Kakaowe ciasto z budyniem z masła orzechowego



Kiedy zastanawiam się jaką słodyczą umilić sobie najbliższy tydzień – bo tyle czasu zajmuje mi zjedzenie mojego dzieła, zwykle pierwsze co mi przychodzi do głowy – czekolada. Ciasta czekoladowe zawsze się sprawdzają, bo nie dość, że są pyszne, to dodatkowo zdecydowanie poprawiają humor, który nie zawsze mi dopisuje. Wiem, że nie można też z takimi wypiekami przesadzić, bo zbyt duże natężenie ciast lub deserów czekoladowych wyjdzie mi bokiem, ale dość często, z małymi przerywnikami raczę się takim rarytasem. Dla Czytelników mojego bloga nie będzie zaskoczeniem jak napiszę, że większość moich wypieków ma styl brownie, wszak uwielbiam mokre, maziste i ciężkie ciasta a wystrzegam się suchych i kruszących. Czytelnicy również mogą zauważyć, że uwielbiam masło orzechowe i bardzo często dodaję je do ciast – albo w postaci dodatku do masy, albo jako oddzielną warstwę, żeby dokładnie było czuć jego smak. To wszystko dlatego, bo uwielbiam połączenie słodyczy ze słonym smakiem masła, który stanowi dla mnie receptę na całe zło :-)
Dlatego tym razem również polecę czekoladowe ciasto z masłem orzechowym, ale bardziej niż ciasto, nazwałabym je twardym puddingiem. Zawiera stosunkowo niedużo mąki, dlatego jego struktura jest mocno sprężysta, może troszkę gąbczasta i zdecydowanie ciężka, choć nie zapychająca. Na wierzchu pokryłam go warstwą domowego budyniu z masłem orzechowym, aby podkreślić smak czekoladowy i dodać trochę wariacji. Wyszło wspaniale. Słodko – słony budyń, czekoladowe, choć w zasadzie kakaowe ciasto, po prostu pycha!


Składniki:
• 60 g masła
• 130 g cukru
• 2 jajka
• 200 g mąki
• 40 g kakao
• ¼ łyżeczki sody oczyszczonej
• ¾ łyżeczki proszku do pieczenia
• 150 g jogurtu naturalnego
• 100 ml mleka

• 300 ml mleka
• 50 g brązowego cukru
• 80 g masła orzechowego
• 20 g mąki ziemniaczanej
• 1 żółtko
• 10 g masła

• kakao do oprószenia

W niewielkim naczyniu połączyć mąkę, kakao, sodę oraz proszek do pieczenia.
Jogurt połączyć z mlekiem – wymieszać.
W średniej misce utrzeć masło z cukrem na puszystą masę. Następnie dodawać po jednym jajku, miksując po każdym wbiciu. Do masy jajecznej wsypać 1/3 mąki, zmiksować, potem wlać połowę jogurtu wymieszanego z mlekiem, ponownie zmiksować. Dodać połowę pozostałej ilości mąki, następnie resztę jogurtu z mlekiem i na końcu resztę mąki – miksując po dodaniu każdego składnika. Masę przelać do formy o wymiarach 26 cm x 17 cm, wyłożonej papierem do pieczenia i wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni Celsjusza i piec 15 minut. Ważne bo nie przepiec, wbity w środek patyczek powinien być lekko oblepiony masą.
W między czasie przygotować budyń orzechowy – w garnuszku zmiksować na gładką masę mleko, brązowy cukier, masło orzechowe, mąkę ziemniaczaną oraz żółtko. Wstawić na średni ogień i cały czas mieszając zagotować masę, aż powstanie budyń. Zdjąć z ognia i dodać masło – wymieszać.
Gdy ciasto się upiecze, pozakłuwać patyczkiem wierzch i natychmiast wylać gorący budyń. Rozprowadzić po powierzchni ciasta i wystudzić. Wstawić do lodówki na kilka godzin, lub całą noc, a przed podaniem oprószyć kakao.

Smacznego!



Pączki. Moje pierwsze takie



Obiecałam. Sobie i innym. I napisałam o tym na blogu. Zrobię pączki. Drożdżowe, które muszą rosnąć, które trzeba wyrabiać. Te, których nie lubię. Przyznaję, że zabierałam się do nich jak przysłowiowy pies do jeża – myślałam o nich, obliczałam jakiego dnia i o której godzinie zacząć zagniatać ciasto, aby wszystkie etapy logistycznie połączyć, nie rezygnując jednocześnie z biegania, spania, pracy, zakupów i wszystkich innych rzeczy, które robię na co dzień i jednocześnie usmażyć pączki o normalnej porze. I udało się. Mój misterny plan się udał, pozwalając wykonać więcej rzeczy niż sobie zakładałam. A ponieważ ja pączków nie lubię – i nadal trzymam się tej wersji, chociaż te wyszły znacznie lepsze niż sklepowe – upiekłam dla siebie ciasto. Robiąc jednocześnie pączki. Co oznacza, że nie są aż tak frapujące i absorbujące. Choć przy smażeniu – trzeba na nie uważać i lepiej więcej absorbujących rzeczy nie robić.
Decydując się na pączki, musiałam mieć sprawdzony, na 100% pewny i odpowiednio wyważony ilościowo przepis. Musiałam go poszukać, poszperać i poczytać. W książkach i broszurkach kucharskich przepisów na pączki jest całe mnóstwo i chociaż nie mam podstaw, żeby nie wierzyć w ich rzetelność, ja jednak wiedziałam skąd i od kogo mogę liczyć na absolutny profesjonalizm. A ponieważ każde ciasto drożdżowe tej autorki mi wyszło, po pączki jej także sięgnęłam bez mrugnięcia okiem. I bardzo dobrze! Postanowiłam postąpić dokładnie z instrukcją, nawet w przypadku czasu wyrabiania ciasta. 45 minut mieszania. Ręcznie. Ale dałam radę. I wysiłek się opłacił. Pączki wyszły takie jak trzeba – pulchne, ale lekkie, z białą obwolutką i przyjemnie żółciutkie. Dla pączkomaniaków!
Polecam! Oryginalny przepis tu. Ja zmniejszyłam ilości o połowę i takie proporcje podaję.


Składniki (na 12 pączków):
• 300 g mąki
• 60 g masła
• ½ łyżki suchych drożdży
• 120 ml mleka
• 30 g cukru
• 1 jajko
• 4 żółtka

• Olej do smażenia

Lukier:
• 250 g cukru pudru
• 40 ml wody

Mąkę przesiać. Mleko podgrzać. Dodać do niego drożdże, łyżeczkę cukru, wymieszać i zostawić do wyrośnięcia – na około 10 minut.
Masło, cukier, jajko i żółtka utrzeć na jasną masę. Dodać do niej mąkę, wyrośnięte drożdże i wyrabiać ciasto około 1 godzinę. Ja wytrwałam 45 minut i wystarczyło. Wyrobione ciasto odstawić do wyrośnięcia, aż podwoi objętość – około godzinę w ciepłym miejscu. Po tym czasie z wyrośniętego ciasta formować kulki i układać na blaszce, talerzu lub desce. Przykryć ściereczką i ponownie zostawić do napuszenia. W szerokim garnku nagrzać olej do temperatury 180 stopni Celsjusza (wrzucony kawałek ciasta lub chleba ma się zarumienić w ciągu 40 sekund) i wkładać wyrośnięte kulki. Nie można na raz smażyć dużo pączków, bo temperatura oleju spadnie – a aby nie wchłonęły zbyt dużej ilości tłuszczu i usmażyły się w środku – temperatura oleju musi cały czas oscylować w granicach 180 stopni. Pączki smażyć ok 3 minuty z każdej strony, aż będą złociste. Usmażone przekładać na ręcznik papierowy.
Przygotować lukier: cukier puder utrzeć z wodą na gładką i gęstą masę. Wystudzone pączki polać lukrem i poczekać aż zastygną.
Smacznego!







Przepis dodaję do akcji:
Tłusty czwartek 2014

Makowy torcik na białkach



Czy używanie maku do wypieków jest zarezerwowane tylko na Święta? Wiem, że tak się przyjęło: mak = Wigilia, prezenty, zima, choinka i kolędy. Ja również mam takie skojarzenia, ale przecież nie można wszystkiego aż tak kategoryzować. Wiem, wiem – makowiec smakuje tak dobrze tylko w Święta, babka drożdżowa zyskuje 100% smaku w Wielkanoc, ba! nawet zwykłe jajka smakują wtedy inaczej. Ale nie popadając w przesadę i chcąc zużyć zostawiony właśnie na taki wypiek mak, postanowiłam wreszcie zrealizować postanowienie i zobaczyć, jak będzie smakowało ciasto z makiem nie okraszone świąteczną atmosferą.
Najpierw miały być muffinki. I było to tak silne postanowienie, że żadnej innej wiadomości do siebie nie przyjmowałam tylko muffinki, muffinki i muffinki. Z makiem i cytryną albo pomarańczą. Bo pasują do siebie, bo widziałam na kilku blogach to połączenie i zdecydowanie się sprawdziło. Ale gdy wpadłam na ten przepis, muffinki natychmiast poszły w odstawkę. Urzekły mnie składniki, wygląd i ciekawe połączenie smaków wypieku. Postanowiłam zaryzykować, ale ja – jak to ja – z własnymi przeróbkami i modyfikacjami. Przede wszystkim ilość zmniejszyłam o połowę, wiedząc, że ciasto z kremem ma dość ograniczony termin ważności i by zapobiec ewentualnemu popsuciu, upiekłam mini wersję tego torcika. Zmieniłam także krem – zamiast maślanego dałam budyniowy i zamiast mieszać z malinami, posmarowałam spód ciasta dżemem. I wcale nie malinowym, a wiśniowym. Więc w zasadzie ciasto, które miało być odwzorowaniem oryginału wyszło mi kompletnie inaczej. Z każdym składnikiem innym.
A jaki smak? Delikatnie makowy, budyniowy i wiśniowy jednocześnie. Ciasto jest pyszne, bardzo lekkie, wszak na samych białkach. Mak przyjemnie czuć w smaku, ale nie przytłacza i nie chrzęści między zębami. Mój wybór na dodanie dżemu wiśniowego – z obawy przed przesłodzeniem sprawił się znakomicie, wszak jego smak jest bardzo intensywny, a kwaskowość wiśni, bardzo wyczuwalna. Sytuację wyrównuje budyń, domowy i słodki. Ale taki ma być. Słodki na tyle, by całe ciasto dosłodzić, ale nie obciążyć. Dzięki temu można jeść kawałek, po kawałku…


Składniki (z moimi modyfikacjami):
Na ciasto:
• 180 g mąki
• 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
• szczypta soli
• 25 g maku
• 2 białka
• 130 g cukru
• 50 g masła
• 100 ml mleka
• sok z 1 dużej cytryny

Na krem budyniowy:
• 200 ml mleka
• 2 żółtka
• 70 g cukru
• 30 g mąki

Ponadto:
• 200 g dżemu wiśniowego
• 200 ml śmietany kremówki

Przygotować ciasto: W niewielkiej miseczce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, sól i mak. Odstawić.
W drugiej misce ubić na sztywną pianę białka.
W kolejnej – trzeciej misce utrzeć masło z cukrem na jasną i puszystą masę. Dodać sok z cytryny, zmiksować. Wlać ¼ ilości mleka – zmiksować. Następnie dodać 1/3 ilości mieszaniny mącznej – zmiksować. Wlać połowę pozostałego mleka – zmiksować. Dodać kolejną 1/3 mąki, na zmianę z resztą mleka – zmiksować. Na końcu wmiksować ostatnią część mąki. Ciasto przełożyć do naczynia o średnicy ok 13 cm, wyłożonego papierem do pieczenia, wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni Celsjusza i piec przez ok 25 minut (aż do suchego patyczka). Ciasto wyjąć, całkowicie wystudzić a następnie przeciąć na dwa blaty.
Przygotować krem: W garnku zagotować mleko. W misce żółtka utrzeć z cukrem, następnie dodać mąkę i dokładnie zmiksować. Gdy mleko zawrze delikatnie, bardzo wolnym strumieniem, nie przerywając miksowania wlewać je do żółtek, a gdy całość się połączy – ponownie miksturę przelać do garnka i na wolnym ogniu zagotować cały czas mieszając. Budyń powinien bardzo zgęstnieć i „bąblowac”. Wyłączyć gaz, wystudzić.
Kremówkę ubić na sztywną pianę. Dwie – trzy łyżki jej przełożyć do zimnego budyniu i zmiksować (lub wymieszać łyżką) aby go rozrzedzić i umożliwić rozsmarowanie.
Dolny blat ciasta położyć na paterze, lub talerzu. Posmarować go dżemem, zostawiając jednak 0,5 cm brzegu wolnego. Na dżem wyłożyć budyń i rozsmarować. Przykryć drugim blatem. Ubitą kremówkę rozsmarować na wierzchu i bokach ciasta. Schłodzić.
Smacznego!

Pączki hiszpańskie/wiedeńskie



Prowadzenie bloga zobowiązuje. I chociaż jest to dla mnie ogromna przyjemność, pewna forma relaksu i niezwykła mobilizacja do pieczenia nowych ciast, deserów i stosowania różnych technik kulinarnych, jednocześnie wierząc i wiedząc, że ktoś ogląda i czyta moje wpisy – muszę iść z biegiem kalendarza. Co prawda rzadko sugeruję się aktualną datą i latem jestem w stanie upiec ciężkie i rozgrzewające brownie, a w środku zimy lekki jogurtowy deser z brzoskwiniami, ale są takie „kulinarne” święta obok których obojętnie przejść po prostu nie wypada. I chociaż w tych okresach podobnych, albo nawet takich samych przepisów jest mnóstwo, warto nawet dla samego siebie powielić go i opublikować – wszak dla większości z nas własnych blog jest wirtualną książką kucharską połączoną z zeszytem z przepisami. Dlatego warto czasem dać ponieść się tłumom i postąpić tak jak wszyscy.
Gorszy scenariusz pojawia się wtedy, kiedy zdecydujemy się na tematyczny wypiek, a wszelkie znaki na niebie i ziemi, oraz wszelkie niezależne od nas czynniki będą nam pokazywać, że nie powinniśmy się za niego zabierać, a im nam bardziej zależy – tym bardziej opłakane będą skutki.
Podsumowując wstęp – ja tak mam. Dokładnie tak. Czytając najnowsze wpisy na blogach, nawet nie trzeba orientować się jaką datę mamy dzisiaj, by zgadnąć, że wielkimi krokami zbliża się tłusty czwartek. I napiszę to słowo: niestety. Nie lubię tego święta, tak samo jak nie lubię pączków i faworków. Nie jem ich i nawet tego nie ukrywam. Ale to nie znaczy, że nie próbuję swoich sił w smażeniu tych tłuściutkich, okrąglutkich przypominaczy o końcu karnawału. Rok temu był mój debiut i kompletna porażka. Spalone, twarde i niekształtne. Mało wyrośnięte i jakieś takie dziwne. Niedobre.
Dlatego w tym roku, będąc uparta i chcąc jednak iść z duchem kalendarza – postanowiłam usmażyć pączki ponownie, ale już kompletnie inne. Kompletnie, bo bez drożdży, bez proszku do pieczenia i bez cukru. Dziwne? Ale prawdziwe. Pączki hiszpańskie lub wiedeńskie. Z ciasta ptysiowego. Banalne do przygotowania, ale do usmażenia już nie takie proste. Bo także trzeba pilnować temperatury oleju i barwy pączków. Zaletą ich jest szybkość – ciasto nie rośnie, jedynie musi wystygnąć, ale to nie trwa długo. Potem dodajemy jajka, formujemy i siup – do oleju. Na szczęście pączki nie są duże, robią się puste w środku i dość szybko się je smaży. Ja, chociaż nie miałam z nimi wcześniej do czynienia i chociaż nienawidzę pączków i podchodzę do nich z ogromną niechęcią – poradziłam sobie wyśmienicie. A ponieważ poszło mi tak dobrze, już wiem, że przed tłustym czwartkiem spróbuję usmażyć jeszcze raz pączki, ale tym razem już drożdżowe. A może mi się uda?


Składniki:
• 110 ml wody
• 50 g masła
• 100 g mąki
• szczypta soli
• 2 jajka

• 250 g cukru pudru
• 40 ml wody

W garnuszku zagotować wodę z masłem i solą. Gdy zawrze, zdjąć z ognia i dodać mąkę. Podatwić garnek na malutkim gazie i ucierać masę drewnianą pałką lub łyżką, do powstania jednolitego, bardzo gęstego i gładkiego ciasta (wręcz powinna powstać jedna wielka klucha) odchodzącego od ścianek garnka. Całkowicie wystudzić. Następnie wbić jajko i zmiksować masę. Potem wbić drugie jajko. Ponownie zmiksować. Masa powinna być gęsta, ale dająca się formować. Powinno się ją teraz przełożyć do rękawa cukierniczego i wyciskać kółka, ale mój rękaw był zbyt mały do tak gęstego ciasta, więc ja brałam porcje ciasta, wałkowałam je w rękach na kształt ruloników i składałam na kształt kółka. Takie formy należy układać na papierze do pieczenia (można do posmarować lekko olejem). Wokół pączka papier uciąć nożyczkami tak, by można było spokojnie pączka przenieść do garnka trzymając za papier (ma on służyć jako łopatka na której przenosimy uformowane ciasto). W dużym garnku rozgrzać olej do temperatury ok 175 stopni Celsjusza (wrzucony kawałek ciasta ma się zrumienić w czasie ok. 40 sekund). Wycięty kwadrat z papieru z pączkiem na wierzchu przenosimy nad garnek i kładziemy na olej pączka odwracając papier do góry nogami tak, że pączek ma być w oleju a papier na górze. Po chwili będzie można bez problemu papier ściągnąć. Niektóre pączki zsuwały się z papieru same, bez konieczności odklejania go. Smażyć około 3-4 minuty z każdej strony. Wyjąć na papierowy ręcznik, wystudzić.
W tym czasie przygotować lukier: w miseczce utrzeć cukier puder z wodą na gęstą pastę. Następnie posmarować każdego pączka i poczekać aż zastygnie.
Smacznego!





Przepis dodaję do akcji:
Tłusty czwartek 2014

Brownie z masłem orzechowym i krówkami



Kiedyś sztandarowym czekoladowym hitem podwieczorków, poobiednich deserów lub spotkań towarzyskich było ciasto murzynek. Łatwe, szybkie, z kakao oraz polewą. Fajne, smaczne, przyjazne ciasto, które znali chyba wszyscy i każdy wiedział, że na proszonej herbatce oprócz drożdżowego na półmisku ciast na pewno pojawi się ten właśnie wypiek. Ale czasy się zmieniają, upodobania również i chociaż ja nie mam nic przeciwko miłośnikom klasycznych wypieków, od siebie wymagam czegoś innego. No bo ile można. Ile razy można podawać ten sam rodzaj ciasta, który nie ulega zmianom od wieków. Ja zawsze staram się ciasto w jakiś sposób urozmaicić. Choćby dodając jakiś składnik, zamieniając go z innym i inaczej piec. Bo jak się okazuje pieczenie też ma swój niebagatelny wpływ na jakość i smak ciasta. I zdecydowanie wolę ciasta niedopieczone niż przepieczone. Choć z własnego doświadczenia wiem, że nawet jak ciasto przestanie się piec, wyjmę je nawet z piekarnika – ono i tak pod wpływem własnego ciepła jeszcze się dopiecze. Dlatego takie prawdziwe brownie wychodzi mi tak rzadko.
Z tym ciastem też dałam czadu. Kiedyś w necie przemknął mi podobny przepis i postanowiłam wysilając swoje szare komórki, starając go sobie przypomnieć – odwzorować choćby po części tamten wypiek. Czy mi się udało? Nie wiem, ale wiem, że jeżeli w połowie smak był odwzorowany, to mój wysiłek nie poszedł na marne. Ciasto wyszło przepyszne. Mocno czekoladowe – choć sama masa zawiera kakao, ale kawałki czekolady wmieszane do środka zdecydowanie dają o sobie znać. A wierzch będący mieszanką słodkich i ciągnących krówek ze słonym masłem orzechowym jest nie do podrobienia. Wszystko tworzy mieszankę iście kosmiczną. Struktura ciasta jest dość zwarta, choć gdy nie damy mu do końca wystygnąć – mięciutkie i na wpół rozpuszczone kawałki czekolady rozpływają się w ustach, a płynne krówki i masło orzechowe rozlewa na podniebieniu. Zdecydowanie polecam!!!


Składniki:
• 60 g masła
• 130 g cukru
• 4 jajka
• 35 g kakao
• 5 g kawy rozpuszczalnej (proszku)
• ¼ łyżeczki soli
• 250 g mąki
• 1 łyżeczka proszku do pieczenia
• 100 g deserowej czekolady, posiekanej na niewielkie kawałki

• 90 g masła orzechowego
• 150 g krówek, pokrojonych na kawałki

Do średniej wielkości miseczki wsypać mąkę, kakao, kawę, proszek do pieczenia i sól. Wymieszać. Odstawić.
W garnuszku stopić masło, następnie dodać cukier i pogotować chwilę, aby cukier się rozpuścił. Ostudzić. Następnie wbijać jajka, jedno po drugim, miksując po każdym dodaniu. Masę jajeczną przelać do mąki z kakao, zmiksować do powstania gładkiej, ale gęstej masy. Jeżeli okaże się, że masa będzie bardzo gęsta, można ją rozrzedzić jogurtem naturalnym, albo mlekiem. Wmieszać posiekaną czekoladę.
Masło orzechowe, jeżeli jest zwarte, należy przełożyć do miseczki żaroodpornej i podgrzać w mikrofali, albo włożyć do garnuszka i na małym ogniu rozpuścić – powinno być gęste, ale płynne.
Ciasto przelać do blachy o boku ok. 26 cm wyłożonej papierem do pieczenia. Wyrównać. Na wierzch wylewać po łyżce masła orzechowego i końcówką nożna rysować esy-floresy, jednocześnie starając się „wepchnąć” troszkę masła w ciasto. Na końcu, wierzch posypać pokrojonymi krówkami. Ciasto przykryć folią aluminiową i wstawić do nagrzanego do 175 stopni Celsjusza piekarnika i piec około 20-25 minut. Kilka minut przed końcem pieczenia można zdjąć folię, aby krówki lekko się przyrumieniły.
Wyjąc ciasto z piekarnika i wystudzić. Smacznego!