Palmiery z kremem czekoladowym



Spontaniczne działania nie są mi szczególnie bliskie. Nie lubię tego, nie praktykuję i jak tylko słyszę o nagłym działaniu, które nie było wcześniej przeze mnie zaplanowane albo przynajmniej nie dano mi się z nim odpowiednio wcześniej zaznajomić – obruszam się, obrażam i kategorycznie odmawiam współpracy. Nie realizuję go po prostu. Chyba, że jest to coś tak małego i błahego, że nie wpłynie znacząco na mój dzień i spokojnie można go wpleść w porządek działań. A co się dzieje gdy tak nie jest? Przez pierwsze chwile panikuję, ale zaraz potem mój umysł zaczyna pracować na maksymalnych obrotach licząc ile czasu na co mogę i muszę przeznaczyć, abym mogła wszystko zrealizować. Analiza najczęściej trwa chwilkę – po co marnować cenne sekundy na długotrwałe zastanawianie się nad kolejnością działań – lepiej już zacząć!
Na szczęście, w przypadkach nagłych gości, pilnej prośby o przygotowanie czegoś do skubnięcia na wieczór lub po prostu niedopartej ochoty na przygotowanie czegoś „na świeżo” mam kilka asów w rękawie. Proste są jak konstrukcja cepa, tak samo banalne jak szybkie i każdy, dosłownie każdy jest w stanie sobie z nimi poradzić. Mając oczywiście piekarnik. Choć na upartego patelnia też by zdała egzamin.
Jeden z takich przepisów przedstawiam Wam dzisiaj – najprostsze, najszybsze i naprawdę pyszne palmiery. Wersji tych ciasteczek jest chyba z kilkanaście, można do nich dodać wszystko na co ma się ochotę i co można zwinąć w roladę. A jeżeli ktoś dodatkowo bardzo lubi ciasto francuskie – przepadnie. Palmiery są bowiem nadzianym i upieczonym ciastem francuskim. I tyle. Wystarczy zrolować. Potem pokroić a następnie upiec. I już. Maksymalnie 15 minut. I deser może wędrować na stół. Oczywiśćie – nie ma co się oszukiwać, najlepszy jest jeszcze ciepły, gdy nadzienie nie zdążyło do końca zastygnąć, a ciasto jest ciepłe i chrupiące. Poezja. Niepotrzebna jest do tego kawa, herbata ani mleko. Ciastka są lekkie, odpowiednio słodkie, nie za suche, kruszą się tyle, co typowe ciasto francuskie. Następnego dnia też są pyszne. I kolejnego też. Jedynie należy pamiętać, by przechowywać je w szczelnym pojemniku, wtedy będą chrupiące cały czas.


Składniki:
• Opakowanie ciasta francuskiego
• 150 g kremu czekoladowego
• 10 g cukru

Piekarnik rozgrzać do 170 stopni Celsjusza.
Ciasto francuskie rozwinąć i posmarować jego powierzchnię kremem czekoladowym. Ważne, aby warstwa kremu była dość cienka – w przeciwnym razie przy krojeniu zawiniętego ciasta krem będzie uciekał, a w piekarniku wypłynie i się przypali. Krótszy koniec ciasta zawijać jak roladę do środka, do połowy długości ciasta, a następnie drugi koniec zwinąć tak samo – do środka, aż oba zwinięte końce się złączą. Można miejsce styku dwóch rulonów zwilżyć wodą – ale nie jest to niezbędne). Lekko ścisnąć, aby się skleiły. Tak przygotwane ciasto kroić na plastry ok grubości około 0,5- 1 cm. Ułożyć płasko na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i z wierzchu obsypać lekko cukrem. Wstawić do piekarnika i piec 8 – 10 minut (obserwując, żeby się nie spaliły!) aż urosną i się zrumienią.
Wyjąć, lekko przestudzić, przełożyć na talerz i podawać.
Smacznego!



DIY: Krem marshmallow



Jak mnie to wkurza, kiedy przeglądając zagraniczne blogi kulinarne zachwycam się pięknymi zdjęciami, widzę już siebie przygotowującą dany deser/wypiek, wyobrażam sobie jego smak i już, już mam zamiar przepis wydrukować, aż tu nagle BACH! Widzę składnik, którego w Polsce nie uraczę…Ekhm, jakbym poszukała w sklepach internetowych lub tych sprowadzających produkty z całego świata to bym na pewno mogła go nabyć, ale za cenę znacznie przewyższającą łączną wartość ciasta. Dlatego rezygnuję…. Jestem zła i rozżalona, bo często samo zdjęcie jest tak sugestywne, że czuć smak obiektu fotografowanego tylko na niego patrząc.
Ale jak się okazało nie wszystko musi się zawsze rysować w czarnych barwach, nie wszystko jest takie beznadziejne na jakie na początku wygląda i nie wszystko stracone dla wielbicieli zagranicznych blogów kulinarnych.
O jakim produkcie piszę? Proszę Państwa: Marshmallow Fluff. Czyli inaczej: krem marshmallow. I nie mam zamiaru uczyć Was jak rozpuszczać gotowe pianki. Taki krem jest bowiem czymś innym niż potraktowaniem gorącym powietrzem gotowego wyrobu, jest on bardzo ciągnącą, słodką bezą, przygotowywaną poprzez zaparzanie białek gorącym syropem. I rzeczywiście, gotowy wyrób jest inny niż nasza znana słodka piana z białek. Wydaje się zacznie cięższy, jest dużo bardziej gęsty, bardzo się ciągnie i jest naprawdę bardzo słodki.
Gotowy krem można przechowywać w lodówce około 10 dni, ale lepiej wykorzystać od razu, wszak przygotowanie nie jest specjalnie trudne. Szczególnie dla szczęśliwców posiadających termometr cukierniczy.


Składniki (na niewielki słoiczek, ok 200 g):

• 2 białka jajek
• 100 g cukru + 2 łyżki
• ¼ szklanki wody

W rondelku umieścić 100 g cukru i wodę. Zagotować i gotować do uzyskania syropu o temperaturze 120 stopni Celsjusza tzw. soft ball stage. Bez termometru cukierniczego też można sobie poradzić – należy do naczynia z bardzo zimną wodą wlać kroplę syropu i jak z tej kropli uda się w palcach uformować kulkę – odpowiednia temperatura jest osiągnięta (gdy temperatura będzie zbyt niska – kropla syropu się rozleje, już w trakcie opadania na dno w naczyniu „postrzępi się”).
W między czasie białka ubić na sztywną pianę z dwoma łyżkami cukru. Cały czas ubijając, powoli wlewać gorący syrop i miksować, aż masa ostygnie – około 3 minut po wlaniu całego syropu. Masa powinna bardzo zgęstnieć, stać się ciągnąca tak, że piórka miksera wyjęte z masy pociągną za sobą jej nitki. Gotowe. Krem przełożyć do słoiczka i przechowywać w lodówce.



Kakaowa rolada bez pieczenia



Znowu dopadło mnie szaleństwo wykorzystywania mleka skondensowanego. I chociaż staram się urozmaicać wypieki jak tylko mogę, niestety gdy widzę coś, co ma w sobie owo mleko (albo masło orzechowe) – zwykle wędruje na początek kolejki, lub omija ją całkowicie, zyskując status „natychmiast do zrobienia”. Tak, jestem niecierpliwa. Gdy się na coś nastawię, zacznę o tym myśleć i oczami wyobraźni już to mieć, tam być lub to robić – nic nie jest w stanie mnie od tych myśli odciągnąć. Czas do zrealizowania znalezionego deseru dłuży mi się niemiłosiernie, a ja nie wiem co ze sobą zrobić, choć nie należę do osób dysponujących nadmiarem wolnego czasu…Tak właśnie jest, gdy przeglądając blogosferę natknę się na coś wyjątkowego. Tytuł, zdjęcia, opis przygotowania. A ja, osoba wybitnie działająca według planu, z zegarkiem w ręku i ze ściśle rozpisanym tygodniem, co do minuty wiedząca co będzie robić o każdej porze każdego dnia tygodnia – czas na pieczenie pozostawia sobie na sobotnie i niedzielne wieczory. A gdy znajdę coś niesamowitego już w poniedziałek? Coś, co chciałabym zrobić już teraz, w tej sekundzie, coś co nie pozwoli mi zaznać spokoju, aż nie poczuję w ustach jego smaku? Muszę wziąć na wstrzymanie. Oglądam przepis, a gdy go sama wymyślę – udoskonalam (na razie na papierze lub w głowie), patrzę na niego – ale NIE. NIE ZROBIĘ! Będę twarda jak kupa żelastwa, nie ugnę się. I udaje mi się. Sukces. W nagrodę – ciasto. Albo deser. Ten, o którym myślałam już od początku tygodnia. Tak na umilenie sobotniego wieczoru 
Długi wstęp, bo ten deser właśnie miał taka historię. Po przeczytaniu składników, przepisu i komentarzy pod nim, wiedziałam, że to będzie strzał w dziesiątkę. Wiedziałam, że z takich składników musi wyjść coś obłędnego. Wiedziałam, że wszystko inne zostanie rzucone w kąt, a ja zajmę się od razu tą roladą. I tak było.
Od razu ją zrobiłam. Spróbowałam dopiero następnego dnia, po przegryzieniu się w lodówce. I ledwo powstrzymałam się od spałaszowania połowy rolady na raz. Taka pyszna. Naprawdę. Wcale nie za słodka, kakaowa, ale z posmakiem mleka skondensowanego. Zmieniłam nadzienie, więc kakaowa słodycz rolady równoważy kwaskowość sera, który dodałam do środka. Konsystencja – bardzo kremowa, bardzo gęsta, lekko ciągnąca. Miękka, ale nadająca się do krojenia. Gdy się ją zbyt mocno ściśnie – odkształca się. A alkoholu nie czuć – może dlatego, bo wódkę zastąpiłam likierem, ale pomimo tego lekka ostrość procentów pozostała. Idealna. Pod każdym względem. Jak pisałam wyżej, zmieniłam nadzienie, żeby aż tak słodkie nie było. Zdecydowanie zredukowałam ilość cukru – i dobrze, bo deser i tak jest słodziutki. Przepis inspirowany tym przepisem.



Składniki:
• 400g herbatników
• 533 g (1 puszka) mleka skondensowanego słodzonego
• 50 ml likieru czekoladowego
• 40g kakao

• 250 g twarogu
• 30 g masła
• 20 g cukru pudru + cukier wanilinowy
• 70 g wiórków kokosowych

• 50 g cukru pudru
• 10 ml wody
• wiórki kokosowe – około 1 łyżki

Herbatniki zmielić w malakserze na malutkie okruszki.
Mleko skondensowane wlać do dużej miski, wsypać herbatni, dodać likier i kakao. Wszystko wymieszać, lub delikatnie zmiksować do dokładnego połączenia się. Powstała masa będzie bardzo lepka – należy wstawić ją do lodówki przynajmniej na godzinę. Wtedy stwardnieje i nabierze odpowiedniej konsystencji.
Pod koniec chłodzenia masy przygotować nadzienie: twaróg zmiksować z masłem, cukrem pudrem i cukrem waniliowym. Dodać wiórki kokosowe i wymieszać. Tutaj warto spróbować masy – jeżeli będzie zbyt mało słodka, można dodać cukru pudru, ale należy pamiętać, że w lodówce chłodzi się masa z mlekiem skondensowanym, która jest słodka. Odstawić, ale nie do lodówki.
Po godzinie wyjąć masę z lodówki i wałkować ją na blacie oprószonym cukrem pudrem. Rozwałkować na prostokąt o dowolnej grubości – mój miał około 0,5 cm grubości. Na nim rozsmarować serowe nadzienie, zostawiając 1 cm brzegu wolnego (na sklejenie rolady). Zwinąć, docisnąć na końcu, zwinąć w papier do pieczenia, lub folię i odłożyć na noc do lodówki.
Następnego dnia przygotować lukier – cukier puder utrzeć z wodą na gęstą, ale lejącą masę. Konsystencję można regulować ilością cukru pudru i wody – gdy zbyt rzadka, dodać cukru, gdy zbyt gęsta – wlać wodę. Roladę wyjąć z lodówki. Na wierzchu rozsmarować lukier i posypać wiórkami kokosowymi. Schłodzić ponownie, aż lukier stężeje, aa następnie kroić na plastry.
Smacznego!



Migdałowo – kokosowa tarta z porzeczkami i bananami



Tarty tak naprawdę odkryłam dopiero wtedy, gdy zaczęłam prowadzić bloga. I choć wcześniej już wiedziałam, że coś takiego istnieje – słyszałam o nich w programach kulinarnych, widziałam zdjęcia w książkach kucharskich, zawsze omijałam je szerokim łukiem. Chyba wydawały mi się takim niepełnym ciastem – bo tylko spód, bo dużo nadzienia, bo takie dziwne. Ani to tort, ani deser, ani ciasto. A gdy zobaczyłam propozycję wytrawnej tarty, złapałam się za głowę. Niesłodka? Na obiad? Niemożliwe….a jednak. To było bardzo dawno temu. Teraz tarty są obowiązkową pozycją w moim menu – zarówno te słodkie, jak i wytrawne. I właśnie one są dla mnie inspiracją, bo w nich, tak jak w popularnych koktajlowych nabijanych na wykałaczkę koreczkach można umieścić wszystko. I to mi się bardzo podoba. Jedyną granicą jest nasza wyobraźnia, choć w ramach zdroworozsądkowego myślenia nie sądzę, by ktoś odważył się na połączenie łososia wędzonego z sosem czekoladowym, ale mnóstwo innych z pozoru dziwnych kompozycji jest jak najbardziej pożądana! Tarty mają jeszcze jedną zaletę – bardzo szybko się je przygotowuje. Kruchy spód, z dosłownie trzech składników, którego nawet – jak ktoś nie chce – nie trzeba podpiekać, a wierzch wedle uznania, dowolny. Warto tylko pamiętać, by składniki nadzienia zespoić razem – wszak to nie jest pizza, tylko tarta. Dlatego do tart dodaje się wypełniacze w postaci mieszaniny jajek, mleka, śmietany, ziół i przypraw.
Poniższa tarta, choć przyznam, że nie przygotowywana w odpowiedniej formie podbiła moje podniebienie. Słodko – kwaśna. Z mlekiem skondensowanym, wiórkami kokosowymi, migdałami, gorzką czekoladą i kwaśnymi porzeczkami. Przeciwstawne smaki w idealnej kompozycji. Każdy ze składników czuć osobno, każdy przenika smakiem przez całe ciasto i tworzy połączenie, które nie pozwala na poprzestanie na jednym kawałku. Słodycz najpierw, potem lekki smak wyrazistej czekolady i na końcu kwaskowaty posmak porzeczek, wyrównujący tę początkową słodycz. Pyszne, naprawdę warto spróbować! Polecam!


Składniki:

Spód:
• 120 g mąki
• 40 g cukru
• 50 g masła
• 2 łyżki zimnej wody

Nadzienie:
• 70 g gorzkiej czekolady
• 20 g masła
• 2 banany
• 100 g czerwonych porzeczek (mogą być mrożone)

• 400 g mleka skondensowanego słodzonego
• 250 ml wody
• 20 g mąki ziemniaczanej
• 3 żółtka
• 30 g wiórków kokosowych + do posypania po wierzchu
• 30 g płatków migdałowych

Przygotować spód: W misce zagnieść mąkę z cukrem i masłem, aż powstaną okruszki. Masa będzie sypka, ale nie należy się tym przejmować. Następnie dodać wodę i wyrobić gładkie, kruche ciasto. Wylepić nim spód formy do tarty (moja forma, nie do tarty o boku 20 cm) wyłożonej uprzednio papierem do pieczenia i podpiec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni Celsjusza przez około 10 minut. Wyjąć, wystudzić na czas przygotowywania nadzienia.

Przygotować nadzienie: Gorzką czekoladę stopić na parze z masłem, ostudzić.
Banany pokroić na plasterki.
Porzeczki – jeżeli nie mrożone, pozbawić cielonych gałązek, umyć i osuszyć.
Do dużego garnka wlać wodę, dodać mąkę i dokładnie wymieszać, aby pozbyć się wszelkich grudek. Dodać mleko skondensowane i zółtka. Podgrzewać na małym ogniu, mieszając cały czas aż mieszanina wyraźnie zgęstnieje a na powierzchni pojawią się bąbelki. Zdjąć z ognia, dodać wiórki i płatki migdałowe. Wymieszać.
Na podpieczony i wystudzony spód wylać roztopioną czekoladę. Na nią poukładać plasterki bananów, następnie rozsypać porzeczki a na wierzch wyłożyć masę mleczną. Wyrównać wierzch, posypać wiórkami kokosowymi i wstawić do lodówki przynajmniej na 3 godziny, aż masa się zetnie, a czekolada stężeje.

Smacznego!



Pudding z ciasta bananowego



Propozycji na zutylizowanie ciast, które już nam się przejadły, których nikt nie chce jeść, albo po prostu, w których coś nam nie pasuje jest już na blogu kilka. No bo po co trzymać taki wypiek – w nadziei, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności wpadnie niespodziewany gość i krzyknie: „Hej, macie może jakieś nieudane, niesmaczne lub czerstwe ciasta? Bo ja takie uwielbiam i chętnie opróżnię Wam kuchnię ze wszystkich tego typu zaległości!”. Nie ma szans. Stąd przepisy na bajaderki, puddingi i wszelkie inne takie praktyczne desery!
A ja tym razem upiekłam ciasto, którego, jak to zwykle ja – połowę zjadłam, a dugą połowę zamiast tradycyjnie zamrażać, wykorzystałam do przygotowania tego oto poniższego puddingu. Z premedytacją. Z planem, który rozwinął się w mojej głowie już dawno – najpierw ciasto bananowe, a potem pudding bananowy. O cieście pisałam już wcześniej, nie mam co rozpisywać się o nim ponownie, jedyne co mogę dodać, to mały komentarz, że do poniższego deseru nie jest niezbędne użycie właśnie tego ciasta. Można w zasadzie posłużyć się każdym, jednakże należy pamiętać, że ono nadaje smak. Warto więc, aby było wyraziste na tyle, by po dodaniu pozostałych składników nie zniknęło w gąszczu mleka i jajek. Nie polecam więc drożdżowych, piaskowych i ucieranych ciast typu mleczne, śmietankowe lub waniliowe – efekt może być mdły, zwyczajnie słodki, mało konkretny.
Użycie ciasta bananowego – tak jak w moim przypadku – sprawiło, że pudding jest bardzo smaczny. Rzeczywiście bananowy, odpowiednio słodki o bardzo, bardzo fajnej strukturze. Ciężko ją określić – coś pomiędzy bardzo twardym budyniem a sernikiem na zimno, z wyczuwalnymi kawałkami ciasta. Czekolada pokręciła smak deseru, nadała mu odrobiny wyrazistości i urozmaiciła bananową dominację. Pudding zdecydowanie musi być trzymany w lodówce i serwowany schłodzony. Trzymany w temperaturze pokojowej mięknie i traci na smaku, analogicznie jak serniki. Najlepsze schłodzone. Zdecydowanie polecam! Przepis z książki Anny Olson „Back to baking”.



Składniki (zmniejszyłam ilość – miałam mniej ciasta):
• połowa tradycyjnej wielkości chlebka bananowego (pieczonego w zwykłej keksówce)
• 60 g czekolady deserowej
• 350 ml mleka
• 2 jajka
• 50 g cukru

Piekarnik nagrzać do 175 stopni Celsjusza.
Jeżeli ktoś ma ciasto podeschnięte, może ten krok pominąć, natomiast w przypadku świeżego i wilgotnego – jest on niezbędny: ciasto bananowe pokroić na małe, 2 cm kwadraty, rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i wstawić do nagrzanego piekarnika na 10 minut, aby wyschło (lepiej wchłonie płyn). Po tym czasie przełożyć do miseczki, wystudzić.
Do średniej wielkości miseczki połamać czekoladę. W garnuszku zagotować mleko – jak tylko zacznie wrzeć zdjąć z ognia i zalać nim czekoladę. Odczekać minutę aż czekolada zacznie się topić, a następnie przemieszać, aby uzyskać jednolitą i gładką konsystencję. Czekolada ma się całkowicie roztopić w mleku, a całość lekko przestygnąć.
W dużej misce zmiksować jajka z cukrem na puszystą, jasną masę. Powoli, najpierw po łyżce – dolewać masę czekoladową, a gdy jajka się ogrzeją wlać resztę masy (dodanie na raz całej mocno ciepłej masy czekoladowej może spowodować ścięcie się jajek). Dokładnie zmiksować. Dodać wystygnięte kawałki ciasta i lekko przycisnąć, aby każdy kawałek został oblany masą. Tak przygotowany pudding zostawić na około 10 minut, mieszając okazyjnie, aż kawałki ciasta zrobią się miękkie i zaczną rozpadać w trakcie mieszania. Ciasto nie wchłonie całego płynu – około połowa powinna zostać w misce, a całość ma konsystencja przypominać gęstą zupę.
Formę kwadratową o boku około 17 – 20 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Przelać do niej masę, wygładzić i wstawić do piekarnika nagrzanego tym razem do 160 stopni Celsjusza. Piec około 30 minut (aż do suchego patyczka). Puddnig nie urośnie, lekko zbrązowieje. Po upieczeniu, należy ciasto wystudzić i wstawić do lodówki przynajmniej na kilka godzin.

Smacznego!