Sernik crème brûlée



Zadając pytanie zarówno sobie, jak i wszystkim konsumentom moich wypieków o ich chęci na rodzaj wypieku, który mam zamiar popełnić w 90% pada ta sama odpowiedź: sernik. Okej, ale ile można ich piec? Ile można wymyślać połączeń sera z dodatkami, aby każdy był inny, każdy bardziej zaskakujący od poprzedniego, każdy coraz lepszy. Przyznam, że ostatnio nie miałam weny na ten rodzaj ciasta, ale jak to się mówi: słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Musiał powstać sernik. Zerknęłam więc w Internet i poszukując jakichś ciekawych inspiracji zawiesiłam wzrok na dłużej na seniku crème brûlée z Kwestii Smaku. Popatrzyłam, poczytałam i postanowiłam zrobić. Wydawał się nieskomplikowany i inny. I chociaż za crèmem brûlée nie przepadam – postanowiłam zaryzykować, wszak bardziej niż jeść swoje wypieki lubię patrzeć jak inni konsumują je ze smakiem. Zrobiłam.
Wyszło naprawdę pysznie. Warstwa wierzchnia niestety nie była zbyt wysoka, ale jak dla mnie idealna. Chrupiąca warstwa cukru, idealnie komponowała się z niezwykle kremową teksturą sera. Sera bardzo słodkiego, gdyż do masy należy dodać aż 200 g białej czekolady. Tym razem postanowiłam zaufać autorce i nic nie zmieniać. Dodałam wszystko jak powinno być w przepisie (jedynie zmieniłam rodzaj sera, bo mascarpone w tej masie tłuszczu już dla mnie zdecydowanie było zbyt dużo).
Oceniam ten sernik w skali 1 – 10 na 9 punktów. Malutki minusik jak dla mnie wynika ze zbyt słodkiej masy sernikowej – jedząc razem z warstwą kremu i cukrem z wierzchu zdecydowanie brakuje specyficznej kwaskowości twarogu. Niemniej polecam!


Składniki (z moimi małymi znianami):
Spód:
• 250 g ciasteczek czekoladowych
• 30 g masła
Masa serowa:
• 1 kg sera na serniki
• 30 g mąki ziemniaczanej
• 70 g cukru
• 5 jajek
• 200 g białej czekolady
• 80 ml kremówki
Crème brûlée:
• 350 ml kremówki
• 50 g cukru
• 4 żółtka
Ponadto:
• cukier do karmelizacji, około 6 łyżek

Przygotować spód: Ciastka pokruszyć lub zmienlić w malakserze. Masło stopić i połączyć z ciasteczkami. Wymieszać aż do uzyskania konsystencji mokrego pisaku i wyłożyć dno tortownicy (uprzednio wyłożonej papierem do pieczenia) o średnicy 24 cm. Docisnąć do dnia i schłodzić w lodówce.
Przygotować warstwę serową: Czekoladę stopić wraz z kremówką na jednolitą masę. Przestudzić. W dużej misie zmiksować ser na serniki z mąką i cukrem na gładką masę. Dodawać po jednym jajku, miksując na małych obrotach przez około 30 sekund po każdym dodanym jajku. Dodać stopioną czekoladę, krótko zmiksować. Masę wylać na schłodzony ciasteczkowy spód.
Na dno piekarnika nagrzanego do 175 stopi Celsjusza wstawić keksówkę z wrzątkiem. Tortownicę z ciastem wstawić na kratkę i piec na środkowym poziomie przez 15 minut, a następnie zmniejszyć temperaturę do 120 stopi Celsjusza i piec kolejne 45 minut.
Przygotować wartwę crème brûlée: Przygotować w czasie gdy piecze się sernik. W rondelku podgrzać śmietankę z cukrem. Gdy zacznie się gotować przy brzegach, odstawić z ognia. Żółtka przez minutę rozmiksować mikserem, następnie po łyżce dodawać do żółtek śmietankę, cały czas mieszając masę łyżką. Ostudzić.
Sernik wyjąć z piekarnika (nie wyłączać go, cały czas ma być 120 stopni C). Odczekać około 7 minut aż powierzchnia sernika się wyrówna. Delikatnie łyżką nakładać płynny krem na powierzchnię. Ostrożnie wstawić z powrotem do piekarnika. Piec przez 60 minut w 120 stopniach Celsjusza, aż krem się zetnie (ma być ścięty, ale na środku pozostanie miękki, dodatkowo zesztywnieje jeszcze w lodówce). Po upieczeniu sernik wystudzić w uchylonym piekarniku. Wstawić do lodówki na kilka godzin lub najlepiej na całą noc.
Sernik posypać równą warstwą cukru. Opalić palnikiem karmelizując cukier, lub wstawić pod grill w piekarniku na kilka minut aż cukier się skarmelizuje. Odczekać kilka minut aż zesztywnieje, a następnie kroić na kawałki.
Smacznego!




Jaglane brownie



Nie wiem jakim cudem, ale coraz częściej przekonuję się, że składniki potocznie zwane „obiadowymi” można spokojnie i to z całkiem niezłym efektem dodawać do ciasta. Ciekawi mnie tylko kto wymyśla takie połączenia i ile nieudanych prób musi przełknąć, by wreszcie trafić na jakąś perełkę. Sama miałam już doświadczenie z ciastem czekoladowym z burakami, czy majonezem, ale myślałam, że to już są wyżyny udziwnień i niesamowitych połączeń, na które ludzkie kubki smakowe i zmysł dobrego smaku są sobie w stanie pozwolić. Nic bardziej mylnego. Wiem, że istnieje jeszcze ciasto łączące miks ziemniaków z czekoladą, babka ucierana ze skwarkami z wędzonego boczku, czy desery z wszelkiego rodzaju kaszami.
I o ile nie jestem jeszcze psychicznie przygotowana do dwóch pierwszych wyżej wymienionych wypieków, o tyle ciasto z kaszą postanowiłam upiec. Z kaszą jaglaną – konkretnie brownie. Przekonały mnie do niego liczne pozytywne opinie i zachwyty wypisywane na jego temat w Internecie, a jak wiadomo cała rzesza blogerów kulinarnych nie może się mylić. A ponieważ kaszę jaglaną miałam w domu....zabrałam się.
Ciasto robi się bardzo szybko, jedyną dłużyzną może być przygotowywanie kaszy. Ale i na to jest sposób – po ugotowaniu wystarczy dokładnie przelać ją zimną wodą by natychmiast wystygła. I można działać dalej.
Jakiego efektu można się spodziewać? Mocno kakaowego, ciężkiego i niezwykle wilgotnego ciasta, którego niewielki kawałek wystarczy na popołudniowe/ranne/wieczorne zasłodzenie. Ten typ brownie urzekł mnie dodatkowo brakiem mąki w składzie, właśnie na rzecz kaszy – więc spokojnie, z czystym sumieniem można sobie wmawiać, że kasza, kakao, jajka to idealnie zdrowe połączenie. Jakby śniadaniowe....co prawda w składzie jest także cukier, ale taki drobiazg można wrzucić do worka zatytułowanego 10-cio procentowym odstępstwem od diety. Zdecydowanie polecam! Efekt smakowy jest niezwykły, kompletnie nie przypomina zwykłego ciasta – szczególnie, gdy kaszy nie zmieli się na pastę, a pozostawi część w postaci niezmienionej, jak ja uczyniłam. Dzięki temu uzyskałam fajną teksturę – ciężkie, miękkie ciasto z wyraźnie wyczuwalnymi ziarenkami kaszy. Dla mnie bomba.
Polecam! Przepis zaczerpnęłam z Internetu. Nie będę podawać konkretnego źródła, bo znaczna większość blogerów wzorowała się na tych samych składnikach i technice wypieku, więc chcąc podać inspirację, musiałabym zalinkować około 30 źródeł. Oczywiście zmieniłam to i owo, dla swoich potrzeb, ale ogólny schemat postępowania pozostawiłam bez zmian.


Składniki:
• 150 g kaszy jaglanej
• 3 szklanki wody
• 2 jajka
• 180 g śmietany kremówki
• 200 g cukru
• 40 g kakao
• 1,5 czubatej łyżeczki proszku do pieczenia
• garść orzechów ziemnych

Kaszę jaglaną wypłukać w gorącej wodzie, a następnie ugotować w 3 szklankach wody do miękkości (lub wchłonięcia wody) – około 15 minut. Następnie ostudzić i zmiksować. Można na gładką masę, ale można zostawić także kawałki niezmielonych ziarenek. Do kaszy dodać jajka, śmietanę, cukier, kakao i proszek do pieczenia i wszystko zmiksować.
Ciasto przelać do formy o boku 17 x 23 cm, wyłożonej papierem do pieczenia, posypać orzeszkami i piec w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza przez około 40 minut (patyczek powinien być tylko lekko oblepiony ciastem). Ciasto wyjąć z piekarnika, ostudzić i schodzić przed podaniem (według mnie wszystkie brownie najlepiej smakują schłodzone).
Smacznego!



Tarta z masą czekoladową i pomarańczowym curdem



Czekolada i pomarańcze to bardzo dobre połączenie. Wiedziałam o tym już wcześniej, ale nie pamiętałam aż do momentu, w którym nie spróbowałam tego połączenia w poniższym cieście. Chociaż ciastem tego tworu nazwać raczej nie można, wszak króluje tu głównie czekolada i pomarańczowy curd, na cienkiej warstwie kruchego spodu.
Zabierałam się do tego ciasta jak pies do jeża – bo tyle czekolady, bo jeszcze ten curd pomarańczowy, bo skomplikowane i bardzo kaloryczne. Odkładałam jak tylko mogłam, ale cały czas pamiętałam o nim i byłam niezwykle ciekawa takiego połączenia (tak, moja pamięć jest wybitnie dobra, ale krótka, bo znałam takie połączenie bardzo dobrze wcześniej). Aż w końcu nadszedł dzień, w którym nie było innej możliwości tylko przygotowanie tegoż ciasta – raczej tarty. Pracy z nią było mniej niż się spodziewałam, ale efekt zdecydowanie wart przełamania niechęci. Czekolady zmieszałam – mleczną z gorzką, żeby ten główny składnik nie był zbyt cierpki i okazało się to świetnym pomysłem. Dodatkowo zależało mi na wyraźnym smaku pomarańczy, więc górną warstwę posłodziłam tylko leciutko.
Czekolada fajnie zastygła w lodówce, wierzchnia warstwa curdu też stężała, ale nie tak mocno jak typowy budyń – przyjemnie rozpływa się w buzi, aczkolwiek na talerzyku trzyma fason i dobrze się kroi. Kwaskowato – słodka pomarańcza odświeża i przyjemnie niweluje uczucie „zapchania” po czekoladzie, aczkolwiek nawet maniakom czekolad jeden kawałek w zupełności wystarczy!


Składniki:
Ciasto kruche:
• 250 g mąki
• 50 g cukru
• 120 g masła
• 2 jajka
• 15 g kakao
Czekoladowy ganache:
• 250 g czekolady (po 125 gorzkiej i mlecznej)
• 200 g śmietany kremówki
• 10 g masła
Pomarańczowy curd:
• 5 żółtek
• 65 g cukru
• sok z 3 średnich pomarańczy
• 50 g masła
Ponadto:
• Kilka kostek czekolady do ozdoby

Przygotować ciasto: wszystkie składniki oprócz kakao zagnieść razem do uzyskania gładkiego ciasta, a następnie wgnieść kakao – dzięki temu powstanie ażurowy, dwu kolorowy spód. Uformować z ciasta kulę, zwinąć w folię i chłodzić w lodówce przynajmniej pół godziny. Następnie wyłożyć spód formy o wymiarach 17 x 23 cm wyłożonej uprzednio papierem do pieczenia i piec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni Celsjusza przez 15 minut. Wyjąć, wystudzić.
Przygotować ganache: do miseczki połamać czekoladę. W rondelku podgrzać śmietanę do punktu wrzenia a następnie zalać nią czekoladę. Wymieszać do powstania gładkiej, jednolitej i lśniącej masy. Dodać masło i ponownie wymieszać, aż masło się rozpuści. Przestudzić. Czekoladę wylać na zimny kruchy spód i schłodzić w lodówce do stężenia, około godziny.
Przygotować pomarańczowy curd: W żaroodpornej misce położonej na garnku z gotującą się wodą (tak aby dno miski nie dotykało wody, a podgrzewała je tylko para wodna) umieścić żółtka, cukier i sok z cytryny. Mieszając gotować aż do zgęstnienia (około 10 minut) a następnie delikatnie, małymi partiami wmieszać masło. Ostudzić. Zimny curd wylać na zastygniętą warstwę czekoladową i wszystko wstawić do lodówki na kilka godzin.
Kilka kostek czekolady połamać i rozpuścić w kąpieli wodnej. Zastygniętą tartę wyjąć z lodówki i za pomocą łyżki maczając w czekoladzie i pozwalając, by spływała ona na ciasto utworzyć podłużne wzory. Ponownie schłodzić, aż czekolada zastygnie i podawać. Przechowywać w lodówce.
Smacznego!