Ciastka z Nutellą i czekoladą



Po wszystkich owocowych, sernikowych i puddingowych szaleństwach mój organizm zaczął domagać się czegoś ekstremalnie czekoladowego. Ale tak okropnie się domagał, że nie mogłam przestać myśleć o ciastach, ciastkach i batonikach czekoladowych. Tylko, że nie kupnych. Bo za nimi nie tęskniłam. Ja musiałam zjeść coś zrobionego w domu. Własnoręcznie przygotowanego, upieczonego z ogromną ilością czekolady (nie wyrobu czekoladopodobnego). Najlepiej zjedzonego jeszcze na ciepło.
Upiekłam ciasteczka. Z dwoma rodzajami czekolady i dodatkowo jeszcze z kremem czekoladowo-orzechowym! Wyszły genialne. Mięciutkie, słodziutkie, bardzo czekoladowe. Wręcz rozpływające się w ustach. Niewielkie, ale właśnie takie na dwa gryzy. By zaspokoić swoją potrzebę czekoladowości.
Miękkie i świeżutkie nawet trzeciego dnia po upieczeniu, więc zdecydowanie nadające się do przetrzymania na taki atak jak mój :-) Ale co najważniejsze – intensywnie czekoladowe, idealnie słodkie, z fajnymi kawałeczkami czekolady w każdym ciastku.
Zdecydowanie do polecenia! I do powtórzenia!


Składniki:
• 70 g masła
• 140 g kremu czekoladowo-orzechowego typu Nutella
• 70 g brązowego cukru
• 1 jajko
• odrobina ekstraktu waniliowego
• 150 g mąki
• 20 g mąki ziemniaczanej
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• szczypta soli
• 110 g białej czekolady
• 110 g deserowej i mlecznej czekolady (w dowolnych proporcjach)

Czekolady posiekać na małe kawałeczki.
W misie miksera umieścić masło, krem orzechowo-czekoladowy, cukier, jajko i ekstrakt. Zmiksować bardzo dokładnie, aż wszystkie składniki dokładnie się połączą. Następnie dodać obie mąki, sodę oczyszczoną i sól. Ponownie zmiksować bardzo dokładnie. Dodać czekolady odłożyć kilkanaście kawałeczków) – wymieszać z masą. Z powstałego ciasta odrywać kawałki i formować z nich kulki (dowolnej wielkości – moje były jak orzech włoski). Lekko spłaszczyć i na wierzch powtykać odłożone kawałeczki czekolad. Przekładać na talerz lub blachę z papierem do pieczenia.
Uformowane ciastka włożyć do lodówki na przynajmniej 2-3 godziny.
Następnie nagrzać piekarnik do temperatury 170 stopni Celsjusza i wstawić schłodzone (prosto z lodówki) ciastka. Piec dosłownie 8 – 9 minut, aż tylko leciutko się zetną z wierzchu a przy dotyku będą jeszcze wydawały się płynne w środku. Ciastka wyjąć, ostawić na blaszce, na której się piekły do ostygnięcia. W tym czasie dojdą wewnątrz i uzyskają odpowiednią konsystencję.
Smacznego!



Ciasteczka nadziane drażami



Znowu zachciało mi się ciastek. Takich małych, kruchych, słodkich, do pochrupania. Ciastek, które byłyby zwykłe, szybkie, ale jednocześnie z małą wariacją. Zwykle unikam tego typu małych wypieków, bo są one niezwykle zdradliwe – szczególnie tuż po wyjęciu z piekarnika, kiedy ciasteczka są jeszcze ciepłe, a nadzienie czy jakiekolwiek dodatki rozpływają się w ustach, ciągną lub kruszą po lekkim ugryzieniu. Grozi to niekontrolowanym pochłonięciem całej blachy na raz. Ale mając wybór – upiec czy kupić, oczywiste jest to, że wybiorę produkcję własną. O zaletach pieczenia ciasteczek w domowym zaciszu pisałam już dawno temu, ale poza świadomością składników, jest jeszcze jedna zaleta – kontrolowanie stopnia upieczenia. Bo każdego dnia mogę chcieć coś innego – w poniedziałek mocno kruche, w czwartek twarde do maczania w herbacie, w piątek mięciutkie do rozkruszania językiem o podniebienie a w sobotę – jeszcze ciepłe z parującym wnętrzem. Nie lubię jak ktoś mi coś narzuca i decyduje za mnie z czym i w jakiej konfiguracji mam jeść coś, co i tak pójdzie w biodra….
Tym razem w ciastka wsadziłam draże. Kakaowe i waniliowe. Po prostu je wmieszałam w masę, ulepiłam kulki i ponownie wierzch nimi obłożyłam. Ciekawa byłam co wyszło, ale nie przypuszczałam, że aż tak się one rozpłyną. Naprawdę, jak wciskałam draże w uformowane ciastka, to nie zostawiłam nawet centymetra wolnej przestrzeni. Ale mi to nie przeszkadza – liczy się smak. Smak, który jest maślany, słodki, lekko karmelowy. A draże nie podnoszą niestety walorów, ale też nie przeszkadzają za bardzo, choć muszę przyznać, że po wystudzeniu mocno twardnieją.


Składniki:
• 110 g masła
• 90 g cukru
• 60 g cukru brązowego
• 1 jajko
• 150 g mąki
• 40 g budyniu waniliowego (w proszku)
• ½ łyżeczki sody oczyszczonej
• ok. 100 g draży waniliowych
• ok. 100 g draży kakaowych

W naczyniu zmiksować masło z cukrem zwykłym i brązowym oraz jajkiem. Masa powinna być puszysta, więc należy miskować około 4 minut. Następnie dodać mąkę, proszek budyniowy i sodę oczyszczoną. Zmiksować do połączenia składników. Wsypać połowę draży waniliowych i połowę kakaowych, wymieszać. Naczynie z ciastem przykryć i odłożyć do lodówki na około 2-3 godziny.
Po tym czasie nagrzać piekarnik do 170 stopni Celsjusza. Naczynie z ciastem wyjąć z lodówki i z masy formować niewielkie (wielkości orzech włoskiego) kuleczki, które układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia w dość dużej odległości od siebie. W każdą kulkę ciasta powtykać pozostałe draże – jak najaciaśniej i jak najwięcej się da. Tak przygotowane ciastka włożyć do piekarnika i piec około 10 – 11 minut. Wyjąć, wystudzić.
Smacznego!



Batoniki z muesli i mlekiem skondensowanym



Ogłaszam powrót do mleka skondensowanego. Długo już nic z jego udziałem nie robiłam, więc postanowiłam nadrobić ten karygodny brak. A ponieważ od wypieków z tym składnikiem się bardzo szybko uzależniam, wiem, że najbliższe wpisy będą prawie non-stop złożone z mleka skondensowanego w różnych formach, wariacjach i połączeniach. Tak już mam. Wielki powrót zaczęłam od bardzo prostego deseru, który w zasadzie można by naciągnąć i powiedzieć, że ma coś w sobie z kategorii deserów zdrowych, ale to tylko na siłę, na zasadzie luźnych skojarzeń i w przy dużym wysiłku umysłowym, aby zakwalifikować muesli jako zdrowy składnik całego deseru.
Jak wyszło? Bardzo smacznie, choć muszę przyznać, że nie znając się na smakach muesli wybrałam dość średnie. Wydawało mi się, że wersja z kwaśnymi owocami idealnie będzie współgrała ze słodkim mlekiem, ale jak w praktyce się okazało smak tych owoców, jak i samego muesli był dość średni. Następnym razem wybiorę opcję z orzechami, bez żadnych owoców.
Bo.....głównym składnikiem deseru jest właśnie muesli i mleko skondensowane połączone jedynie jajkami. Można więc rzec, że deser jest niezwykle prosty, szybki i nie wymaga żadnych umiejętności. Tak, tak. Zrobiłam go w dosłownie 3 minuty, a piekłam 25. Szybki, bardzo dobry, słodki, ciągnący, konkretny i treściwy. Jednym kawałkiem można się najeść. I taki efekt chciałam uzyskać – żeby wiedzieć co się je, poczuć konkretny smak i strukturę. Udało się. Zdecydowanie do powtórzenia, ale już może bez owoców....


Składniki:
300 g muesli
20 g płatków kukurydzianych
520 g mleka skondensowanego słodzonego
125 ml wody
2 jajka
aromat waniliowy

W naczyniu zmiksować mleko skondensowane, wodę, jajka i aromat. Dodać muesli i wszystko dokładnie wymieszać. Masę przelać do formy wyłożonej papierem do pieczenia i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza. Piec 25 minut. Wyjąć, wystudzić, pokroić. Można wierzch udekorować polewą czekoladową, ale według mnie byłoby to już zbyt słodkie.

Smacznego!



Snickersowe ciasteczka



Ostatnio, to znaczy od momentu, kiedy przejadły nam się – mnie i moim domownikom – owoce w postaci nieprzetworzonej, prawie non stop piekę z nimi (owocami, nie domownikami) ciasta. Najczęściej są to wypieki sprawdzone, które już testowałam i publikowałam na blogu, zmieniam tylko owoce w zależności, jaki ich rodzaj jest właśnie „na tapecie” u straganiarzy. Były już ciasta z malinami, truskawkami, śliwkami, borówkami, aż wreszcie powiedziałam stanowcze DOŚĆ.
Ile można? Ile można piec i jeść owoce? Trzeba czasem się zasłodzić, nawet w upały dostarczyć sobie ilość cukru znacznie przekraczającą dopuszczalną dzienną dawkę i to nie w postaci fruktozy, ale tego najzwyklejszego, najmniej zdrowego białego kryształu. Zbuntowałam się i upiekłam ciastka. Dołożyłam do nich popularne batoniki, żeby były jeszcze bogatsze i jeszcze bardziej odbiegające od najpopularniejszych w tym okresie deserów.
Co wyszło? Pyszne, z zewnątrz kruche, w środku ciągnące, czekoladowo – orzechowo – karmelowe i na dodatek bardzo słodkie ciasteczka. Snickers, który stanowi istotę wypieku był zdecydowanym strzałem w dziesiątkę. Najlepsze ciastka są jeszcze lekko ciepłe, gdy zewnętrzna skórka już stwardnieje, a wewnątrz pozostają mięciutkie i półpłynne – za sprawą czekolady i batoników. Wszystkie poszły w jeden weekend. Dla nikogo nie miało to znaczenia, że na dworzu temperatura znacznie przekraczała 30 stopni i instynktownie uciekało się od ciężkich i słodkich posiłków. Ciastka zdecydowanie na plus. Warto pilnować temperaturę pieczenia, bo przepieczone twardnieją zbyt mocno i robią się zbite. Ale i tak są pyszne :-) Smacznego!


Składniki:
• 350 g mąki
• 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
• 1/2 łyżeczki soli
• 60 g masła
• 60 g białego cukru
• 60 g brązowego cukru
• 1 jajko
• 100 g gorzkiej czekolady
• 3 batoniki snickers

W niewielkim naczyniu wymieszać mąkę, proszek do pieczenia i sól.
Masło stopić. Czekoladę posiekać na małe kawałeczki. Batoniki pokroić na dość duże kawałki.
W misie miksera utrzeć rozpuszczone masło z cukrami. Wbijać po jednym jajku, miksując po każdym dodaniu. Wsypać mieszankę mączną – zmiksować. Na końcu dodać czekoladę. Wymieszać łyżką. Masa powinna być na tyle gęsta, aby można było z niej lepić kulki.
Z ciasta odrywać kawałek i spłaszczać w ręku na płaskie „placki” i na środek każego kłaść po kawałku batonika. Owinąć batonik ciastem tworząc kulkę. Tak przygotowane ciastka ułożyć na blasze do pieczenia wyłożonej papierem, zachowując odległości,bo ciastka rozlewają się na boki. Piec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni Celsjusza przez 15 – 20 minut do lekkiego zarumienienia.






Whoopie pies



Nie wiem dlaczego, ale nie przepadam za pieczeniem ciastek. Może to wydać się dziwne, gdyż na blogu jest ich dużo i tego typu wypieki są zawsze bardzo funkcjonalne, ja jednak wolę ciasta. Jakoś zjedzenie ciastka, jako słodkiego deseru nie przemawia do mnie tak bardzo jak spałaszowanie kawałka ciasta. Dziwnie się czuję to pisząc, wszak z ciastkami można eksperymentować znacznie bardziej niż z ciastami, piecze się je dużo szybciej, a i przygotowuje łatwiej (zakładając, że nie mamy ambicji na fantazyjne kształty i wielopoziomowe formy). Ja jednak zostanę przy swoim. Ale jeżeli wpadnę na jakiś pomysł, lub gdzieś zobaczę ciekawą propozycję dotyczącą ciasteczek – jestem w stanie ulec.
A jak już wiecie dość często zdarza mi się przeglądać zagraniczne blogi kulinarne – Whoopie pies na każdym z nich pojawiają się w przynajmniej dwóch odsłonach.
Intrygowały mnie te ciastka już od dawna, wiedząc, że podstawą ich odmienności od innych stanowi nadzienie. Marshmallow fluff, którego w Polsce nie można dostać w ogólnodostępnych sklepach.
Ja jednak mam już za sobą produkcję tego kremu domowym sposobem, więc nie pozostało mi nic innego jak tylko wziąć się do pracy. Połączenie wydało mi się intrygujące – mocno kakaowe ciastko, z cukrowym, ciągnącym nadzieniem. Gorzko – słodkie. Coś dla mnie. Połączenie dwóch przeciwstawnych smaków. Zaczęłam więc wczytywać się w propozycje tych ciastek, porównywać składniki i techniki przyrządzania i udało mi się wybrać ten najbardziej optymalny dla mnie. Poniżej go Wam prezentuję.
Ciastka są…niezłe. Długo świeże, ale lekko gumowate. Krem Marshmallow, jak tego typu krem jest ciągnący i słodki, ale niestety ciężar ciastka powoduje, że bardzo łatwo wypływa na boki. Mocno kakaowe ciastka nie są zbyt słodkie, za to wyraźnie czuć kakao. To na plus. Ale sama konsystencja – pomiędzy biszkoptem, a ucieranym ciastem nie jest moją ulubioną.
Decyzję na upieczenie pozostawiam bez rozpatrzenia – zależy od Was, warto jednak spróbować domowej wersji tych najsłynniejszych amerykańskich ciastek.


Składniki:
Ciastka:
• 230 g mąki
• 30 g kakao
• 1,5 łyżeczki sody oczyszczonej
• 0,5 łyżeczki soli
• 180 g maślanki
• 40 g masła
• 100 g cukru
• 1 jajko
Krem:
• 3 białka
• 150 g cukru
• 4 łyżki wody

Przygotować ciastka: Mąkę z kakao, sodą i solą wymieszać razem w naczyniu.
W misie utrzeć masło z cukrem na jasną masę. Dodać jajko i ponownie zmiksować.
Następnie dodawać mieszankę mączną na zmianę z maślanką, zaczynając i kończąc na mące. Ciasto powinno być bardzo gęste.
Na blachę do pieczenia wyłożoną papierem pergaminowym wykładać okrągłe ciastka – dowolnej wielkości (mnie z tej ilości wyszło 8 dużych, podwójnych ciastek) pamiętając, że rozpłyną się odrobinę na boki. Piec w piekarniku nagrzanym do 170 stopni Celsjusza przez około 11 minut.
Wyjąć, wystudzić.
W między czasie przygotować krem: W garnuszku zagotować cukier z wodą. Gdy zawrze, przykręcić odrobinę gaz i gotować do uzyskania temperatury 120 stopni Celsjusza.
W tym samym czasie białka ubić na sztywną pianę. Następnie powoli, cały czas ubijając, wąskim strumieniem wlewać gorący syrop do białek. Miksować cały czas, aż masa osiągnie temperaturę pokojową i zgęstnieje. Masę dobrze jest schłodzić przynajmniej godzinę.
Na jedno ciastko wyłożyć łyżkę masy i delikatnie przykryć drugim ciastkiem. Tak postąpić z każdym ciastkiem. Podawać od razu, a przechowywać w lodówce, gdyż krem w temperaturze pokojowej po dwóch dniach się psuje.

Smacznego!