Chleb razowy



Ja nadal nie przepadam za pieczywem. Ewentualnie, takie prawie gorące prosto z pieca jestem w stanie zjeść, ale tylko jeżeli nie muszę łączyć go z masłem, serem, szynką, sałatą i innymi dodatkami, które tworzą niezwykle popularne na świecie danie – kanapkę. Ale nie znam nikogo innego, kto byłby tak radykalny w tym niejedzeniu, a wręcz przeciwnie – kanapki w istocie są obowiązkowym elementem w moim domu, będąc drugim, ale i nierzadko pierwszym śniadaniem dającym energię na długie godziny pracy. Nie moje godziny oczywiście. Mojego domownika.
I tak krojąc chleb zakupiony w jednym z popularnych sklepów, przyszło mi do głowy, że i ja przecież potrafię chleb upiec. Po co codziennie kupować, skoro można samemu go zrobić? Wiadomo co ma w składzie, można kontrolować dodatki, a jaką ma się satysfakcję, jak wyjmuje się z piekarnika pachnący i chrupiący bochenek! A później przygotowując kanapki mieć świadomość, że podaje się swój własny chleb! Bezcenne. Przepis wzięty stąd – lekko zmodyfikowałam go, zmieniając mąkę dodając płatki owsiane i pestki słonecznika, resztę pozostawiłam bez zmian.


Składniki:
• 180 g mąki pszennej
• 450 g mąki żytniej razowej
• 2 łyżeczki soli
• 1 łyżeczka cukru
• 1 opakowanie suchych drożdży
• 25 g miękkiego masła
• 450 ml ciepłej wody
• 60 g płatków owsianych
• 40 g pestek słonecznika

Do dużej miski przesiać mąkę pszenną, potem żytnią, sól, cukier, drożdże, płatki owsiane, pestki słonecznika - wymieszać. Następnie dodać masło i wodę i wyrobić miękkie, gładkie, elastyczne ciasto. Uformować kulę, umieścić pod przykryciem w ciepłym miejscu do podwojenia objętości.
Po tym czasie ciasto wyjąć, krótko wyrobić. Podzielić na dwie części. Dwie keksówki wysmarować masłem, wysypać otrębami. Wyłożyć do nich ciasto, przykryć, zostawić w ciepłym miejscu do podwojenia objętości (około 30 minut). Następnie wierzch posmarować roztowpionym masłem i posypać płatkami owsianymi lub słonecznikiem, leciuteńko przyklejając je do ciasta.
Bochenki piec przez 15 minut w temperaturze 230ºC, potem zmniejszyć do 190ºC i piec kolejne 15 - 20 minut. Studzić na kratce.



Irlandzki chleb na sodzie



W dni, kiedy nie mam żadnych obowiązków mogłabym siedzieć w kuchni i piec. Mam czas na niespieszne zagniatanie ciasta, na cierpliwe czekanie aż ono urośnie by potem znowu je wyrobić, ponownie odłożyć do wyrośnięcia, uformować, nadziać, podpiec, ostudzić, doprawić, upiec do końca, ostudzić, wypełnić nadzieniem, pokryć lukrem, pokroić spróbować – czyli zrobić wszystko dokładnie tak jak powinno być, w takim czasie jaki jest podany w przepisie. Bo mam wolne – wolne od pracy, od zakupów, od obowiązków.
A ja co? Piekę chleb irlandzki – na sodzie, więc bez wyrastania, bez zagniatania, bez zaczynu. Pieczony 30 minut. Szybciej niż większość ciast. Totalna łatwizna, ale liczy się efekt, który, pomimo moich obaw – bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.
Chlebek jest naprawdę smaczny, z chrupiącą skórką – jakby lekko orzechowy? Niestety, za sprawą sody wydaje mi się słony, a dla osoby, która tej przyprawy w ogóle nie używa – każda szczypta jest mocno wyczuwalna. Ale pomimo tego szczegółu, biorąc pod uwagę czas przygotowania – wypiek ma same plusy, jest idealny do kanapek, do podjadania samemu, do zbierania sosu z talerza.
Niestety nie miałam mąki pełnoziarnistej, która powinna być użyta – dałam jedynie zwykłą pszenną, ale i tak chlebek wyszedł udany. Przepis wzięłam stąd.


Składniki (robiłam z połowy składników i tak też tutaj podaję):
• 130 g mąki pszennej razowej (nie miałam więc zastąpiłam zwykłą pszenną)
• 130 g mąki pszennej
• ½ łyżeczki sody oczyszczonej
• ½ łyżeczki brązowego cukru
• ½ łyżeczki soli
• 250 ml maślanki

Piekarnik nagrzać do 230 stopni Celsjusza. Blachę (lub formę) do pieczenia chleba zostawić w środku, tak aby nagrzała się razem z piekarnikiem.
W dużym naczyniu wymieszać mąkę, sodę, cukier i sól. Dodać maślankę – zmiksować. Ciasto będzie lepkie i gęste, ale lejące. Gdy piekarnik osiągnie już wymaganą temperaturę wyjąć blachę (lub formę) i wyłożyć na nią uformowany dowolnie chleb. Piec 10 minut. Po tym czasie zmniejszyć temperaturę do 200 stopni Celsjusza i piec ok. 25 minut. Wyjąć gotowy chleb (powinien mieć przypieczoną skórkę), ostudzić i pokroić.

Smacznego!





Rustykalny chlebek



Znowu któregoś dnia postanowiłam wystawić na próbę moje kubki smakowe i dokonałam zakupu chleba. Przyznam, że decyzja była mocno spontaniczna – będąc w sklepie trafiłam akurat na wyciąganie z pieca gorących bochenków, a ponieważ byłam dość głodna to zapach mnie skutecznie przyciągnął do działu z pieczywem. Wzięłam do ręki, gorący, mięciutki bochenek z chrupiącą skórką i ten zapach…. wzięłam. I nie żałowałam, dopóki nie wystygł. Zaraz potem zaczął tracić swoją świeżość, najpierw stał się gumowy, potem powoli zaczął się kruszyć a następnego dnia rano….bardzo, bardzo stwardniał. Próba uratowania go w piekarniku podziałała tylko jeden raz i to na chwilkę. Zaraz potem z chlebem było coraz gorzej…dlatego postanowiłam chleb upiec samodzielnie. Chciałam coś małego, prostego i smacznego. Poszukałam na różnych blogach, poczytałam i wybrałam.
Efekt? Wizualnie może nie jest okazały (jak sklepowy…), ale dla nie liczy się smak i świeżość. Ten chleb ma i jedno i drugie. Już wgryzając się w niego czułam, że jem chleb a nie watę, że jest konkretny i zwarty. Przyjemny w teksturze, chrupiący. A dodatkowo dość długo utrzymuje świeżość. Oczywiście nie jest to chleb „wieczny”, ale przez dwa-trzy dni można go jeść bez obaw. Oczywiście, pod warunkiem, że nie zostawimy go na blacie bez przykrycia. Chlebek jest płaski, ale nadaje się dobrze jako dodatek do zupy, do sałatek (jeżeli ktoś preferuje zakąszać je chlebem), nawet na kanapki byłby dobry – gdyby wyrósł bardziej w górę niż na boki. Ogólnie – smaczny i znacznie lepszy od tych sklepowych bochenków. Przepis znalazłam na tym blogu.



Składniki (w oryginale na dwa bochenki, ja robiłam jeden bochenek z połowy i takie podaję ilości):
• 150 g mąki pszennej
• 130 g pszennej pełnoziarnistej
• 250 ml wody o temperaturze pokojowej)
• łyżeczka suszonych drożdży
• 1 łyżeczka soli
• 20 ml oliwy


Wszystkie składniki (oprócz oliwy) połączyć razem. Odstawić na 20 minut.
Następnie, najlepiej w robocie kuchennym, wyrabiać ciasto do czasu, aż zrobi się jednolite i elastyczne. Cały czas będzie się lepić, nie będzie sztywne, ale powinno być rzadkie i płynne. Dobrze wyrobione ciasto powinno stać się nieco bardziej "sztywniejsze" i mniej się lepić. Dużą miskę nasmarować oliwą i przełożyć do niej ciasto. Przykryć folią i wstawić na noc do lodówki. Kolejnego dnia ciasto powinno przynajmniej podwoić swoją objętość.
Wyłożyć ciasto na podsypany mąką blat i bardzo delikatnie (jak pisze autorka: by zachowało jak najwięcej „bąbelek”) zawinąć boki do środka. Ja po prostu uformowałam bochenek, obracając ciasto na blacie wokół własnej osi, przytrzymując je dłońmi, aby nabrał owalnego kształtu.
Chleb delikatnie przykryć i odstawić do napuszenia na 45 minut (powinien podwoić objętość)
W między czasie nagrzać piekarnik do 230 stopni Celsjusza. Na dno piekarnika wstawić blachę wypełnioną wodą (wystarczy 1-2 szklanki). Chleb piec pierwsze 20 minut w 230 stopniach Celsjusza a następnie zmniejszyć temperaturę do 200 stopni i piec 15 – 20 minut (mojemu chlebkowi wystarczyło 15 minut). Chleb powinien być rumiany z każdej strony.

Smacznego!





Bułeczki razowe z mąką żytnią



Jakiś czas temu nabrałam niepohamowanej ochoty na pieczywo. Byłam głodna, chodziłam po sklepie z listą zakupów i zastanawiając się nad wielkością bananów, które będą mi potrzebne do ciasta, mój zmysł węchu zarejestrował niezwykle przyjemny, wręcz rzucający na kolana zapach dobiegający zza moich pleców. Zapach znajomy – gorącego, świeżutkiego i chrupiącego pieczywa. Wyobraziłam sobie chrupiącą skórkę, lekko przypieczoną, mięciutki środek bułeczek…. Próbowałam go zignorować, koncentrując się na bananach, ale nie dałam rady. Szybko wrzuciłam więc wybrane owoce do koszyka (nie pamiętając o włożeniu ich najpierw do torebki, nie przejmując się koniecznością zważenia ich) i ruszyłam galopem w stronę źródła zapachu. Podobne odczucia i wyobrażenia mieli także inni klienci sklepu, gdyż biegnąc do bułek mijałam zostawione samotnie koszyki i porzucone wózki. Do kosza, w którym świeżutkie pieczywo leżało była prawie kolejka. Dopchałam się i ja. Wybrałam zwykłą, pszenną podłużną bułeczkę – na taką właśnie miałam ochotę. Włożyłam do koszyka i zadowolona wróciłam do bananów. Do domu wróciłam prawie biegiem nie mogąc odczekać się konsumpcji. Już czekając na autobus nie mogłam się powstrzymać i ułamałam kawałek. Bułka jak bułka – nadmuchana wata i bez konkretnego smaku - robiona masowo, odmrażana w sklepie i pieczona. Ale jeszcze mocno ciepła, świeżutka i pachnąca. Zjadłam kawałek, zaspokoiłam zapotrzebowanie na taki rodzaj pieczywa i odłożyłam bułkę na bok, szczelnie zawijając ją w torebkę. Następnego dnia, przez przypadek – natknęłam się na nią i postanowiłam zobaczyć co z niej zostało. Twarda skorupa, stwardniały kruszący się miąższ, niemożliwy do pogryzienia. Po niecałych 24 godzinach z bułki zrobił się kamień! Dobrze, że wzięłam tylko jedną sztukę.
Postanowiłam więcej nie popełniać tego błędu i upiec bułeczki w domu. Ale nie białe, pszenne tylko ciemne, zdrowsze. Pełnoziarniste, razowe – takie, które utrzymają świeżość dłużej niż przez pierwsze 3 godziny od wyjęcia z piekarnika. I znalazłam.
Pyszne, ciemne, pachnące i także chrupiące bułeczki z mąki żytniej i z ziarnami są idealne, gdy nagle poczujemy nieodpartą ochotę zjedzenia choćby kawałka jakiegoś pieczywa. Bułeczki wspaniale nadają się na śniadanie – są konkretne w smaku i teksturze, sycą, przyjemnie chrupią i co najważniejsze – trzymają świeżość nawet dwa dni po upieczeniu, co jest istotne dla tych, którzy nie chcą codziennie chodzić na zakupy, a wizja każdego wieczoru spędzanego na wyrabianiu ciasta na bułki przyprawia ich o mdłości! Zdecydowanie polecam! Przepis z tego blogu, z moimi modyfikacjami.



Składniki na 10 - 12 bułeczek:
• 290 ml wody
• 280 g mąki pszennej razowej chlebowej – dałam pszenną razową zwykłą.
• 50 g mąki pszennej chlebowej – dałam zwykłą pszenną
• 115 g mąki żytniej
• 20 g (2 łyżki) mleka w proszku
• 1 ¾ łyżeczki soli
• 10 g cukru
• 25 g miękkiego lub roztopionego masła
• 7 g drożdży suchych lub 14 g drożdży świeżych
• 30 g łuskanych pestek dyni
• 30 g łuskanych ziaren słonecznika


Wszystkie składniki na bułeczki połączyć i dobrze wyrobić. Uformować kulę i umieścić w ciepłym miejscu, pod przykryciem, do podwojenia objętości (1 - 1,5 h). Po tym czasie ciasto wyjąć, krótko wyrobić, podzielić na 10 - 12 równych części. Z każdej części uformować bułeczkę, oprószyć mąką, położyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia. Przykryć, odstawić w ciepłe miejsce na 40 minut do podwojenia objętości.
Po tym czasie w każdej bułeczce zrobić głęboki "przedziałek" (niemal do samej blachy) np. końcem drewnianej łyżki. Ponownie odstawić do wyrośnięcia na 5 minut.
Piec w temperaturze 220°C przez około 15 - 20 minut. Studzić na kratce.


Smacznego!




Pain Aux Noix



Mam już taki charakter, że niektóre rzeczy wykonuję od razu, a do niektórych zabieram się jak pies do jeża. Odkładam je, przekładam, wymyślam tysiące powodów dla których akurat teraz wykonanie tej rzeczy jest niemożliwe. Oczywiście jest to mocno zawoalowana forma stwierdzenia „nie chce mi się”, ale gdy wmówię sobie, że jest już za późno, za zimno, za ciepło, lub mam zbyt mało czasu na to – psychicznie czuję się lepiej. Tak właśnie było z tym chlebem. Przepis wypatrzyłam już bardzo dawno. Wydrukowałam sobie, schowałam do segregatora z mocnym postanowieniem upieczenia przy najbliższej okazji. Drożdże miałam, orzechy także. Ale zabrakło mi motywacji. Najpierw za dzień upieczenia chleba wyznaczyłam sobie sobotę, bo jest wolnym dniem od pracy. Ale jak to zwykle w wolny dzień kompletnie nie miałam czasu na ten chleb. To może wtorek – ale też nie, bo musiałam wyjść z domu na dłużej, a od razu po powrocie planowałam coś innego. To czwartek – zwykle ten dzień jest dobry na wypiek pieczywa. Już miałam się zabrać, za chleb ale…..przeczytałam, że długo musi rosnąć, a w piątek rano wstaję więc muszę w miarę wcześnie iść spać. I tak odkładałam ten chleb, i odkładałam. Aż w końcu…..zmobilizowałam się. Okazało się, że wcale aż tak dużo czasu i pracy ten wypiek nie absorbuje, choć rzeczywiście musi sporo rosnąć. Zrobiłam, ostawiłam do wyrośnięcia, upiekłam. I – jak to ja – mam mieszane uczucia do chleba. Dobry w dniu upieczenia, następnego troszkę suchy, a trzeciego dnia kompletnie twardy. Ale dobry – orzechowy. Chleb, choć nie wygląda – z rodzaju tych cięższych, gdyż w jego składzie jest także mąka razowa. Orzechy fajnie komponują się z chlebem, nie są twarde, ale stawiają opór zębom. Przepis znalazłam u Arabeski.


Składniki (na dwa małe bochenki):
• 50 g masła
• 350 g razowej mąki pszennej chlebowej
• 115 g mąki pszennej
• 10 g (1 łyżka) jasnego brązowego cukru
• 7 g (1,5 łyżeczki) soli
• 20 g świeżych drożdży (lub 7 g suchych)
• 275 ml letniego mleka
• 175 g grubo posiekanych orzechów włoskich


Masło rozpuścić w garnuszku i podgrzewać do momentu, aż zacznie lekko brązowieć. Zestawić z ognia, ostudzić.
Drożdże rozpuścić w połowie mleka.
W dużej misce wymieszać obydwie mąki z cukrem i solą. Na środku zrobić wgłębienie i wlać do niego drożdże rozpuszczone w połowie mleka, następnie resztę mleka i masło. Wszystko wymieszać, zaczynając od środka, powoli dodając mąkę z boków miski, formując miękkie ciasto. Przełożyć na posypaną mąką stolnicę i wyrabiać ok. 6 – 8 minut. Następnie włożyć do lekko naoliwionej miski i zostawić w ciepłym miejscu do podwojenia objętości (na około godzinę). Wyrośnięte ciasto przełożyć na stolnicę, rozpłaszczyć rękami, lub rozwałkować, posypać orzechami, delikatne wciskając je w ciasto. Wszystko razem zwinąć jak na roladę i odstawić znowu do wyrośnięcia na 30 minut. Po tym czasie ciasto podzielić na dwie części, z każdej uformować bochenek. Przełożyć na lekko natłuszczoną blachę, przykryć naoliwioną folią i zostawić do wyrośnięcia na 45 minut (lub do podwojenia objętości). Po tym czasie bochenki naciąć 3 razy i piec w piekarniku nagrzanym do 220 stopni Celsjusz przez około 35 minut (chleb postukany od dołu powinien wydawać głuchy dźwięk).


Smacznego!