni Celsjusza na 35 – 40 minut (aż do suchego patyczka).
Po upieczeniu ciasto wyjąć z piekarnika, mocno przestudzić przed pokrojeniem.
Smacznego!





Wpis dodaję do akcji:

Sernik nutellowy



Czasami odnoszę wrażenie, że już wszystko zostało wymyślone, opatentowane i wypróbowane, a gdy wpadnę na pomysł jakiegoś przepisu, zaraz okazuje się, że pomysł nie jest wybitny i nowatorski, a przepis pojawił się już na co najmniej kilku blogach. Taki sam, albo bardzo podobny do tego mojego – niby autorskiego. Ale cóż, jak już nastawię się na upieczenia akurat tego ciasta, zrobienie konkretnego deseru, którego koncepcja powstała w mojej głowie – nic nie jest w stanie mnie od tego odwieść. Rzecz tyczy się oczywiście nie tylko sfery kulinarnej, ale praktycznie każdej dziedziny życia. Coś wymyślę, biegnę się pochwalić i co słyszę? „Wiem, to już było” albo „Na taki sam pomysł wpadł wczoraj.....”.
O raannnyyy! Czy ja w ogóle mam szansę na coś oryginalnego? Oby!
Sernik, który ja sama wymyśliłam okazało się, że już gdzieś się pojawił. Ale ja i tak go zrobiłam. W swojej wersji, ze swoimi dodatkami, w swojej wizji. Wizji, która okazała się bardzo fajna, bardzo smaczna i niezwykle łatwa do przygotowania. Wizja popularna, bez żadnych nadzwyczajnych składników, bez kombinowania, bez zbędnych słów. Ot – serniczek słodki, czekoladowo – sernikowy, chrupiący od spodu, kremowy na wierzchu. Sernik rośnie piekarniku, ale potem dość mocno opada, zostawiając wyższe brzegi. Do popołudniowej herbatki jak znalazł!


Składniki:
• 100 g herbatników
• 30 g masła
• 400 g sera na sernik
• 150 g cukru
• 2 jajka
• 200 g Nutelli (lub podobnego kremu)

Herbatniki pokruszyć na drobne kawałki, lub zmiksować w malakserze. Masło stopić i połączyć z herbatnikami aż powstanie masa o konsystencji mokrego pisaku. Wylepić nią dno tortownicy o średnicy 20 cm, wyłożonej uprzednio papierem do pieczenia. Wyrównać i podpiec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez 10 minut. Wyjąć, przestudzić.
W misie miksera utrzeć ser z cukrem, dodawać po jednym jajku – miksując po każdym dodaniu. 1/3 masy przelać do oddzielnej miseczki, a do pozostałych 2/3 dodać Nutellę. Dokładnie zmiksować. Masę nutellową wylać na dno podpieczonego spodu miasteczkowego, a na niej delikatnie rozprowadzić masę jasną. Tortownicę przykryć folia aluminiową i wstawić do piekarnika na 40 minut, następnie zdjąć folię i piec jeszcze 10 minut. Studzić w uchylonym piekarniku, choć to i tak nie zapobiegnie opadnięciu sernika.

Smacznego!



Czekoladowe ciasto z karmelowo – mlecznym wierzchem



Czasami....chociaż nie – całkiem często, muszę sobie zrobić jakąś małą przyjemność. Szczególnie teraz, kiedy zdecydowanie mocno doskwiera mi jesienne przesilenie, czuję się zmęczona, ciągle zła, zniechęcona i mam jakieś niezwykle silne poczucie bezsilności, beznadziei i braku jakichkolwiek lepszych perspektyw.
Patrzę za okno – mgła, budzę się w nocy – deszcz, wychodzę do pracy – ziąb. Nie ma co, wspaniale. I chociaż nie jestem meteopatą, a podobno deszczowa i burzowa pogoda najlepiej wpływa na sen i wieczorne przytulne spędzanie czasu w zaciszu domowym – ja w takie dni czuję zbliżającą się bombę, czuję, że zaraz wybuchnę, pęknę i rozwalę wszystko co znajduje się w zasięgu mojego wzroku tylko dlatego bo deszcz pada, albo wiatr wieje zbyt mocno jak dla mnie....
Ale na szczęście istnieje coś takiego jak buszowanie w kuchni. Pieczenie. Bo uwielbiam to robić, zdecydowanie bardziej niż potem jeść moje wytwory, chociaż....smakowanie i próbowanie moich dzieł jest doznaniem iście kosmicznym – wyjdzie, nie wyjdzie, dobre, złe, za słodkie, za słone. Tysiące myśli, ale jak się uda – pękam z dumy. I chwilowo zapominam o jesiennej depresji, krótkich dniach i przenikającym zimnie.
Takie właśnie jest poniższe ciasto – do pękania z dumy. Co prawda nie jest mojego autorstwa, a dla moich kubków smakowych trochę przepis pozmieniałam – efekt przeszedł moje oczekiwania. I chociaż czytając składniki wiedziałam, że wyjdzie z nich ciasto iście królewskie, to nie spodziewałam się, że dla mnie będzie ono aż tak dobre. Dla mnie – dla absolutnego fana mleka skondensowanego i smaków słodko – słonych wszystko w tym wypieku jest idealne. Słony, chrupiący spód z precelków, warstwa kremowego, ciężkiego ciasta typu brownie, oraz rozpływająca się czekolada, przykryta płaszczykiem z roztopionych krówek i zapieczonego mleka skondensowanego.
O rany! Słodkie, a jakże – ale jednocześnie słonawe za sprawą precelków oraz mocno czekoladowe dzięki ciastu. Najlepsze zaraz po wystygnięciu, gdy wierzch jest jeszcze miękki, półpłynny i po ukrojeniu kawałka rozlewa się na ciasto, tworząc sos okalający każdy kęs, dzięki czemu od samego początkowego gryzika na spróbowanie do końcowego: „został tylko kawałeczek, nie ma co go zostawiać” wypiek smakuje tak samo dobrze, z każdej strony.
Zdecydowanie polecam! Przepis zaczerpnięty stąd z moimi zmianami.


Składniki:
Spód:
• 100 g precelków
• 40 g masła – koniecznie miękkie
Ciasto czekoladowe:
• 30 g masła
• 60 g cukru
• 2 jajka
• 120 g mąki
• 15 g kakao
• 100 g jogurtu naturalnego
Wierzch:
• 400 ml mleka skondensowanego słodzonego
• 50 g gorzkiej czekolady
• 50 g białej czekolady
• 100 g krówek

Piekarnik nagrzać do temperatury 175 stopni Celsjusza. Precelki rozkruszyć na małe kawałki. Można je zmielić w malakserze lub rozkruszyć wałkiem. Dodać miękkie masło – wymieszać łyżką, lub zmiksować mikserem do połączenia się. Wyłożyć na spód formy do pieczenia o boku 20 cm, wyłożonej papierem do pieczenia. Ugnieść, wyrównać. Wstawić do piekarnika na 5 minut. Przestudzić.

Masło utrzeć z cukrem na jasną, puszystą masę. Dodawać po jednym jajku, ciągle miksując. Wsypać mąkę i kakao. Zmiksować. Dodać jogurt – ponownie zmiksować. Ciasto powinno być gęste, ale nadal lejące. Masę wylać na podpieczony spód.

Czekolady i krówki pokroić na małe kawałeczki. Na wierzch ciasta wyłożyć posiekaną białą czekoladę, gorzką, następnie krówki i wszystko zalać mlekiem skondensowanym.
Wstawić do piekarnika i piec około 30 minut, aż ciasto czekoladowe się upiecze (wsadzony patyczek w ciasto pozostanie prawie suchy – z lekkimi okruszkami oblepionymi) a wierzch lekko zbrązowieje. Jeżeli ciasto zbyt szybko zmienia kolor, należy przykryć je folią aluminiową.

Smacznego!