Ciasto bananowe bez tłuszczu



Miały być banany z lodami podane jako jeden ze słodkich punktów programu małego przyjęcia, które urządzaliśmy w domu jakiś czas temu. Banany kupione, lody mroziły się w zamrażarce a my – przy innych pysznościach siedzieliśmy i gadaliśmy, gadaliśmy, i gadaliśmy. I jedliśmy pączusie, ciasta i ciasteczka. Aż tu nagle padł temat spożywania alkoholu – po czym ktoś powiedział, że najbardziej lubi ajerkoniak z lodami. Z LODAMI! No i mi się przypomniało. Spojrzałam na zegarek – godzina przed 22. Wszyscy objedzeni, mruczący coś o wyjściu i powrocie do domu piechotą by choć trochę się ułożyło po tym słodkim obżarstwie, a my w lekkiej niepewności, czy wyskakiwać z jeszcze jedną słodyczą czy nie. Jednak daliśmy spokój. I tak wszystkiego było dużo.
Ale co potem? Lody się zje – mogą czekać w zamrażarce miesiącami. Choć wiadomo, że tak nie będzie, ale gdyby jakimś cudem w ogóle nam się lodów nie chciało – one mogą się mrozić bez szwanku.
Ale co zrobić z bananami? Nikt ich nie jadł. Leżały na stole w kuchni i czerniały. Trzeba było coś z nich zrobić. Koniecznie. I szybko, bo każdy dzień przybliżał je do nieuchronnego końca ich żywota.
Ciasto bananowe. Pierwsza myśl i trafiona od razu. Tak nam się zachciało tego ciasta, że moje postanowienie o pieczeniu ciast tylko w weekendy prawie wzięło w łeb. Ale jakimś cudem się udało. Nastała sobota, więc zabrałam się za to ciasto.
Bez tłuszczu. W ogóle. Nie licząc oczywiście czekolady. Ale żadnego masła, oleju, smalcu czy innego takiego ZŁA nie znajdziecie w tym cieście. A pomimo wszystko jest ono BARDZO wilgotne. Bardzo mokre, wręcz rozpadające się. I to nie tylko w dzień upieczenia, ale również i na trzy dni później. Czekolada, która stanowi ozdobę wierzchu jak i integralną część ciasta rozpuściła się w piekarniku, ale po wystygnięciu ciasta zestaliła nie tak do końca, co dodatkowo jest atutem działającym bardzo na plus. I te banany. Mocne w smaku, konkretne i pyszne! Zdecydowanie polecam!


Składniki:
• 100 g cukru
• 50 g brązowego cukru
• 70 ml soku jabłkowego
• 3 banany
• 2 jajka
• 70 ml mleka
• ½ łyżeczki soli
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• 130 g mąki pszennej
• 100 g mąki pełnoziarnistej
• 130 g czekolady (mlecznej, gorzkiej lub pomieszanej)

Banany rozgnieść na puree, czekoladę posiekać na małe kawałeczki.
W dużej misie wymieszać oba rodzaje cukru, z sokiem jabłkowym.
W drugim naczyniu umieścić rozgniecione banany, jajka, mleko, sól i sodę oczyszczoną. Zmiksować na jednolitą masę.
Do mieszanki cukrowej wlać połowę bananowej masy i wsypać mąkę pszenną. Zmiksować. Następnie dodać drugą część masy bananowej i wsypać mąkę pełnoziarnistą. Ponownie zmiksować.
Na końcu wsypać 2/3 posiekanej czekolady. Wymieszać.
Do klasycznej keksówki wyłożonej papierem do pieczenia wlać ciasto. Wierzch obsypać pozostałą czekoladą i piec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni Celsjusza przez około 45 – 50 minut do suchego patyczka.
Smacznego!




Ciasteczka nadziane drażami



Znowu zachciało mi się ciastek. Takich małych, kruchych, słodkich, do pochrupania. Ciastek, które byłyby zwykłe, szybkie, ale jednocześnie z małą wariacją. Zwykle unikam tego typu małych wypieków, bo są one niezwykle zdradliwe – szczególnie tuż po wyjęciu z piekarnika, kiedy ciasteczka są jeszcze ciepłe, a nadzienie czy jakiekolwiek dodatki rozpływają się w ustach, ciągną lub kruszą po lekkim ugryzieniu. Grozi to niekontrolowanym pochłonięciem całej blachy na raz. Ale mając wybór – upiec czy kupić, oczywiste jest to, że wybiorę produkcję własną. O zaletach pieczenia ciasteczek w domowym zaciszu pisałam już dawno temu, ale poza świadomością składników, jest jeszcze jedna zaleta – kontrolowanie stopnia upieczenia. Bo każdego dnia mogę chcieć coś innego – w poniedziałek mocno kruche, w czwartek twarde do maczania w herbacie, w piątek mięciutkie do rozkruszania językiem o podniebienie a w sobotę – jeszcze ciepłe z parującym wnętrzem. Nie lubię jak ktoś mi coś narzuca i decyduje za mnie z czym i w jakiej konfiguracji mam jeść coś, co i tak pójdzie w biodra….
Tym razem w ciastka wsadziłam draże. Kakaowe i waniliowe. Po prostu je wmieszałam w masę, ulepiłam kulki i ponownie wierzch nimi obłożyłam. Ciekawa byłam co wyszło, ale nie przypuszczałam, że aż tak się one rozpłyną. Naprawdę, jak wciskałam draże w uformowane ciastka, to nie zostawiłam nawet centymetra wolnej przestrzeni. Ale mi to nie przeszkadza – liczy się smak. Smak, który jest maślany, słodki, lekko karmelowy. A draże nie podnoszą niestety walorów, ale też nie przeszkadzają za bardzo, choć muszę przyznać, że po wystudzeniu mocno twardnieją.


Składniki:
• 110 g masła
• 90 g cukru
• 60 g cukru brązowego
• 1 jajko
• 150 g mąki
• 40 g budyniu waniliowego (w proszku)
• ½ łyżeczki sody oczyszczonej
• ok. 100 g draży waniliowych
• ok. 100 g draży kakaowych

W naczyniu zmiksować masło z cukrem zwykłym i brązowym oraz jajkiem. Masa powinna być puszysta, więc należy miskować około 4 minut. Następnie dodać mąkę, proszek budyniowy i sodę oczyszczoną. Zmiksować do połączenia składników. Wsypać połowę draży waniliowych i połowę kakaowych, wymieszać. Naczynie z ciastem przykryć i odłożyć do lodówki na około 2-3 godziny.
Po tym czasie nagrzać piekarnik do 170 stopni Celsjusza. Naczynie z ciastem wyjąć z lodówki i z masy formować niewielkie (wielkości orzech włoskiego) kuleczki, które układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w dość dużej odległości od siebie. W każdą kulkę ciasta powtykać pozostałe draże – jak najaciaśniej i jak najwięcej się da. Tak przygotowane ciastka włożyć do piekarnika i piec około 10 – 11 minut. Wyjąć, wystudzić.
Smacznego!



Kwadraty z mlekiem w proszku i krakersami



Mleko w proszku jest zdecydowanie jednym z moich ulubionych składników deserów i ciast. Kremy, masy, napoje i wszelkiego rodzaju przekładańce, w którym odgrywa ono znaczącą rolę od razu stają się moimi ulubionymi. Ja po prostu przepadam za tym smakiem. I chociaż ostatnio nieczęsto mam okazję je wykorzystać, staram się o nim pamiętać i gdy tylko czuję, że powinnam coś upiec – w mojej głowie rodzi mi się myśl, czy może by nie wykorzystać do tego mleka w proszku. I ostatnio wykorzystałam. Do deseru, który przypadł mi bardzo do gustu. Jest słodki od mleka w proszku, kwaskowaty od dżemu, słony od krakersów, a na wierzchu ozdobiony galaretką. Wszystko do niego pasuje, wszystko gra i wszystko razem efektownie wygląda. Bardzo dobrze się kroi, ale musi zdecydowanie pobyć w lodówce kilka godzin, aby na pewno każda z warstw do siebie przywarła, galaretka zastygła, a krakersy troszeczkę zmiękły. Niemniej deser ten przygotowuje się szybko, łatwo a efekt końcowy wynagradza czas niezbędny na tężenie deseru w lodówce. Polecam!

Składniki:
• około pół paczki krakersów
• 150 g dżemu wiśniowego
• 250 g mleka w proszku
• 120 ml wody
• 100 g cukru
• 70 g masła
• opakowanie galaretki wiśniowej

Na spodzie malutkiej formy (o boku 14 cm), wyłożonej folią spożywczą lub aluminiową wyłożyć połowę krakersów. Posmarować je dość równo dżemem. Odstawić.
W garnku zagotować 1,5 szklanki wody. Gdy zawrze, wyłączyć gaz i wsypać galaretkę. Wymieszać do dokładnego rozpuszczenia się. Ostudzić i wstawić do lodówki aż zacznie tężeć.
Do garnka wlać wodę, wsypać cukier i dodać masło. Wszystko wymieszać i rozpuścić. Lekko ostudzić. Następnie dodawać partiami mleko w proszku miksując dokładnie, aby całe mleko dokładnie się zmiksowało. Powstanie dość gęsta, półpłynna masa. Wyłożyć masę do formy na krakersy z dżemem, wyrównać i na wierzchu wyłożyć kolejną warstwę krakersów. Przykryć je folią spożywczą lub aluminiowa i obciążyć czymś ciężkim. Wstawić do lodówki, na czas stygnięcia i tężenia galaretki.
Gdy galaretka zacznie tężeć – wyjąć formę z ciastem, zdjąć obciążenie, zdjąć folię i na krakersy wylać galaretkę. Ponownie wstawić deser do lodówki i chłodzić aż galaretka kompletnie zesztywnieje.

Smacznego!



Brownie z żurawiną



„Zrób jakieś szybkie ciasto na Święta” – to usłyszałam od Mamy, gdy dzień przed Wigilią rozmawiałyśmy, by zamknąć rozdział świątecznych przygotowań i o niczym nie zapomnieć. Ciasta nie było wcześniej w planach, więc ogarnęło mnie małe przerażenie, co można upiec z dostępnych w kuchni składników (ewentualnie tylko wspomagając się osiedlowym małym sklepikiem), nie tracąc przy tym połowy nocy.
Oczywiście, wszelkie torty, ciasta przekładane, z kremami, bezami, wielowarstwowe odpadły w przedbiegach, ja zastanawiałam się nad czymś dekadenckim, prostym ale szykownym i pysznym. Wiedziałam, że na stole zagości makowiec, ciasto orzechowe i pierniczki, a sugestia Mamy raczej kierowała się w stronę czegoś czekoladowego, najlepiej brownie – więc pociągnęłam ten temat i upiekłam. Brownie z żurawiną. Bardzo zależało mi na jego charakterystycznej wilgotności, zakalcowatości i mocno czekoladowym smaku, więc piekłam je króciutko, by w zasadzie tylko lekko się zaczynało piec, a potem dochodziło od własnego ciepła. Żurawin dodałam, by troszkę zmienić smak ciasta, odrobinę je zakwasić, dodać element innej struktury i odklasycznić ten klasyczny przepis.
Wyszło arcy-pysznie. Ciasto było dokładnie takie jak chciałam: mokre, ciężkie, zakalcowate, miękkie, sycące, mocno czekoladowe – no iście rewelacyjne. Spisało się na medal. Dawno już tak dobrego brownie nie jadłam. Pyyyycha!!!


Składniki:
• 270 g czekolady (dałam 200 g gorzkiej i 70 g mlecznej)
• 200 g masła
• 6 jajek
• 170 g mąki pszennej
• 100 g cukru
• 50 g suszonej żurawiny

Żurawinę namoczyć w naparze z herbaty. Można to zrobić w alkoholu.
W garnuszku, na parze stopić masło z czekoladą na jednolitą masę - przestudzić.
W misie miksera zmiksować dokładnie jajka z cukrem na jasną i puszystą masę.
Dodać mąkę, zmiksować. Wlać rozpuszczoną czekoladę i dokładnie zmiksować. Dodać namoczoną żurawinę – ponownie zmiksować, albo wymieszać łyżką.
Tak przygotowane ciasto wylać na blachę (u mnie 17 cm x 23 cm) wyłożoną papierem do pieczenia i piec w temperaturze 180 stopni Celsjusza przez 20 – 25 minut. Ciasto powinno być z wierzchu upieczone ale w środku bardzo mocno wilgotne, tylko ścięte. Wyjąć, przestudzić. Wyjąć z formy i wstawić do lodówki, by zastygło i wystygło. Najlepiej na całą noc. Wtedy nabierze odpowiedniej konsystencji i ciężkości.
Smacznego!